Inne spojrzenie na niedożywienie
Trzaskanie miskami
Wciąż mamy w Polsce głodne dzieci. Ale liczymy je nie tak jak trzeba i karmimy nie te, które powinniśmy.
Przesuwamy wielkie sumy z rubryki do rubryki i marnujemy pieniądze na dożywianie.
Lynn Koenig/Flickr RF/Getty Images

Przesuwamy wielkie sumy z rubryki do rubryki i marnujemy pieniądze na dożywianie.

Z problemem niedożywienia dzieci radzimy sobie w naszym kraju w sposób iście polski. Jedni mówią, że problemu z całą pewnością nie ma, a drudzy, że jest olbrzymi. Teraz znów media grzmią: mamy 500 tys. dzieci, które nie dojadają. Cytując raport GUS „Warunki życia rodzin w Polsce”, dziennik „Rzeczpospolita” pisze, że rodziców nie stać, „by zapewnić im przynajmniej co drugi dzień posiłek z mięsa, drobiu, ryby lub odpowiednika wegetariańskiego”. Nie stać ich także, by „przynajmniej raz w tygodniu kupić im świeże owoce lub warzywa”. I choć po lekturze nikt nie ma wątpliwości, że lepiej byłoby, gdyby drobiarsko-warzywne wymogi zostały w całości wypełnione, trudno właściwie powiedzieć, czym jest „niedojadanie”.

Biedni, głodni, otyli

No więc jak to jest? Mamy w Polsce głodne dzieci czy nie? – Ludzie nie rozróżniają niedożywienia od głodu, używają tych pojęć zamiennie – mówi Janina Ochojska, działaczka organizacji pozarządowych. Głód to doznanie fizyczne o przejściowym charakterze, a niedożywienie to coś trwałego, co można stwierdzić medycznymi badaniami. Lekarze definiują je jako stan „niedostosowania podaży substancji odżywczych do aktualnych potrzeb i możliwości metabolicznych ludzkiego organizmu”.

Precyzyjni Anglosasi używają pojęcia malnutrition i rozumieją przez to zarówno tych, którzy jedzą za mało, jak i tych, którzy jedzą za dużo lub zbyt kalorycznie, a więc siłą rzeczy też nieadekwatnie do potrzeb.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj