Rozmowa z Martinem Pollackiem
Zawsze pociągał mnie Wschód
Wybitny reporter, autor „Śmierci w bunkrze” i „Cesarza Ameryki” opowiada o Polakach na emigracji, swojej fascynacji Wschodem, galicyjskim micie i wyjątkowości polskiego reportażu.
Martin Pollack
Roman Kurkiewicz/FOTONOVA/Reporter

Martin Pollack

Wielu wybitnych pisarzy opiewało zmierzch Austro-Węgier. Ale sama Galicja, w końcu część habsburskiej monarchii, np. w książkach Józefa Wittlina czy Józefa Rotha to po prostu zapyziała prowincja. Pan w „Cesarzu Ameryki” po raz kolejny wraca do Galicji. Co Pana w niej najbardziej pociąga?

Moim zdaniem Galicja była wielkim eksperymentem. Niestety, trzeba powiedzieć: eksperymentem nieudanym. Skończyło się to klęską i upadkiem. Ale jednak, gdy dziś spoglądamy na Galicję (ja to robię raczej bez sentymentu, nie należę do tych, których uwiódł galicyjski mit, oceniam tę Galicję raczej surowo), to ona coś w sobie miała i dała nam bardzo dużo. Wystarczy, że spojrzymy, kto z tej Galicji pochodził. Przecież te ziemie nie były bogate ani ludność nie była taka fantastyczna. To sama Galicja w jakiś sposób tworzyła tych ludzi.

To znaczy miała jakąś swoją atmosferę, coś wyjątkowego?

Tak. Widocznie to zderzenie kultur – bo przecież oni się tam wzajemnie niespecjalnie kochali – coś dało. Mimo wszystko tam nie było wojen domowych, nie zabijali się. Te konflikty, które tam powstawały, miały jednak pozytywny efekt. W głowie się nie mieści, że tak wielu fantastycznych ludzi pochodzi z Galicji. Od Billy’ego Wildera, przez tych naszych pisarzy, po wybitnego amerykańskiego fotografa Weegee [właśc. Arthur Fellig – przyp. K.C.], który portretował czarną stronę Nowego Jorku. To świadczy o tym, że ta Galicja była bardzo ciekawa. Poza tym zawsze pociągał mnie bardziej Wschód niż Zachód. Jeśli mam wybór, żeby pojechać do Paryża albo do Lwowa, to zawsze wybiorę Lwów czy nawet Mińsk.

W przypadku Austro-Węgier i Galicji doczekaliśmy się mitów, które wyparły rzeczywistość. W „Cesarzu Ameryki” opisuje Pan przede wszystkim galicyjską nędzę, ciemnotę i korupcję pod panowaniem Austrii. W Galicji także dojrzewały nacjonalizmy, szczególnie ukraiński, ale i polski. Z drugiej strony jest mit, czyli Franciszek Józef, wolność, pokojowa koegzystencja wielu grup etnicznych. Jak wiele ten mit ma wspólnego z rzeczywistością?

Każdy mit ma w sobie trochę z rzeczywistości i trochę z legendy. Tak samo jest z Galicją i np. z tą nędzą galicyjską. Ten kraj na pewno bogaty nie był. Był najbiedniejszy – oprócz Bukowiny – w monarchii habsburskiej. To wszystko, co opisuję w „Cesarzu Ameryki”, to są fakty. Wiele rzeczy wziąłem z ówczesnej prasy. Nie sądzę, żeby te gazety to wszystko wymyślały. Ale z drugiej strony ta Galicja była bardzo postępowa. Weźmy np. Lwów. Przecież to była metropolia na europejskim poziomie.

Podobnie mówi o Lwowie Czesławowi Miłoszowi Aleksander Wat w swoich wspomnieniach, które się potem ukazały jako „Mój wiek”. Jemu Lwów z Europą kojarzył się bardziej – a to było już po upadku Austro-Węgier – niż Poznań, Kraków czy Warszawa.

Tak, to była prawdziwa metropolia. Mamy więc dwa obrazy: z jednej strony ten postępowy Lwów, a z drugiej strony oczywiście zacofanie. Wieś galicyjska, zwłaszcza wschodniogalicyjska, była bardzo zacofana. Rolnictwo było na poziomie XVI wieku. I tam bieda była straszna. Ciekawe jest to, jak Austriacy postrzegali Galicję. W czasie monarchii habsburskiej kojarzyła się im ona wyłącznie negatywnie. Bród, smród, bieda, nędza, byli Żydzi, którzy też wtedy ze strony austriackiej nie byli mile widziani. Galicyjski Żyd nie kojarzył się Austriakom wówczas tak, jak dzisiaj, z klezmerami czy z żydowskim kiczem. Wtedy po prostu patrzyli na tych ludzi i mówili: „Brudni są, mówią takim dziwnym językiem, są inaczej ubrani, noszą te pejsy, to jest inny świat, dziki świat”. Były też książki austriackich pisarzy, którzy zresztą z Galicji pochodzili. Dla nich to była pół-Azja. Oni chcieli tu przynosić kulturę, cywilizację, a okazało się, że Galicjanie nie potrzebowali tego z naszej strony. Mieli swoją kulturę, która wydała wspaniałe owoce.

Mam wrażenie, że choć w ostatniej książce wraca Pan do schyłku XIX wieku, to jest ona też głosem w sprawie współczesności. Czytając „Cesarza Ameryki” zadziwiło mnie, jak niewiele od tego czasu się zmieniło. Biedni jadą do bogatego kraju i tam nadal są biedni i wykorzystywani.

Jak zacząłem pracę nad tą książką, to nie zdawałem sobie sprawy z tego wszystkiego. Proces w Wadowicach [w 1888 roku rozpoczął się proces masowy przeciwko organizatorom przemysłu emigracyjnego – przyp. K.C.] pokazał, jak działała emigracja. Werbowano ludzi, obiecywano im złote góry. Dzisiaj też to znamy. Albo to jest Trzeci Świat, który przyjeżdża do nas z Afryki czy z Azji, ale też podobnie jest w przypadku Polaków. Cały czas można przeczytać, że Polacy pojadą do Szwecji, do Anglii czy gdzieś indziej. I zdarza się, że oni tam koczują w strasznych warunkach, bo jakiś pośrednik czy jakiś agent (jak w Galicji z końca XIX wieku) ma niby biuro, które załatwia pracę zagranicą. I on bierze pieniądze, a im płaci marne grosze. Pod tym względem tak wiele się nie zmieniło. W porównaniu z tym, to w Galicji była elegancja. Więc „Cesarz Ameryki” to niestety bardzo aktualna książka.

Dziś Polacy są bardzo mobilni, zwłaszcza w ramach Unii. Jak to wyglądało u schyłku XIX wieku w Galicji? Kto wyjeżdżał najczęściej i jak na tym tle wypadali Polacy?

Wtedy też ludzie byli bardzo mobilni. Galicjanie byli przyzwyczajeni do tego, że jak jest jakaś klęska nieurodzaju, susza, zaraza, to trzeba gdzieś wyjechać do pracy.

W Galicji zaczęły się chyba te wyjazdy „na Saksy”, stąd to nasze powiedzenie.

Tak, ludzie wyjeżdżali wszędzie, do Niemiec, ale też do Rosji czy Rumunii. Jechali na trzy-cztery miesiące, a potem wracali. Więc byli przyzwyczajeni do pracy sezonowej, to już się w nich zakorzeniło. Ta wieś galicyjska nie wiedziała o świecie dużo. Nie mieli za bardzo pojęcia, co to jest ta Ameryka. Im się kojarzyło, że Ameryka jest trochę jak Niemcy, tyle że dalej. Morza nie widzieli, nie wiedzieli co to jest to morze. Myśleli, że to jakieś większe jezioro. To byli analfabeci, zupełnie nieprzygotowani do wyjazdu. Podziwiam ich, że mieli tyle odwagi, energii.

Wróćmy do Polaków – czy oni wyjeżdżali częściej, czy rzadziej od innych mieszkańców Galicji?

Oni, chociaż to była wtedy Austria, byli tam jednak panami. Ale mimo tego po stronie polskiej też była bieda i duża emigracja. To byli ludzie o większej świadomości, bardziej piśmienni niż inni mieszkańcy Galicji. Nie wyjeżdżali dlatego, że na emigracji będzie fajnie. Tam był duży głód ziemi, prawie wszyscy mieli tam bardzo małe gospodarstwa i z tego trudno było żyć. Jednak Polacy byli w trochę lepszej sytuacji niż Ukraińcy czy inni mieszkańcy Galicji.

Exodus napędzała przede wszystkim przysłowiowa wówczas „galicyjska bieda”. Stanisław Szczepanowski pisał, iż „każdy Galicjanin je za pół człowieka, a pracuje za ćwierć”. Czym różniła się tamta emigracja od tej, którą mogliśmy obserwować przed paru laty w Polsce?

Różnice są ogromne, choć podobieństwa też można znaleźć. Dziś to jest jednak inny świat. Niepiśmiennych jest bardzo mało. Ludzie za mało czytają, to nie ulega wątpliwości, ale jednak jakąś wiedzę mają. Lepiej znają też języki. Jak ktoś jechał parę lat temu do Irlandii, to chyba znał angielski albo przynajmniej jakieś podstawy języka. Zupełnie inny jest też poziom wykształcenia. Będąc Austriakiem obserwuję, że Polacy dają sobie radę. Jak przyjeżdżają, to mają zawód. Wtedy było inaczej, bo wyjeżdżali przeważnie rolnicy, którzy dziś się właściwie nie ruszają.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj