Wrocławski Teatr Polski ma nowego dyrektora. Wybór budzi kontrowersje, aktorzy się buntują
Czym ujął komisję 62-letni Morawski, którego największym artystycznym osiągnięciem jest rola Karola Wojtyły?
Forum

Następcą Krzysztofa Mieszkowskiego, który w ciągu dziesięciu lat rządów zmienił Teatr Polski w jedną z najlepszych i najważniejszych scen w kraju, zostanie popierany przez urząd marszałkowski Dolnego Śląska Cezary Morawski. Nie wiadomo jeszcze, jakim pomysłem na teatr ujął komisję konkursową aktor znany głównie z roli w telenoweli „M jak miłość”. Zespół Polskiego apeluje już o pomoc.

Sytuacja w Polskim jest skomplikowana. Mieszkowski, któremu z końcem sierpnia kończy się dyrektorski kontrakt, zbudował potęgę sceny. To dzięki jego otwartości i odwadze we Wrocławiu powstawały wielkie przedstawienia nagradzane w kraju i za granicą, na czele z „Wycinką” Krystiana Lupy, monumentalnymi, 14-godzinnymi „Dziadami” Michała Zadary, „Sprawą Dantona” Jana Klaty, spektaklami Krzysztofa Garbaczewskiego czy niedawną, kontrowersyjną „Śmiercią i dziewczyną” Eweliny Marciniak.

Ceniony przez dużą część krytyków i widzów dyrektor nie był ulubieńcem prowadzących teatr urzędników wojewódzkich. Szczególnie że publicznie wytykał im niedofinansowanie instytucji i realizował spektakle, przekraczając budżet instytucji. Kilkukrotne próby odwołania dyrektora nie kończyły się sukcesem głównie dlatego, że w obronę brali go kolejni współprowadzący teatr ministrowie kultury: Bogdan Zdrojewski i Małgorzata Omilanowska, a także środowisko artystyczne i media.

Po ostatnich wyborach sytuacja się diametralnie zmieniła. To urzędnicy marszałkowscy (PO) musieli bronić Mieszkowskiego przed ministrem kultury Piotrem Glińskim (PiS), który zaalarmowany informacją, że w spektaklu „Śmierć i dziewczyna” ma wystąpić para aktorów porno z Czech, nawoływał do ocenzurowania albo zdjęcia sztuki, a dyrektorowi groził obcięciem dotacji. Mieszkowski był już wtedy posłem z ramienia Nowoczesnej Ryszarda Petru, co do sporów artystycznych, światopoglądowych i ekonomicznych dorzuciło jeszcze element rywalizacji stricte politycznej.

Konkurs na nowego szefa sceny miał kilka odsłon ze zmieniającym się, często bardzo egzotycznym składem kandydatów. Urzędnicy od początku forsowali Morawskiego. I to mimo tego, że w sposób problematyczny spełniał wymogi regulaminu. Trwały dywagacje, czy stanowisko prodziekana w warszawskiej Akademii Teatralnej można podciągnąć pod sprawowanie stanowiska kierowniczego w instytucji kultury, skoro nie miał bezpośredniego kontaktu z finansami. Dyskusje wywołał także punkt o niekaralności, skoro Morawski został (wraz z Kazimierzem Kaczorem) uznany przez sąd winnym narażenia – choć nieumyślnego – Związku Artystów Scen Polskich na stratę 9,2 mln zł. Jako skarbnik instytucji nie dochował staranności w nadzorze nad księgowym, który zainwestował pieniądze ZASP w obligacje Stoczni Szczecińskiej, wkrótce upadłej.

Mieszkowski w konkursie startować nie mógł ze względu na warunek wyższego wykształcenia, którego jak wielu ludzi kultury, którzy wcześnie zaczęli działać, nie ma. Startował więc w tandemie z menedżerką Izabelą Duchnowską. Miałby być dyrektorem artystycznym, łącząc obowiązki ze sprawowaniem mandatu posła opozycji – w, przypomnijmy, teatrze prowadzonym wspólnie przez urzędników z konkurencyjnych partii. W Polsce niestety trudne albo wręcz niemożliwe do wyobrażenia, tym bardziej, że żadna ze stron nie ma genu kompromisu w DNA.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj