W samorządach zakwitła moda na promocję. Branża PR (z ang. public relations, kształtowanie pozytywnego publicznego wizerunku) dość nieoczekiwanie odkryła tego klienta – dobrego, bo odpornego na zawirowania rynkowe. Efektem odkrycia są adresowane do samorządowców szkolenia i książki na temat PR, ogólnopolskie konferencje i kongresy, festiwale promocji miast i regionów. Agencje reklamowe tworzą rankingi promujących się wzorowo gmin, miast, regionów, prezydentów, burmistrzów i wójtów, rozdzielają laurki. Mieszkańcy dowiadują się, jak świetnych mają włodarzy. Ci zaś powtarzają wyuczoną mantrę, że pieniądze na promocję to nie wydatek, lecz inwestycja. Czyniona coraz lżejszą ręką.
Ile na to idzie
W gdańskim magistracie PR, czyli najkrócej mówiąc autopromocją, zajmuje się 36 osób. W Poznaniu – 24, we Wrocławiu – 31, w Łodzi i Krakowie – po 44–45 pracowników. W 2005 r. polskie samorządy na promocję wydały niecałe 109 mln zł. Potem z roku na rok wydatki rosły dynamicznie, bynajmniej nie o wskaźnik inflacji. Do z górą 684 mln zł w 2011 r. Prym wiodą miasta na prawach powiatu. Wrocław, ubiegłoroczny rekordzista, wydał na ten cel 37 mln zł.
Faktyczne kwoty przeznaczane na działania wizerunkowe są często trudne do ustalenia. Na ten rok w budżecie Gdańska w rozdziale wydatki na promocję zapisano 21,5 mln zł, ciut skromniej niż w roku ubiegłym. Jolanta Banach, była wiceminister gospodarki, teraz gdańska radna, zwraca jednak uwagę, że w budżecie – gdy go analizować w tzw. ujęciu zadaniowym – jeszcze coś się znajdzie. Na budowę wizerunku miasto zamierza przeznaczyć ponad 16 mln zł, a na promocję marki Gdańsk – 8 mln. To już 24 mln zł. A pomniejszych zamierzeń jest jeszcze sporo. – Trudno to uchwycić w całości, bo każda instytucja podległa miastu też ma jakiś budżet na promocję, ma również swoich rzeczników prasowych – tłumaczy radna.