Polskie specsłużby po aferze hazardowej
Służby na długiej smyczy
Mamy w Polsce 12 różnych służb specjalnych, kosztują nas rocznie grubo ponad miliard zł. Zatrudniają 10 tys. funkcjonariuszy. Nie licząc agentów. Po co nam to?
Od prawej: Krzysztof Bondaryk (szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego) oraz Maciej Hunia (szef Agencji Wywiadu)
Stefan Maszewski/Reporter

Od prawej: Krzysztof Bondaryk (szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego) oraz Maciej Hunia (szef Agencji Wywiadu)

Dymisja Mariusza Kamińskiego nie likwiduje problemu CBA. Wiele działań byłego szefa Biura wynikało ze złej ustawy, czyli z grzechu założycielskiego, do którego dołożyła się także Platforma Obywatelska. CBA od początku było pomyślane jako służba polityczna, wyjątkowa, z ideologiczną misją, i pod takie potrzeby skonstruowano przepisy.

Dlatego samo ulokowanie tam nowych ludzi, a zostawienie bez zmian struktury i zasad działania grozi wewnętrznym konfliktem „starych z nowymi”, kolejnymi przeciekami i oczywistymi zarzutami, że Biuro jest łagodne wobec ludzi władzy. Mechanizm produkowania politycznych afer przez i wokół CBA trudno będzie wyłączyć. Problem degenerowania się służb specjalnych dotyczy, oczywiście, nie tylko CBA, które jednak skupiło w sobie w wyjątkowym stopniu wszystkie negatywne zjawiska.

Już sama definicja, co jest służbą specjalną, sprawia kłopoty. Przyjęto, że podstawowym kryterium są szczególne uprawnienia tych formacji. Uznano więc, że służba specjalna to taka, która prowadzi działania operacyjno-rozpoznawcze. Wewnątrz kraju o charakterze niejawnym, poza granicami – tajne.

Służby z zasady są tajemnicze. Śledzą, podsłuchują, prowokują i wyłapują. Korzystają z tajnych współpracowników. Funkcjonariusze działający pod przykryciem podszywają się pod inne osoby, raz mogą być biznesmenami, raz gangsterami. Pozwala im na to prawo. Mogą fałszować dokumenty tożsamości, wręczać łapówki, ba, nawet włamywać się do cudzego domu, aby zainstalować swoje mikrofony i kamery. To rodzi ogromne ryzyko – ale także pokusę – przekraczania, niewyraźnie narysowanych, granic prawa.

Agenci CBA, jak pamiętamy, sfałszowali podpis urzędującego wójta gminy Mrągowo, a to jest nielegalne. Jeśli już, to powinni stworzyć postać fikcyjnego samorządowca i podpisać się jego fikcyjnym nazwiskiem. Po Polsce wędrują przebierańcy ze służb specjalnych, jak legendarny już piękny Tomek w roli amanta, i uganiają się za sukcesem. Oplatają kraj jak gęsta sieć. Czasem tak gęsta, że sami się w nią zaplątują.

Dlatego tak ważne jest ustalenie tego, co wolno takim funkcjonariuszom, gdzie jest granica działań operacyjnych w warunkach pokoju, poza którą dobro chronione już nie równoważy rozmaitych strat obywateli. Także utraty zaufania do państwa. O tej filozofii służb mówi się rzadko, zbyt łatwo uznając uprawnienia takich instytucji za oczywiste. Ale dzisiaj, kiedy próbujemy podnosić standardy życia publicznego, warto te pozorne oczywistości poddawać weryfikacji. Służby chcą te tendencje do zwiększenia jawności i kontroli puszczać bokiem, ale nie należy im tego ułatwiać. Zwłaszcza że to imperium ma stałą, naturalną skłonność do rozrastania się.

Ciało fasadowe

Na liście polskich służb specjalnych wylicza się już dwanaście instytucji (formacji, „firm” – jak mówią funkcjonariusze), a w kolejce czekają kolejne. Trzy od razu można z tej grupy wyłączyć: BOR, Służbę Celną i Służbę Więzienną. Mają uprawnienia szczególne, ale akurat nie do prowadzenia działań operacyjno-rozpoznawczych. Pozostaje więc dziewięć służb: Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW), Agencja Wywiadu (AW), Służba Kontrwywiadu Wojskowego (SKW), Służba Wywiadu Wojskowego (SWW), Centralne Biuro Antykorupcyjne (CBA), Policja, Żandarmeria Wojskowa, Wywiad Skarbowy i Straż Graniczna.

Prawdziwą elitę stanowi pierwsza piątka z tej wyliczanki. Narodziły się, według Krzysztofa Kozłowskiego, pierwszego niekomunistycznego ministra spraw wewnętrznych za czasów rządu Tadeusza Mazowieckiego, nie z rzeczywistego zapotrzebowania, ale politycznych ambicji partii, które fundowały sobie nowe supertajne agencje i biura w nagrodę za sukcesy wyborcze. – Jest w politykach złudne przekonanie, że do rządzenia, oprócz telewizji, potrzebne im są również własne służby specjalne – mówi. Praca w takiej służbie dodaje nie tylko prestiżu. Wyższe pensje, emerytura po 15 latach, dodatki za niebezpieczną pracę – jest o co powalczyć. To atrakcyjne miejsca pracy.

Najwyższa Izba Kontroli, która w 2005 r. próbowała ocenić organizację służb specjalnych i nadzór nad nimi, tak podsumowała: „NIK nie miała możliwości przeprowadzenia kontroli sposobu uregulowania zasad i dokumentowania czynności operacyjno-rozpoznawczych i analityczno-informacyjnych w ABW i AW z uwagi na odmowę przedłożenia do kontroli stosownych dokumentów i wyjaśnień przez Szefa ABW i Szefa AW”. Nie przedłożyli i nie wyjaśniali, bo – jak tłumaczyli – nie pozwalają im na to ustawy o ich służbach i instrukcje wewnętrzne. – Traktują te instrukcje jako parawan dla obchodzenia przepisów – mówi emerytowany oficer ABW.

Krzysztof Kozłowski (za jego czasów Urząd Ochrony Państwa, powstały na gruzach dawnej SB, podlegał resortowi spraw wewnętrznych) mówi, że z chwilą podporządkowania służb premierowi nastąpiła ich nobilitacja, ale jednocześnie wyzwoliły się one spod kontroli. – Premier nie mogąc w sposób efektywny ich nadzorować, powierza to zadanie komuś ze swojej kancelarii – mówi Kozłowski. – Wtedy się okazuje, że ważną funkcję państwową pełni ktoś bez zaplecza politycznego. Teoretycznie taką funkcję kontrolną powinno sprawować działające przy premierze kolegium ds. służb specjalnych oraz sejmowa komisja.

Kolegium i komisja są ciałami zbyt niewydolnymi, by cokolwiek skutecznie kontrolować – mówi Kozłowski. – Zawiodły też wszystkie dotychczasowe formy koordynacji, bo ministrowie koordynatorzy nie dawali sobie z tym rady.

Kolegium składa się z premiera, sekretarza i ministrów spraw wewnętrznych, obrony narodowej, spraw zagranicznych, finansów, ministra koordynatora ds. służb oraz szefa prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Kolegium praktycznie nie ma wpływu na funkcjonowanie instytucji, nad którymi pełni pieczę. Jedyne zadanie, jakie rzeczywiście wykonuje, to rola opiniodawczo-doradcza. Ostatnio np. pozytywnie zaopiniowało odwołanie Mariusza Kamińskiego z funkcji.

Jak narodził się system

Po upadku PRL nowe demokratyczne władze postanowiły zbudować dwie nowe, główne służby specjalne. Służbę Bezpieczeństwa zastąpił Urząd Ochrony Państwa, a wojskowy wywiad (Zarząd II Sztabu Generalnego) i kontrwywiad (Wojskowa Służba Wewnętrzna) zmienił się w jedną formację – Wojskowe Służby Informacyjne. UOP podlegał ministrowi spraw wewnętrznych, a WSI resortowi obrony. Ale szybko uznano, że taki sposób organizacji służb nie wystarcza.

Wciąż trwały przymiarki do reformy. Dodano też więcej uprawnień innym formacjom. Straż Graniczna zaczęła prowadzić działalność operacyjną nie tylko na granicach, ale i w głębi kraju; podobnie celnicy. Powołano Wywiad Skarbowy podlegający Generalnemu Inspektorowi Kontroli Skarbowej. Z policji wyodrębniono samodzielne Centralne Biuro Śledcze, głównie do walki z przestępczością zorganizowaną. Miało być polskim odpowiednikiem FBI.

W 2002 r. zlikwidowano UOP i w jego miejsce powołano dwie instytucje: Agencję Wywiadu i Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Rozdzielenie cywilnego wywiadu i kontrwywiadu to pomysł ówczesnego szefa UOP Zbigniewa Siemiątkowskiego. UOP liczył 13 jednostek organizacyjnych, a jego spadkobierczyni, czyli ABW, szybko zaczęła się rozrastać. – Teraz mamy 19 departamentów i biur – wylicza zastępca szefa ABW płk Paweł Białek. – A do tego 15 delegatur w miastach wojewódzkich i niedawno uruchomione Centrum Antyterrorystyczne oraz CERT, czyli specjalny system ochrony rządowej sieci komputerowej.

Wojskowe Służby Informacyjne od początku miały złą legendę, oskarżane o nielegalne operacje gospodarcze, handel bronią, konserwowanie „postkomunistycznego układu”. Dlatego PiS zlikwidowało tę formację, a w jej miejsce powołało SWW i SKW.

Na grabarza WSI wyznaczono Antoniego Macierewicza. Przygotował raport o nadużyciach WSI, którego efektem trwającym do dzisiaj są procesy wytaczane Macierewiczowi i Ministerstwu Obrony Narodowej przez osoby, które raport wskazywał jako czarne owce. W 2008 r. Trybunał Konstytucyjny uznał za sprzeczne z konstytucją m.in. pozbawienie osób z raportu prawa do wysłuchania przez komisję weryfikacyjną, prawa dostępu do akt sprawy oraz odwołania do sądu od decyzji o umieszczeniu w raporcie.

Marek Dukaczewski, były szef WSI, mówił niedawno w wywiadzie dla „Przeglądu”, że po ideologicznej operacji czyszczenia WSI miejsce wykwalifikowanych oficerów zajęli amatorzy, dla których podstawą wiedzy o pracy dla służb był 17-dniowy kurs, do tego kończony w trybie zaocznym.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj