Pierwszy transport do Auschwitz
Kolejność przeżywania
Są młodzi i zdrowi, więc mają przed sobą ze 3 miesiące życia. Na wolność wyjdą przez komin krematorium. Taką przyszłość przepowiadano 728 więźniom z pierwszego transportu do Auschwitz.
Roman Trojanowski (88 lat, numer obozowy 44) w mieszkaniu w Krakowie. Jest prawnikiem. Na fot. także: wakacyjne zdjęcie z 1939 r. oraz fragment wojennego pamiętnika (nie obejmuje on czasu spędzonego w Auschwitz).
Piotr Małecki

Roman Trojanowski (88 lat, numer obozowy 44) w mieszkaniu w Krakowie. Jest prawnikiem. Na fot. także: wakacyjne zdjęcie z 1939 r. oraz fragment wojennego pamiętnika (nie obejmuje on czasu spędzonego w Auschwitz).

Kazimierz Albin (88 lat, numer obozowy 118) w mieszkaniu w Warszawie. Jest inżynierem. Na fot.: wśród kolegów więźniów w Auchwitz (jego oryginalne zdjęcie obozowe zaginęło), a także niemiecki Federalny Krzyż Zasługi przyznany mu w 2009 r.
Piotr Małecki

Kazimierz Albin (88 lat, numer obozowy 118) w mieszkaniu w Warszawie. Jest inżynierem. Na fot.: wśród kolegów więźniów w Auchwitz (jego oryginalne zdjęcie obozowe zaginęło), a także niemiecki Federalny Krzyż Zasługi przyznany mu w 2009 r.

Józef Paczyński (90 lat, numer obozowy 121) w mieszkaniu w Krakowie, Jest inżynierem, po wojnie pracował jako nauczyciel. Na fot. także: zdjęcie z czasów wojny oraz jego legitymacja wydana w 1945 r. przez alianckie wojska okupacyjne w Austrii.
Piotr Małecki

Józef Paczyński (90 lat, numer obozowy 121) w mieszkaniu w Krakowie, Jest inżynierem, po wojnie pracował jako nauczyciel. Na fot. także: zdjęcie z czasów wojny oraz jego legitymacja wydana w 1945 r. przez alianckie wojska okupacyjne w Austrii.

Jerzy Bielecki (89 lat, numer obozowy 243) w mieszkaniu w Nowym Targu. Jest inżynierem, po wojnie był dyrektorem PKS Nowy Targ, potem nauczycielem i dyrektorem szkoły. Na fot: Krzyż Oświęcimski, miniatura menory, medal Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata.
Piotr Małecki

Jerzy Bielecki (89 lat, numer obozowy 243) w mieszkaniu w Nowym Targu. Jest inżynierem, po wojnie był dyrektorem PKS Nowy Targ, potem nauczycielem i dyrektorem szkoły. Na fot: Krzyż Oświęcimski, miniatura menory, medal Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata.

Pociąg

Fritzsch kończy powitanie, schodzi z krzesła. Ma doświadczenie z obozami. Właśnie przyjechał z Dachau po siedmiu latach pracy w kompanii karabinów maszynowych, a potem w cenzurze. Przy stołach trwa ewidencja więźniów. Każdy dostanie numer wypisany na kartoniku. – Ja nie wierzę – mówi 121. – Mamy XX wiek. Niemcy to naród, który wydał tylu zacnych ludzi. Nic złego nie zrobiłem – dlaczego mam żyć 3 miesiące? Ile ma złotych zębów? Na co umierali w jego rodzinie? – dopytuje rejestrator. Numeracja startuje od 31. Pierwsza trzydziestka zajęta przez niemieckich kryminalistów, którzy teraz poganiają, biją, wrzeszczą, rejestrują nowych. – Tylko tak straszą – uważa 44. – To długo nie potrwa. Niech się tylko ruszy Anglia.

Ten transport wyjechał o świcie z więzienia w Tarnowie – wagonami 3 klasy, po 12 ludzi w przedziale, w ciszy i duchocie. Więźniowie nie wiedzieli, dokąd ich wiozą. Na dworcu w Krakowie słyszeli marsze z patefonów i wiwaty. Żandarmi z transportu kazali im zapamiętać 14 czerwca 1940 r. – dzień, w którym upadł Paryż. – Ziemia się pod nami zapadła – mówi 118. Pociąg ruszył na zachód, ludzie szeptali, że jadą do pracy do Rzeszy. Skład zatrzymał się na bocznicy w Auschwitz. Pod budynkiem Polskiego Monopolu Tytoniowego czekali już esesmani z karabinami. Na ich widok spokojni żandarmi z transportu dostali ostrogi. Wyrzucali ludzi z wagonów. 243 leżał, dostał kopa w pierś, pejczem w szyję, zrywał się, biegł, przeskakiwał leżących. Potem więźniowie stali w dziesięcioszeregach. Ubrania mieli porwane. Chłopakowi obok 243 łzy z krwią kapały na koszulę. – Do roboty jedziemy, a tak nas witają? – dziwił się 243. Przyszedł komendant Fritzsch, stanął na krześle, mówił cicho. A tłumacz wrzeszczał, żeby tych 728 ludzi mogło usłyszeć, gdzie są i ile im zostało.

Imiona

118 to Kazik z Krakowa, 18 lat, harcerz. Ma w obozie brata, Mietka, 20 lat, numer 116. W maju razem wychodzą z domu walczyć. Rwie się z nimi najmłodszy brat, ale każą mu zostać przy rodzicach.

243 to Jurek, 19 lat, znajomy Kazika z krakowskiego gimnazjum nowodworskiego, syn urzędnika. Jurek nie żegna się z rodzicami wychodząc z domu. Zostawia list w szufladzie. Pożyczony od ojca zegarek z dewizką przepada w śledztwie.

44 to Romek z Jarosławia, 18 lat. Aresztowany w drodze na majową mszę.

121 to Józek spod Wadowic, 20 lat. Walczył w kampanii wrześniowej, ale mówi, że głównie uciekali ubrani w swoje nowiutkie mundury.

Kazik z Mietkiem, Jurek i Józek osobno wpadają na zielonej granicy. Idą przez góry do polskiej armii na Zachodzie. Na takich mówi się turyści. Wsypują ich niemieccy szpicle udający polskich oficerów. Albo łapią słowaccy pogranicznicy. Romek też ma umówiony przerzut na Węgry, kiedy go gestapo zabiera spod kościoła. Niemal cały pierwszy transport to młodzieńcy. Numer obozowy zależy od stolika, przy którym się rejestrują 14 czerwca. Od tej chwili imiona i nazwiska leżą nieużywane w kancelarii Auschwitz.

Zegar

Ulica oddziela budynek Monopolu Tytoniowego od pustych koszar zbudowanych w 1918 r. jako stacja emigracyjna na granicy Niemiec i Austrii. Monopol ma zegar na frontonie, dlatego mówi się: pod zegarem. Kolejne transporty polskich więźniów do Auschwitz zajmują koszarowce zwane blokami, ludzie dostają obozowe pasiaki. A pod zegarem trwa kwarantanna transportu pierwszego. Ludzie śpią na podłodze, nie wolno im otwierać okien. Z przepełnionych beczek wylewa się mocz i kał. Nocni wartownicy strzelają seriami po ścianach na postrach. Ktoś dostaje obłędu, koledzy uciszają go pięściami. Codziennie pobudka, kubek ciepławej lury, potem bieganie na rozkaz, skakanie, czołganie. Sport, mówią Niemcy. – Biegamy w cywilnych ubraniach dokoła młodego klonu, padając rozbijamy głowy o buty poprzedników – mówi 243. – Ogolone głowy puchną od słońca. Umierają pierwsi koledzy. Jeśli ktoś słabnie, kapo kopniakami zapędza do szeregu.

Pasiaki z koszar przywożą pod zegar herbatę w kotłach. Drugi transport, podobno inteligenci, nie przechodzi tresury. – Nas ganiają po 10 godzin w spiekocie, a oni zajmują najlepsze funkcje w obozie – mówi 118. – To niesprawiedliwość.

Kwarantanna i sport trwają 3 tygodnie. Pod koniec komendant chce wiedzieć, kto ma wszy. Mają wszyscy, ale przyznaje się numer 44 i jeszcze siedmiu. Wtedy 44 dostaje pierwszego w obozie kopniaka od Niemca. Zawszawieni siedzą na poddaszu tydzień. Przez dachowe okno widzą swój transport przeprowadzający się do głównego obozu Auschwitz Eins, za ulicę. 44 i koledzy pod zegarem całymi dniami z nudów tłuką wszy, aż ginie ostatnia.

Warstwy

Do końca 1940 r. tylko z dystryktu krakowskiego przyjeżdża do obozu 13 transportów więziennych. Ostatni numer zarejestrowany w grudniu to 7878. Zugangów, jak mówi się na nowo przybyłych, starsi stażem więźniowie traktują obojętnie. Obozowy świat dopiero się wytapia. Pozycja społeczna z wolności jest bez znaczenia. Kilka tysięcy mężczyzn tworzy nową hierarchię, od której zależeć będzie przeżycie. – W obozie wygląd kształtował pozycję – mówi 243. – Już się zaznaczały warstwy zależne od wyżywienia i warunków mieszkalnych. Nazywaliśmy to hierarchią sienników. Dobre komanda dostawały więcej jedzenia. Zamiast 3 kotłów zupy, 4,5 kotła – w ten sposób tworzyła się klasa panów pośród więźniów.

Dobre komando to takie, które wykonuje lekką pracę pod dachem. Najlepsze takie, co pracuje w kuchniach, magazynach żywności albo ma kontakt z wolnym światem i może się dokarmiać. – Po paru dniach zdaliśmy sobie sprawę, że napis „Arbeit Macht Frei” na bramie to cynizm, bo praca ma nas wykończyć, a na obozowym wikcie nikt nie przeżyje – mówi 118. – Najważniejsze były znajomości. Miał szansę przeżyć, kto znał starych więźniów, a oni mu przez kontakty załatwili dobre komando. Przeciętny więzień co dzień walczył o przeżycie w samotności i nawet o tym nie wiedział.

Na jednym piętrze bloku mieści się 600 więźniów. Śpią na podłodze. Potem dostają słomę. Wreszcie sienniki. Dzień rozpoczyna się od policzenia zmarłych w nocy. Na kolację dostali już chleb, do niego czasem zulagę, czyli dodatek: plasterek zielonawej kiełbasy, pasztetówki, kosteczkę margaryny, dżem z buraków – więc śniadania nie będzie. Dokładnie się sprawdzi sienniki umarłych, czy jedzenia nie schowali. Przed wyjściem do pracy apel. Zawsze ktoś dostanie w mordę od esesmana. Ktoś krzywo stoi w szeregu i za to zginie. Numery patrzą po sobie, taksują, ile komu zostało do śmierci. O dziwo, pierwsi giną ci, którym dawało się najwięcej szans – wypasieni, silni wieśniacy. W wyścigu o przeżycie chudzi chłopcy z miasta wygrywają z nimi sprytem. Im więcej ludzi w obozie, tym więcej kradzieży chleba. To najcięższe przestępstwo w więźniarskim świecie. Zdarza się, że złodzieje chleba giną nocą w umywalniach. Bici są przez innych więźniów na śmierć – w ciszy, żeby się blokowy nie obudził.

Śmierć głodowa rozpoczyna się od zobojętnienia. Kiedy więzień straci mniej więcej jedną trzecią wagi, oczy zajdą mu mgłą, otępieje, przestanie reagować na krzyk i ból. O takich mówi się w obozie: muzelmanie. Muzelman wyjadający ze śmietnika koło kuchni to kłusownik. Kłusownicy najczęściej umierają na tyfus. Muzelmanie chodzą na sztywnych nogach, małymi kroczkami. – Muzelmanie biegali jak klauni w cyrku – wspomina 243. – Nikt się nie śmiał, ale w hierarchii byli mniej ważni niż ci dobrze wyglądający.

Pierwszy transport wymiera, a pięciocyfrowcy dostają fuchy pod dachem, w cieple. Śląski transport załapuje się w kancelarii obozowej. Późne transporty zaczynają robić interesy z esesmanami. Tymczasem młodzież z pierwszego transportu marnuje czas czytając Karola Maya po niemiecku na zajęciach w bloku młodocianych. – Człowiek szybko dorósł i już się nie zachwycał Karolem Mayem jak jeszcze dwa lata temu – mówi 118. – Należało poszukać znajomości i wskoczyć do dobrych komand.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj