Kto w Europie ma najlepszą służbę zdrowia?
Leczyć i liczyć
Najlepszą służbę zdrowia mają Holendrzy. Dania, Austria, Szwajcaria i Niemcy są w europejskiej czołówce, a Polska na szarym końcu rankingu. Co oni wiedzą o leczeniu publicznym, czego my wciąż nie wiemy?
Szpital uniwersytecki w holenderskiej Lejdzie
SPL/EAST NEWS

Szpital uniwersytecki w holenderskiej Lejdzie

SPL/EAST NEWS

Statystyka jest wyjątkowo frustrująca. Każdego roku polska publiczna służba zdrowia ma coraz więcej pieniędzy, wydatki rosną o 9 proc. rocznie. Jeszcze szybciej, bo o 13 proc. rocznie, rosną sumy, które dokładamy do naszego leczenia z prywatnej kieszeni. Dlaczego mamy wrażenie, że te pieniądze wpadają w czarną dziurę, a pacjenci nie mają z nich żadnego pożytku? Patrząc na kraje, w których leczy się lepiej niż u nas, można znaleźć trzy najważniejsze tego przyczyny.

NFZ płaci, ale nie wymaga – w naszym kraju brakuje systemu oceny jakości usług medycznych, to raz. Po drugie: strach polityków zastopował próby ograniczania popytu na świadczenia medyczne w przypadkach, gdy są one nieuzasadnione. Po trzecie: ciężar opieki zdrowotnej nad całym społeczeństwem dźwiga tylko jego część. Dopóki nie rozwiąże się tych trzech problemów – służba zdrowia będzie nam udowadniać, że potrafi zmarnować każde pieniądze. Kraje, w których społeczeństwa dobrze oceniają swoje lecznictwo, uporały się z każdym z nich. My boimy się wszystkich razem i każdego z osobna. Nawet kolejni reformatorzy udają, że ich nie widzą.

Ubezpieczyciel pilnuje rachunku

Najlepsza służba zdrowia w Europie (czyli holenderska) nie ma ciała, które byłoby odpowiednikiem naszego Narodowego Funduszu Zdrowia. Pierwszy z problemów, których my nie zauważamy – czyli oceny efektywności leczenia w szpitalach – rozwiązuje sześć prywatnych towarzystw ubezpieczeniowych. – Prowadzą dokładny monitoring, żeby wiedzieć, w którym ze szpitali całkowita wyleczalność na przykład raka czy innych chorób jest najwyższa – tłumaczy Franciszek Hutten Czapski z Boston Consulting Group. Uważnie śledzą też czas oczekiwania w każdej placówce, zakres i jakość opieki nad chorymi, a także przestrzeganie innych praw pacjentów. Po analizie tworzą listę najskuteczniejszych szpitali i w nich kontraktują usługi medyczne.

Podobną listę ma każdy ubezpieczyciel. Szpitale, w których opieka jest na najniższym poziomie, wypadają z pola ich zainteresowań, chorzy nie są do nich kierowani. Gorsze, mniej skuteczne leczenie dla prywatnego ubezpieczyciela oznacza wyższe koszty (niewyleczony pacjent wróci i tak do lekarza), dla pacjenta – uszczerbek na zdrowiu. Interesy obu stron są zbieżne.

Dokładny monitoring dostarcza też wiedzy, w czym dana placówka jest najlepsza. Specjalizacja pozwala leczyć lepiej i taniej. Holendrzy nie zakładają, że chory musi mieć do szpitala blisko, wolą, by był leczony skutecznie. My uważamy, że szpital (albo kilka) musi być w każdym powiecie. I choć na służbę zdrowia wydajemy już 6,5 proc. PKB (razem z wydatkami prywatnymi), a Holandia dochodzi do 10 proc., to liczba szpitalnych łóżek na 100 tys. mieszkańców jest u nas o wiele wyższa niż tam. Jakoś nam nie żal tych zmarnowanych pieniędzy. Dla samorządów lokalnych utrata miejsc pracy jest ważniejsza niż efektywność leczenia.

W polskim wydaniu zamiast mierzenia efektywności opieki medycznej mamy badać zadowolenie pacjenta. Do szpitali, z których chorzy będą najbardziej zadowoleni, NFZ skieruje więcej pieniędzy. Kto i jak będzie to zadowolenie mierzył? Pacjenci nie mają do tego celu ani wiedzy, ani narzędzi. Samo przekonanie, że jak szwagra wyleczyli, to i mnie pomogą, wydaje się niewystarczające. Istnieje natomiast niebezpieczeństwo, że szpitale zechcą pacjentów przekonywać do siebie za pomocą reklam. Byłoby to rozwiązanie fatalne, część środków zamiast na leczenie trafiłaby do agencji reklamowych.

Holenderskie towarzystwa ubezpieczeniowe są prywatne, ale nie mogą osiągać zysku. Jeśli się to zdarzy – muszą obniżyć składkę ubezpieczeniową w następnym roku. Każdy ubezpieczony sam sobie wybiera towarzystwo i pakiet usług. Podstawowy, obowiązkowy dla wszystkich, i – ewentualnie – rozszerzony, dla bardziej zamożnych. Za bezrobotnych pakiet podstawowy finansuje państwo.

Lawinowo rosnące koszty zmusiły polityków we wszystkich krajach, w których ludzie są zadowoleni z publicznego lecznictwa, do określenia, co im się należy w ramach podstawowego, obowiązkowego ubezpieczenia, a za co muszą dopłacić z własnej kieszeni. W Polsce wszystkie rządy się tego bały i obecny też nie jest wyjątkiem. W rezultacie należy nam się wszystko, czyli leczenie na możliwie najwyższym światowym poziomie, tylko nie mamy możliwości tego prawa wyegzekwować. Przy najcięższych i najdroższych chorobach nie decyduje ani koszyk usług podstawowych (bo go nie ma), ani efektywność leczenia (nikt jej nie mierzy), tylko to, czy oczekujący pomocy pacjent trafi do telewizji. Media załatwią pomoc dla każdego, umrą ci, którzy się do elektronicznych mediów nie dostaną.

Pacjent czuje, ile to naprawdę kosztuje

Składka obowiązkowa wynosi w Holandii tysiąc euro rocznie. Do tego każdy pracodawca dopłaca 6,5 proc. zarobków. Żaden Holender, któremu należy się za to publiczna opieka zdrowotna, nie powie, że ma leczenie za darmo. Wszystkie kraje, których obywatele są zadowoleni z publicznej służby zdrowia, starają się, żeby mieli oni także świadomość kosztów leczenia. Nie tylko w Holandii, ale także w Szwajcarii, a nawet w socjaldemokratycznej Szwecji (lewica po wielu latach właśnie straciła tam władzę) każdy ubezpieczony najpierw musi wyłożyć na początku roku jakąś sumę z własnej kieszeni. W Holandii jest to 165 euro, w Szwajcarii 200–400 euro. Pierwsze wizyty u specjalisty czy pobyt w szpitalu są finansowane właśnie z tego „udziału własnego”. Dopiero po wyczerpaniu tej kwoty leczenie opłacane jest ze składki.

Nieco inaczej popyt na usługi medyczne próbowali racjonalizować Niemcy. – W każdym kwartale za pierwszą wizytę trzeba zapłacić 10 euro – mówi Grzegorz Cimochowski z Boston Consulting Group. Opłata nie obowiązuje pacjentów z chorobami przewlekłymi. – Na początku liczba wizyt u lekarzy spadła, ale po dwóch latach wszystko wróciło do starej normy – dodaje. Także we Francji taka forma współpłacenia nie została uznana za dostateczną motywację do rezygnacji z niepotrzebnych wizyt. Drobne opłaty za wizyty u lekarza nie sprawdziły się także w Czechach.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj