Bartek Chaciński
1 grudnia 2010

Richards Keith

Keith bez kitu

Nikogo nie namawiam, by żył tak jak ja. Zostanie więcej dla mnie! – mawia Keith Richards. A jednak dzieli się sekretami tego życia – właśnie wydał fascynujące wspomnienia.

Jeden 67-latek opowiedział o drugim 67-latku, że ma „małego”. Normalnie nikt by się tym nie przejął, ale ten pierwszy napisał to w swojej autobiografii, za którą zainkasował już ponad 7 mln dol. Ten drugi też miał opublikować wspomnienia, pobrał nawet milionową zaliczkę, ale musiał ją zwrócić, bo okazało się, że z trudem sobie przypomina, co się działo w najgorętszych chwilach jego życia. Ten pierwszy pamięta zaskakująco dobrze, jak na potworne ilości haszyszu, LSD i kokainy, które zażył, nie mówiąc o uzależnieniu od heroiny przez całe lata 70.

„To moje życie. Wierzcie lub nie, nie zapomniałem z niego ani kawałka” – napisał na okładce. I czytając niemal 600 stron jego wspomnień, można ze zdziwieniem przyznać mu rację. Opublikowane kilka tygodni temu „Life” rozbija wiele mitów związanych z osobą Keitha Richardsa. Bo to jest ten pierwszy z 67-latków.

„Trochę złośliwa ta książka” – miał ją skomentować Mick Jagger. To ten drugi. Jak zwykle zrobiło się wokół tego bardzo głośno. Jak zwykle, gdy w grę wchodzi grupa The Rolling Stones.

Heros na heroinie

Swoje wspomnienia Richards zaczyna od trzęsienia ziemi – słynnej awantury w Fordyce na amerykańskim Południu w 1975 r., gdzie policja zatrzymuje Stonesów w czasie trasy koncertowej. Próbując naprędce pozbyć się narkotyków, odkrywają, że są one dosłownie wszędzie. „Nigdy w życiu nie myślałem, że mam przy sobie tyle kokainy!” – dziwi się Richards, spuszczając substancję w klozecie. To samo robi z trawką, ale tej jest jeszcze więcej – i ciągle wypływa na powierzchnię.

Richards potwierdza także inne niestworzone historie, które zrobiły z niego największą żyjącą legendę rock and rolla. Włącznie z tą, że wciągnął prochy własnego ojca – choć zaznacza, że zrobił to nie po to, by się odurzyć. W zasadzie odruchowo. Ale wcale nie to wciąga w jego wspomnieniach najbardziej. Mocniej działa, że autor cynicznych cytatów i komentarzy odsłania tu pokłady uczuć, które nie do końca współgrają z jego medialnym wizerunkiem.

Przede wszystkim dostajemy wstrząsającą relację ze śmierci drugiego syna Richardsa, którego miał z Anitą Pallenberg w 1976 r., w szczycie ich wspólnego uzależnienia od heroiny. „Nigdy nie wybaczę sobie tego, że zostawiłem wtedy noworodka” – pisze gitarzysta, dodając, że do dziś nawiedza go obraz tego dziecka, któremu ledwie zdążył zmienić dwa razy pieluchę, zanim wyjechał w trasę. Przy takich emocjonalnych wspomnieniach odwołuje się do pamiętnika, który prowadzi od młodości. Tak, ten Richards pisze pamiętnik!

Panorama życia w powojennej Anglii, którą Richards kreśli z pomocą dziennikarza Jamesa Foxa, współautora książki, jest dość depresyjna. Urodzony podczas nalotu bombowego w 1943 r. gitarzysta dorasta na dalekim przedmieściu Londynu – w Dartford, znanym wówczas przede wszystkim ze złodziejstwa i szpitala dla psychicznie chorych. Uczą go eksżołnierze, przeszkoleni na szybko do pracy z dziećmi. Traktują sześciolatki jak rekrutów. Zęby wyrywa mu eksżołnierz w roli dentysty, wpędzając w traumę i doprowadzając do tego, że chłopak w krótkim czasie ma problemy z uzębieniem. Bo nie był to przecież efekt jedzenia cukierków, które były po wojnie dobrem deficytowym i drogocennym. Jak później narkotyki.

Ojciec, wysportowany atleta, twardo idzie przez życie. I po nim Richards odziedziczy całą tę postawę, też z gruntu wojskową: „Jak to nie czujesz się dobrze? Ciało ma funkcjonować, bez względu na to, co się z tobą dzieje”. Może to dzięki niej Keith Richards przeżyje nawet najtrudniejsze chwile?

W łóżku z... gitarą

Z prozą życia kontrastowała poezja muzyki. „Dorastałem w epoce przedtelewizyjnej. Słuchałem dzięki temu dużo dobrej muzyki, włącznie z Mozartem i Bachem gdzieś w tle” – pisze Richards. Słuchania uczył go dziadek. I to on pchał Keitha do grania na gitarze. „Nie wiedziałem, co z nią zrobić. Ale ten zapach! Do dziś mam coś takiego, że kiedy otworzę futerał starej, drewnianej gitary, to mam ochotę wejść do środka i zatrzasnąć wieko” – wspomina muzyk The Rolling Stones. I udziela lekcji na kartach „Life”: „Jeśli chcesz zostać gitarzystą, to zacznij od akustycznego instrumentu, a dopiero później przejdź na elektryczny. Nie myśl, że z miejsca będziesz Townshendem albo Hendriksem, bo potrafisz robić uui uuui uuaa uuuaa i znasz parę elektronicznych sztuczek. Najpierw musisz ją poznać. Iść z nią do łóżka. Nie masz pod ręką kobiety, to śpij z gitarą. Ma nawet właściwy kształt”.

Rozwodzi się na temat swojej fascynacji bluesmenami i wyjaśnia zasady otwartego stroju gitarowego, którego ich wzorem używał. Opowiada o słynnych riffach. Ten z „Jumpin’ Jack Flash” był na przykład efektem prymitywnej techniki nagraniowej. „Brudne, zgrzytliwe brzmienie tej piosenki narodziło się w jednym z obskurnych moteli, gdzie jedyną namiastką studia nagraniowego mógł być nowy wówczas wynalazek Philipsa – magnetofon kasetowy” – pisze Richards. „Grając głośno na akustycznej gitarze, przesterowywałem mikrofon magnetofonu, aż do poziomu zniekształcenia dźwięku. I kiedy później puszczałem to, co nagrałem, dźwięk był już elektryczny jak wielka cholera”.

Richards, kompozytor większości hitów Stonesów, był zorganizowany. Swoje pomysły regularnie rejestrował na kasetach. Nie wiadomo, gdzie byliby w tej chwili, gdyby nie napisana przez niego w 1965 r. piosenka „(I Can’t Get No) Satisfaction”. Autor „Life” potwierdza obiegową wersję: słynny motyw napisał w całości we śnie. Pewnego dnia rano znalazł przy łóżku magnetofon z kasetą przewiniętą do końca – a pamiętał, że poprzedniego dnia włożył świeżą taśmę. „Wcisnąłem przewijanie do tyłu i znalazłem »Satisfaction«, surowy pomysł piosenki. A dalej czterdzieści minut mojego chrapania”.

Wizyty Stonesów w Warszawie w 1967 r. Richards nie wspomina. Jest za to opowieść o prawdziwym polskim łączniku The Rolling Stonesów – ich osobistym dilerze, niejakim Freddiem Sesslerze. To postać, której Richards poświęca nie mniej miejsca niż niektórym muzykom. Jego historię porównuje z losami Romana Polańskiego – był cudem ocalonym polskim Żydem z dobrze sytuowanej krakowskiej rodziny, wymordowanej w czasie Holocaustu. Uciekł hitlerowcom, ale trafił do gułagu, skąd dostał się do Taszkientu, gdzie wstąpił do armii Andersa. Stamtąd przeniósł się do marynarki. Tu polski doktor na polskim statku poznał go z farmaceutyczną kokainą. „Od tej pory sprawy zaczęły się układać lepiej” – konstatuje Richards.

Sessler miał głowę do interesów – po wojnie trafił do Nowego Jorku, gdzie jednym z pierwszych jego spostrzeżeń było: „Ile tu świateł! Ktokolwiek dostarcza w tych biurach żarówki, musi zarabiać fortunę”. I dorobił się podobno w ciągu

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zapisz się, by w każdy piątek otrzymać informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych
Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną