Recenzja filmu: "Klasa", reż. Laurent Cantet

Klasa
W kontrze do 'Stowarzyszenia umarłych poetów'

Fabularyzowany dokument „Klasa” to czwarty film w karierze 47-letniego Laurenta Canteta. Za debiut „Zasoby ludzkie” otrzymał Cezara. Reżyser przyznaje się do inspiracji brytyjskim niezależnym kinem społecznym, a w szczególności twórczością Kena Loacha, co widać po zrealizowanej w stylu cinema direct „Klasie”. Jej bohaterami są słabo obeznani z kulturą europejską prawdziwi uczniowie paryskiego gimnazjum z XX dzielnicy: arabscy imigranci, czarnoskóre dzieci uchodźców z Afryki, Azjaci. Oraz ich wychowawca, też autentyczny nauczyciel wykładający język francuski w tej samej szkole.

Film, będący zaprzeczeniem „Stowarzyszenia umarłych poetów”, przedstawia jeden rok ich wspólnej pracy. Kamera prawie w ogóle nie opuszcza czterech ścian, gdzie profesor i jego nastoletni podopieczni toczą ze sobą psychologiczną wojnę podjazdową. Wykładowca stara się przełamać obowiązujące w czasie nauki zasady, zachęca do mówienia o swojej prywatności, odpowiada nawet na bezczelne pytania, czy przypadkiem nie jest homoseksualistą. Ale ta gra, mająca na celu zbliżenie obu stron, nieoczekiwanie prowadzi do dramatu. Jeden z uczniów podczas spontanicznej dyskusji czuje się urażony jakimś słowem i niechcący uderza koleżankę, za co grozi mu wydalenie ze szkoły, a w konsekwencji deportacja. Pobieżne streszczenie nie oddaje sensu filmu, polegającego na analizie kompletnej niemocy porozumienia w zbiorowości złożonej z przedstawicieli różnych ras, kultur, tradycji i doświadczeń. Na obserwacji dobrych intencji zamieniających się w swoje przeciwieństwo.

Filmowa klasa to mikrokosmos, wieloetniczny tygiel, w którym mieszają się i odbijają skomplikowane problemy współczesnej demokracji, do której nie wszyscy potrafią i chcą się dostosować, i pewnie to zadecydowało o przyznaniu filmowi Złotej Palmy w Cannes.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj