Barbara Pietkiewicz
8 grudnia 2011

Samobójstwo zaraźliwe jak choroba

Chciał, żeby go chcieli

Przy trumnie Radka w domu pogrzebowym w Jaworze stanęła 27-letnia dziewczyna. Żałobnicy słyszeli, jak powiedziała: zaczekaj, niedługo za tobą pójdę. Czy coś w tym sensie.

W Ameryce, gdy ktoś usłyszy takie słowa, podnosi alarm, i tego, kto tak mówi, psychiatra pakuje do szpitala. Żeby się nie zabił. Ale ludzie mówią różne rzeczy: mam dość tego życia, zbrzydło mi... I żyją dalej. Powiada się, że kto zapowiada odebranie sobie życia, nie zrobi tego, choć znawcy przedmiotu twierdzą, że jest przeciwnie.

Tamta dziewczyna powiesiła się po kilku dniach. W liście pożegnalnym napisała, że od dawna nie mogła znaleźć pracy. Ale pewnie to nie był jedyny powód. W samobójstwach jest zwykle tak, że wewnętrzne nieszczęście, niekoniecznie dostrzegane przez otoczenie, zbiera się, zbiera, aż w końcu wystarczy mało ważny z pozoru fakt, który jest jak naciśnięcie spustu.

Kilka dni później powiesiła się jej koleżanka, pięć lat starsza. Zostawiła dwoje małych dzieci. Była uzależniona od alkoholu i narkotyków. Jakiś powód to jest, choć nigdy nie ma dość ważkiego, żeby terminalnie nie chorując odbierać sobie życie.

Znaki i zdarzenia

Ci, co chcą to zrobić, twierdzą suicydolodzy, prawie zawsze wcześniej o tym mówią. Bo może ktoś pomoże, uratuje, zdarzy się cud. Albo dają znaki.

Któregoś dnia w sklepie, niedaleko od swego domu, Radek obwiązał skakanką szyję, podniósł do góry koniec sznurka i powiedział sprzedawczyni: tak się wiesza człowiek, proszę pani. Albo takie zdarzenie: na kościelnym konkursie rysunkowym Radek rysuje czarną kredką tonący okręt. Rufa przechylona, w wodzie pływają głowy ludzi. – Chcesz nas potopić? – pyta pani z konkursu. – Nie, tylko siebie – odpowiada Radek.

Na kilka tygodni przed śmiercią Radka powiesił się jego kolega ze świetlicy terapeutycznej. 17-latek pojechał w odwiedziny do innego miasteczka. Znaleziono go w lesie, tak jak potem Radka. Był wybitnie uzdolniony plastycznie, ale słabo się uczył, więc ani w liceum plastycznym, ani w ogólniaku nie miał szans. Wylądował w zawodówce. Ponoć nieszczęśliwie zakochany. Choć mówi się ostatnio w mieście, że sam się nie powiesił, że ktoś to zrobił. O Radku też tak niektórzy mówią. Kilka miesięcy później powiesiło się w okolicy miasta jeszcze trzech mężczyzn. W tym roku dziewięć osób.

Samobójstwo jest zaraźliwe, twierdzą suicydolodzy. Jeśli tamten to zrobił – myślą kolejni desperaci, mogę i ja. Tych trzech mężczyzn trochę już na tym świecie pożyło, ale Radek, 14-letni? Toż on był jak wyjęty z książki o wesołym urwisie, na którego jeśliby ktoś chciał się gniewać, to by nie potrafił.

Widzi go czasem dyrektor gimnazjum na korytarzu. A dlaczego ty nie na lekcji? A bo ja, panie dyrektorze, szukam mojej klasy. – To może ja cię zaprowadzę? – Och, dziękuję, poradzę sobie – odpowiada Radek. Zero arogancji, uśmiech i wdzięk. A do tego wiadomo, że nie jest w klasie, bo zaspał albo na przykład roznosił ulotki miejscowego banku.

Zdarzało mu się zaspać, kiedy matka pracowała jakiś czas na wysypisku śmieci. W szkole jest grupa rodzin, którym za bardzo nie zależy, żeby dziecko zdążyło do szkoły. Śpi? Niechaj śpi.

Ale nie można powiedzieć, żeby matka o czwórkę dzieci nie dbała. Jak mogła i umiała. Tylko nie bardzo wychodziło. Ojciec miał problemy psychiczne. Trzykrotnie próbował samobójstwa. Wyprowadził się, wyjechał do Niemiec do roboty. Czasem przywoził dzieciom prezenty. Radek nigdy o ojcu nie mówił, raz tylko do kolegi popchnięty na jakiejś wycieczce: jak się będziesz tak zachowywał, trafisz do więzienia jak mój ojciec.

Dwaj starsi bracia mają za sobą ośrodki szkolno-wychowawcze, za kradzieże i rozboje. Teraz już pełnoletni. Nie pracują (w Jaworze jest 18-proc. bezrobocie). Ale piją. Zaliczyli pobyty w izbie wytrzeźwień. I awantury, co rusz przyjeżdżała do rodziny policja, nie tylko zresztą do nich, ale też do innych w budynku, w którym mieszkają.

Z takich miejsc nieczęsto wychodzi się na prostą. Weźmy Darię, siostrę Radka. Przychodzi wezwana na policję. W komendzie delikwenci spuszczają zwykle z tonu – coś mi odbiło, już się nie powtórzy itd. A Daria funkcjonariuszowi rzuca: nie będę z panem rozmawiała. Obraca się na pięcie. Trzask drzwiami. Nie byle co: wybiła koleżance ząb uderzeniem w twarz. Ale w szkole – zachowanie poprawne.

Aktywista

Z takich miejsc wychodzi się na prostą, jeśli ktoś poda rękę i wyciągnie z kredowego koła. Zanosiło się na to, że Radek wyciąga się sam. Był inny. Nie kradł, niczego dzieciom nie zabierał, nie pił, nie ćpał. Tyle że wszystko było lepsze od siedzenia na lekcji. Trzeba przynieść do klasy dziennik, ustawić krzesła, obejść hurtownie w mieście, żeby najtaniej kupić prezenty koleżankom z klasy na 8 marca? Radek do usług. Za pieniądze i za darmo.

Uzgodniono z bankiem, że ulotki będzie roznosił tylko po lekcjach. I miejscową gazetę. Z jej roznoszenia coś nie wyszło. Nie zgadzało się saldo. Radek założył konto w banku, żeby mu bracia nie podbierali pieniędzy. Jak się go pytano, kim chce zostać, gdy dorośnie, mówił: dyrektorem domu kultury. Dom ma taki teatr, że kto weń wchodzi, słupieje: cudo, perła, diament. Tam urządzać przedstawienia, koncerty dla mieszkańców – to jest życie. Byłby z Radka świetny materiał na menedżera, bez dwóch zdań.

 

 

Właściciel hurtowni Tadex, do którego Radek przynosił prośby z organizacji o słodycze na festyny i uroczystości, wylicza miejsca, gdzie Radka było pełno. Zawsze na uroczystościach w garniturku i pod krawatem. Powinni go szanować, nie jest byle kim, a w każdym razie nie jest kimś, za kogo można byłoby go uważać. Tak też ubrany wkroczył z kolegą do ratusza, by złożyć burmistrzowi miasta życzenia urodzinowe. On, Radek, oraz kolega. Z własnej inicjatywy i we własnym imieniu. Życzenia zostały przyjęte. Ministrantem też chciał być, ale ksiądz nie wziął go na kolędowanie po mieszkaniach, więc zrezygnował. Strasznie chciał, żeby go wszyscy chcieli. Pragnął uznania i akceptacji, rozpaczliwie, na zapas, pełnymi garściami, nie tylko w jednym miejscu – w świetlicy czy bibliotece. Wszędzie, wszędzie.

Mówiono, że donosi wychowawczyni. Ależ skąd, nie zgadza się wychowawczyni, która w szkole już nie pracuje. Raz przybiegł do niej i woła: chłopaki na piętrze się biją. Albo: zdzierają farbę. Czy to jest donoszenie?

Darcie kotów

Powiada się w mieście, że dzieci i rodzice podpisywali petycję do władz przeciw dyrektorowi gimnazjum. Radek też. Dyrektor obniżył liczbę godzin nauczycielom. Wszyscy się

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną