Bartek Chaciński
30 grudnia 2011

Muzyczna recepta na obchody Roku Miłosza

Miłosz śpiewa

Piosenka jest podobno dobra na wszystko, ale czy w wykonaniu Agi Zaryan, Soyki, Czesława i innych okazała się także dobrą receptą na obchody Roku Miłosza?

Rok Miłosza okazał się dla muzyki popularnej ciekawszą pożywką niż rok Chopina. Zaskakujące? Tylko pozornie. O tym, że Chopina na język współczesnej muzyki elektronicznej, hip-hopu czy rocka tłumaczy się trudno, wiadomo od lat. Z kolei jazzowe wersje jego utworów nikogo nie zaskakują. Tymczasem już tytułami niektórych wierszy Czesław Miłosz sam prowokacyjnie wywoływał śpiewanie. Nic dziwnego, że kilkaset tysięcy złotych dofinansowania z budżetów różnych instytucji, pracujących nad celebrowaniem pamięci naszego poety (z dwóch programów: Miłosz 2011 i Polska Prezydencja 2011), poszło w tym roku na projekty stricte muzyczne.

Wykonania poezji zamienionych w piosenki mają w Polsce potężną tradycję i często się udawały – jak u Grechuty czy Świetlickiego. Ale zazwyczaj idą wbrew duchowi obu form. Cały problem najlepiej ujął człowiek, któremu kompetencji trudno odmówić, czyli Paul Simon: „Napisz melodię, żyj z nią chwilę, potem możesz dopisać tekst”. Przy śpiewaniu poezji trzeba było pracować na odwrót – wyczuć klimat tekstu i znaleźć odpowiednią oprawę, konwencję, ton.

Miłosz, mieszkający przez lata w kraju Paula Simona i Boba Dylana, musiał o tym wiedzieć, bo z zasady nie przepadał ponoć za łączeniem wierszy i podkładu muzycznego. Wyjątek zrobił dla syna Anthony’ego, z którym trafił w tym roku pośmiertnie na listę przebojów Trójki.

Rodzinne granie

Album „Rzeki”, firmowany przez Czesława&Anthony’ego Miłoszów, wywołał latem niemało szumu. Utwór do tekstu „Tak mało” trafił na listę przebojów wprawdzie tylko na pięć tygodni i skończył karierę na trzeciej dziesiątce, ale komentowano cały fakt szeroko. Może dlatego, że w tle brzmi muzyka gospel z elementami reggae, a sam bohater przez chwilę nawet śpiewa – dzięki studyjnej obróbce głosu. Jest to jednak rodzinne granie, eklektyczne i dość nieokrzesane, prezentowane trochę na prawach ciekawostki – ukazało się w nakładzie tysiąca egzemplarzy i nie było dostępne w zwykłej sprzedaży.

Najgłośniejszą oprawę medialną miała jednak premiera „Księgi olśnień” Agi Zaryan, płyty, która wyszła dwa razy. Wiosną w wersji angielskiej, jesienią – po polsku. Razem sprzedało się prawie 18 tys. egzemplarzy, co czyni z niej także największy hit roku w dziedzinie śpiewanego Miłosza. Płyta Agi Zaryan zbiera interpretacje wierszy noblisty oraz przyjaźniących się z nim poetek amerykańskich i polskich (Hirschfield, Levertov, Świrszczyńska). Utrzymana jest w atrakcyjnej dla dzisiejszych słuchaczy konwencji orkiestrowego jazzu z jego szeroką paletą ekspresji i tradycyjnym, amerykańskim rodowodem. W doborze tekstów Miłosza stawia na świat opisów natury i przenośni związanych ze zjawiskami natury.

To ostatnie było zresztą przez cały sezon najpowszechniejsze. Stanisław Soyka na wydanej wiosną płycie „7 wierszy Czesława Miłosza” poszedł w podobnym kierunku i pozostał najbliżej polskiej tradycji piosenki poetyckiej. U nikogo pewnie Miłoszowski idylliczny opis przyrody nie brzmi tak wiarygodnie jak w ustach Soyki w „Piosence pasterskiej” (interpretowanej już wcześniej przez Annę Treter). Z drugiej strony, Soyka śpiewaniem różnych autorów – od Szekspira, przez Osiecką, po Jana Pawła II – trochę nas przez lata swoimi hiperpoprawnymi wersjami zmęczył i znieczulił.

Przeboje Roku

Daleko do hiperpoprawności Czesławowi Mozilowi, który z Soyką wykonał wspólnie prosty i rytmiczny wiersz „Na cześć księdza Baki”, rozpoczynający się od słów „Ach te muchi/Ach te muchi/Wykonują dziwne ruchi”. To samo jednak, co udało się raz, zazgrzytało, gdy na jesień Mozil zdążył przygotować autorską wizję Miłosza. Na swoim albumie zabrzmiał tak, jak gdyby źle zrozumiał apel autora wierszy: „Chcę nie poezji, ale dykcji nowej”. I – choćby niechcący – z każdego sygnalizowanego w wierszach problemu robił tonację buffo. I z poważnego w sumie „A jednak” („A jednak byliśmy do siebie tak podobni/Z całą naszą mizerią penisów i wagin”), i z „Na ścięcie damy dworu”, gdzie w wykonaniu Czesława „huczał śmiech jak wyszczał”. Muzycznie – wbrew pozorom naiwnej konwencji – nie odszedł daleko od poetyckiego prawzorca z krakowskiej Piwnicy pod Baranami.

 

 

Najlepszy z całego zestawu jest zabawny skądinąd tytuł „Czesław Śpiewa Miłosza”, który przypomina, że w tym roku były w repertuarze polskich artystów rzeczy bardziej nieuchronne niż ta nieuchronność rzeczy przypominana w poezji autora „Piosenki o końcu świata”.

Lepiej z naiwnością poradziły sobie siostry Barbara i Zuzanna Wrońskie, nagrywające jako Ballady i Romanse, które zestawiły wiersze Miłosza z własnymi tekstami i to pozwoliło im odnaleźć balans między wzniosłym językiem poezji a tym bardziej przyziemnym na tu i teraz. Atutem ich płyty „Zapomnij” jest prostota i naturalność – a wyczucie interpretacji nie dziwi o tyle, że Basia Wrońska była dwa lata wcześniej współautorką „Kalamburów” grupy Pustki, zestawu świetnie opracowanych na rockowo poezji Tuwima, Leśmiana czy Broniewskiego. Ballady i Romanse czują, że gdy tekst poetycki jest nastawiony na wielokrotne czytanie, rozszyfrowywanie, piosenka musi być nastawiona na komunikatywność, a w wierszu szukać powinna przede wszystkim atrakcyjnej i nadającej się do powtarzania frazy.

W sposób naturalny udało się to też Tomo Żyżykowi, który do płyty „Songs on the End of the World” projektu Rosemary’s Kids (w którym gra m.in. Radek Łukasiewicz, gitarzysta Pustek) przygotowywał się, czytając niektóre wiersze Miłosza na początku w wersji angielskiej. I w tych najbardziej metafizycznych fragmentach znalazł ten sam rock’n’rollowy język, który był charakterystyczny dla Kalifornii końca lat 60. – W końcu tam mieszkał wtedy Miłosz – zauważa Żyżyk. Łatwo to odnaleźć choćby w wierszu „O aniołach” („Odjęto wam szaty białe,/Skrzydła i nawet istnienie,/Ja jednak wierzę wam, Wysłańcy”), wykonanym – jak wszystkie piosenki Rosemary’s Kids – w wersji angielskiej („All was taken away from you: white dresses,/wings, even existence./Yet I believe in you,/Messengers”).

Poza tym Żyżykowi i zatrudnionym przez niego muzykom udało się przenieść tę poezję w daleki, nowofalowo-rockowy kontekst i przy okazji znaleźć w niej nawet chwytliwe refreny. Ich „Gift” (angielska wersja wiersza „Dar”) to najlepszy kandydat na przebój Roku Miłosza.

Znalezione w przekładzie

Płyta Rosemary’s Kids przypomina też, że powodem tworzenia takich zestawów piosenek nie powinien być ani Rok Miłosza, ani nawet sam Miłosz. Bardziej już chęć odnalezienia innej perspektywy w patrzeniu na coś, co dobrze znamy. Choćby i na samą polszczyznę. W angielskich przekładach – w wypadku Miłosza dostępnych na wyciągnięcie ręki – archaizmy przestają być tak odległe, rytm jest prostszy, no i ujawniają się pożyteczne cechy angielszczyzny jako języka piosenki, który nie bombarduje aparatu mowy nawałem spółgłosek.

Idealną okazję do tego, żeby się cechom obu języków przyjrzeć, daje Aga Zaryan, ze swoją perfekcyjną dykcją i angielską wymową szlifowaną na

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zapisz się, by w każdy piątek otrzymać informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych
Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną