Nadając nagrodzie taką formułę, chcieliśmy pobudzić badania nad dziejami najnowszymi, przyciągnąć młodych badaczy do – jak to Amerykanie nazywają – current history. Granica tej najnowszej historii oczywiście się przesuwa. W latach 50. był nią początek XX w. Później – pierwsza wojna światowa, a zwłaszcza to, co się działo po Wersalu. Oczywiście trauma drugiej wojny musiała od pierwszej chwili znaleźć odbicie w dyskutowanych przez jury pracach, czego wyrazem było nagrodzenie w pierwszej edycji z 1959 r. „Dziennika z lat okupacji” Zygmunta Klukowskiego – dziś powszechnie uznanego i bardzo ważnego źródła z tej epoki.
Okres powojenny przez długi czas stanowił tabu: historia ocierała się o politykę, publikacje były narażone na ingerencje cenzury, dostęp do źródeł – utrudniony bądź niemożliwy. Skądinąd wiadomo, że w wielu archiwach świata obowiązuje okres karencyjny. Do tzw. teczek Sikorskiego, dokumentów związanych z tragedią gibraltarską – uzyskałem dostęp w Public Record Office w Londynie dopiero pierwszego dnia po upływie 30 lat po katastrofie, w lipcu 1973 r. (Zdaniem niektórych badaczy – wyselekcjonowane dokumenty dotyczące tej sprawy nadal zachowują klauzulę tajności).
Dostęp do teczek w Instytucie Pamięci Narodowej spowodował gwałtowne przyspieszenie w badaniu dziejów najnowszych. Więc zapewne sporo racji ma świetny historyk wrocławski prof. Marcin Wodziński, gdy stawia zarzut („Choroba krótkiej pamięci”, POLITYKA 17), że ogromna większość nagród historycznych w Polsce obejmuje zasięgiem tylko XX w. Nie ukrywam, że jeśli chodzi o naszą redakcję, nie chciałbym zmiany formuły. 55 lat – to już tradycja, która zobowiązuje. Może mnie pamięć myli, ale jest to najstarsza – funkcjonująca – nagroda historyczna w Polsce.