Wacław Zimpel o swoich muzycznych projektach
Panowanie nad czasem
Rozmowa z nagrodzonym Paszportem POLITYKI klarnecistą i kompozytorem Wacławem Zimplem – o muzycznych zależnościach pomiędzy Zachodem a Wschodem.
Wacław Zimpel
Leszek Zych/Polityka

Wacław Zimpel

Koncert zespołu Saagara. W środku Wacław Zimpel
Andrzej Sidor/Forum

Koncert zespołu Saagara. W środku Wacław Zimpel

Polityka

Bartek Chaciński: – Grywałeś z najlepszymi improwizatorami z zagranicy. Teraz pracujesz w trio z perkusistą Hubertem Zemlerem i pianistą Krzysztofem Dysem. Wybrałeś Polaków, bo są najlepsi?
Wacław Zimpel: – Trudno powiedzieć, czy w jakiejś części świata muzycy są najlepsi, w każdej są trochę inni. Ale Zemler i Dys to jedni z najlepszych, o ile nie najlepsi muzycy, z jakimi miałem możliwość pracować. Pewnie to, że wszyscy jesteśmy klasykami z wykształcenia, rozumiemy klasyczną artykulację, klasyczne formy, ma duży związek z tym, że się muzycznie rozumiemy. Poza tym są bliżej, a jeśli ściągasz muzyków z zagranicy, to czasu na wspólną pracę, na rozwijanie jakichś koncepcji jest mniej.

Zrealizowaliście razem – jako LAM – właściwie jedną długą formę muzyczną. Czym ona dla ciebie jest?
To kompozycja początkowo napisana w kilku zrębach – i szybko nagrana, po paru próbach, gdy sprawdzałem, jak działają poszczególne elementy. To forma otwarta – niby pewne elementy są zdefiniowane, ale całość jest tak pomyślana, że może za każdym razem brzmieć trochę inaczej. Od tego czasu poświęcamy jej wszystkie koncerty tria. Patrzę na nią trochę tak, jak – wydaje mi się – Coltrane myślał o „My Favourite Things”. Nie chcę porównywać jednego z drugim, ale i tu jest stały materiał, z którym możesz obcować na różnych etapach swojego rozwoju i sprawdzić, jak zmieniają się nasze pomysły, on jest jakby takim środowiskiem do rozwoju. Nie myślisz już o samej kompozycji, tylko o sprawdzaniu, w którą stronę idzie.

Zemler i Dys też mogą ją ciągnąć w swoją stronę? Bo LAM to rodzaj supergrupy, wszyscy macie za sobą doświadczenia solistów i liderów.
Zaczęło się od moich pomysłów, ale w procesie pracy nad materiałem każdy z nas wniósł bardzo dużo od siebie. Zemler wpadł na przykład w pewnym momencie na pomysł wprowadzenia w trzeciej części marokańskiego rytmu gnawa i odgrywania go od piano do fortissimo. Nie znam poza Zemlerem nikogo, kto potrafiłby zrealizować coś takiego w tak długim odcinku czasu. I Hubert, i Krzysztof są niesamowici pod względem kontroli czasu. Trzeci utwór opiera się na jednym motywie fortepianowym, który nagraliśmy wcześniej i do którego dogrywaliśmy resztę. Poprosiłem Krzysztofa, żeby zagrał to z 10 minut, a on usiadł i zagrał 20 – musieliśmy go na końcu zatrzymać – bez metronomu zapanował nad tymi 20 minutami w sposób absolutny. Między innymi dlatego gram z Krzysztofem i Hubertem.

A gdybyś miał komuś wręczyć swoją muzyczną wizytówkę, którą dałbyś mu płytę? Tria LAM? A może wydany w tym samym roku solowy album „Lines”?
Kiedy chcę, żeby ktoś mnie poznał, zazwyczaj daję mu obie płyty. Uzupełniają się, są dla mnie równie ważne. LAM jest może trochę bardziej wyszlifowany od strony produkcji – tu brzmieniem końcowym zajął się Mooryc, z którym stale pracuję.

Na obu skupiałeś się na tradycji minimalistycznej. Czy trafiłeś na Wschód poprzez amerykański minimalizm czy może odwrotnie?
Pierwszy był minimalizm. Studiując życiorysy Terry’ego Rileya i La Monte Younga, zetknąłem się z tradycją hindustani, którą już trochę znałem poprzez twórczość Raviego Shankara. Tak naprawdę zacząłem zgłębiać klasyczną muzykę Indii właśnie za sprawą minimalistów i ich guru Pandita Pran Natha. Słuchałem też Alego Akhbar Khana. W minimalizmie pociągał mnie jakiś rodzaj zawieszenia czasu. Ma w sobie siłę panowania nad czasem, pozwala wejść w inny stan świadomości jako słuchacz czy jako muzyk. Jadąc do Indii po raz pierwszy, chciałem poznać kolebkę tej tradycji.

Wybrałeś się tak po prostu, z mapą i plecakiem?
Właściwie tak, choć jakieś pół roku przed wyjazdem poznałem w Warszawie Giridhara Udupę i zapytałem go, gdzie najlepiej pojechać do Indii, żeby się nauczyć tamtejszej tradycji. Powiedział, że do Bangalore, bo tam znajdę wszystko – i muzykę hindustani, którą utożsamiano z północą Indii, i karnatycką – z południa. Te dwie tradycje bardzo się różnią. Załatwił mi nauczyciela, flecistę Ravichandrę Kulura, który grywał jeszcze z Shankarem i znał tradycję hindustani, ale mnie nauczył też podstaw tradycji karnatyckiej. Sam Giridhar Udupa jest karnatyckim mistrzem ghatamu, czyli glinianego dzbana, charakterystycznego dla południa Indii instrumentu perkusyjnego. Zaczął mnie poznawać z różnymi miejscowymi muzykami. Szybko zrozumiałem, że to, czego się uczę, ma się kompletnie nijak do tego, czego się spodziewałem. Schematy rytmiczne, jakimi tamtejsi muzycy operują, są tak bardzo różne od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, że trudno było z nimi grać. Umieszczają akcenty w zupełnie innych miejscach taktu. „Raz” niby jest tam, gdzie powinno być, ale Europejczykowi wydaje się, że zupełnie gdzie indziej.

Ciebie traktowali jako kolejnego Europejczyka, który chce zaznać trochę muzycznej egzotyki?
Owszem, na początku dało się odczuć taki stosunek – że oto przyjeżdża kolejny białas i będzie udawał Hindusa. Ale chyba zdobyłem ich sympatię dzięki swojej determinacji do nauki. Za drugim razem było mi już naprawdę łatwo w tym środowisku funkcjonować. W tej chwili muzycy z zespołu Saagara, który założyliśmy w Bangalore, to moja hinduska rodzina. Mieszkam u nich w domach i jadam u nich, kiedy jestem na miejscu.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj