szukaj
Jak żyją gruzińscy uchodźcy
Odzyskać ćwiartkę życia
Losy uchodźców, wszechogarniające poczucie zagubienia i krzywdy, są wszędzie podobne. Niezależnie skąd nadleciały bombowce, które zniszczyły ich domy.

W Gori krąży anegdota, że podczas rosyjskich bombardowań najbezpieczniej było za pomnikiem Stalina. I rzeczywiście – wysoki pomnik nie ma najmniejszej rysy. Wiele lat temu lokalne władze postawiły go na pamiątkę urodzin Stalina, też Gruzina, urodzonego w Gori.

Zaledwie półtora kilometra dzieli elegancką i całkiem czystą aleję Stalina od miasta namiotów, tymczasowego obozu dla tzw. wewnętrznych uchodźców, Gruzinów, których wojna zmusiła do opuszczenia domów. Po drodze chodnik zawalony gruzem i rozpadające się, zniszczone bloki mieszkalne. Wreszcie na końcu ulicy wyłania się ogrodzony teren.

Biało-czerwone krzyże gruzińskie zlewają się flagami Włoskiego Czerwonego Krzyża, który zarządza obozem wraz z biurem ONZ ds. uchodźców. Wejścia pilnują umundurowani gruzińscy policjanci, którzy należą chyba do najsympatyczniejszych służb tego typu na całym Kaukazie. Nie mają wiele roboty, powoli zajadają białe winogrona.

Obóz w Gori liczy 2500 osób. Zmęczonych czekaniem ludzi, którzy każdego dnia mają nadzieję, że dziś, jutro, a najdalej pojutrze wrócą do domu. Ale większość z nich przebywa w obozie już wiele tygodni. Mijamy kolejkę kilkudziesięciu osób, które cierpliwie czekają na dzienny przydział pożywienia – na osobę pół bochenka chleba i jedno ugotowane jajko.

Zaczynają się namioty. Niebieskie, ponumerowane, niektóre oblepione unijnymi gwiazdkami. Uwagę przykuwa dziecko o ogromnych oczach, uśmiecha się do obiektywu. – Zapraszamy! – mówi na nasz widok matka małego Laszy. W namiocie numer 3 ledwo mieści się 11 metalowych łóżek polowych, powierzchnia to jakieś 25 m kw. Nad łóżkami wiszą ubrania, torby, reklamówki – cały dobytek dwóch rodzin, które dzielą namiot.

Pięcioosobowa rodzina Laszy przyjechała z Karaleti, gruzińskiej wioski, położonej tuż pod granicą z Osetią Południową. Mają gdzie wracać, ich dom nie ucierpiał w czasie wojny. Na razie wolą jednak mieszkać w namiocie. – W naszej wiosce stacjonują wojska rosyjskie – wyjaśnia ojciec Laszy. – Było nas 500 rodzin, zostało może 50. Zostać? Ryzykowne. Rosjanie chodzą po domach i jak znajdą mundury, wszystko podpalają. Przychodzą też po jedzenie, a potem pytają o wódkę. A jak już wypiją... – urywa.

Mieli nadzieję, że z rodziną szybko opuszczą obóz. Chcą wrócić do domu, zacząć normalnie żyć, umyć się w ciepłej wodzie, zjeść obiad. Tymczasem dni mijają i nic się nie zmienia, porozumienie Sarkozy-Putin-Miedwiediew pozostaje deklaracją na papierze. Rosjanie ani myślą opuszczać Karaleti, a dopóki stacjonują tam rosyjskie czołgi, nie ma mowy o powrocie. – Mówiłem, chcą wódki. A jak już się napiją, to pytają o kobiety – wyznaje zrezygnowany ojciec nastoletniej dziewczyny. – Dlatego tu jesteśmy. Dla własnego bezpieczeństwa.

Więzienie w obozie

Dzieci. Na terenie obozu jest ich bez liku. Ale Miasto Namiotów nie jest dla nich tym samym smutnym światem co dla dorosłych, choć nie ma huśtawek, ślizgawek ani drabinek do wspinania. Dwie dziewczynki i chłopczyk siedzą pochłonięci starym, zniszczonym wiadrem do rozrabiania cementu. Prawie jak w piaskownicy.

– Jesteśmy z Karaleti. Byliśmy w ośrodku dla uchodźców w Tbilisi, ale władze poradziły nam się przenieść do Gori – mówi Ledi Mamacaszwili z namiotu numer 9. – Mówili, że tu będziemy mieć wszystko. No, prawie wszystko – uśmiecha się. – Jasne, że ciężko nam tutaj mieszkać z maluchami. To nie są warunki dla małych dzieci. Skończyły się pieniądze, nie mamy pracy.

Ledi nie wie, kiedy wrócą do domu. Czeka, aż obce wojska opuszczą ich wioskę. – Mówią, że rosyjskie wojska to siły pokojowe. Pokojowe? A jaki pokój oni zaprowadzają, paląc domy, kradnąc i strzelając do ludzi?

Po drugiej stronie obozu niebieskie namioty zmieniają się w mniejsze, białe. Ale problemy i nastroje pozostają takie same. Acriszewi Wazagaszwili, głowa czteroosobowej rodziny, ojciec dwóch nastoletnich chłopców, chodzi spać o drugiej, trzeciej w nocy. Wstaje o piątej rano. Te dwie, trzy godziny przesypia w ubraniu, które nosi na co dzień. Nie ma nic na zmianę. Poza tym, jak tu spać, kiedy stracili cały dobytek? Był rolnikiem, mieli własne gospodarstwo. Ich dom został doszczętnie zniszczony w czasie wojny. Nie wie, co się stało ze zwierzętami, bo musieli uciekać.

– To był moment. Usłyszeliśmy samoloty, zaczęło się bombardowanie. Nie było wiele czasu na ewakuację – opowiada. Nigdy nie wrócą do domu. Bo do czego mają wracać? – Poza tym tam nigdy nie będzie bezpiecznie. Trzeba zacząć nowe życie, w nowym domu. Będą mieszkać w regionie Marneuli, przy granicy azerskiej. Słyszał, że to właśnie tam rząd buduje zastępcze domy. Na razie jednak trzeba czekać i to oczekiwanie jest najgorsze.

W Tbilisi nie ma śladu po wojnie. Tylko jaskrawe autobusy miejskie oblepione anglojęzycznymi plakatami „Stop Russia!”, „Stop the war!” przypominają o tym, co wydarzyło się na początku sierpnia. Opłaca się teraz handlować flagami, powiewają dosłownie wszędzie.

Za budynkiem uniwersytetu stoi dawna siedziba Instytutu Gospodarki Wodnej. Teraz mieści się tam ośrodek dla uchodźców, w którym schronienie znalazło ponad 30 rodzin. Wspinamy się po starych, spróchniałych schodach na ostatnie, piąte piętro kamienicy. Nie ma żywej duszy. Nagle ze stojącej na ziemi szafki wyskakuje dziecko! Stoimy jak wryci, mały pędzi korytarzem przed siebie, w końcu znika za zakrętem i znów zostajemy sami. Schodzimy na dół.

Po drodze spotykamy wreszcie pierwszą mieszkankę. Nino, młoda kobieta, zaprasza nas do swojego lokum. W niewielkim pokoju stoją biurko, stół, kilka krzeseł i dwa materace, na których bawią się dzieci. Na biurku rondelek. Stara, odrapana okiennica otwarta na oścież. Na zewnątrz ciepło, dziś 25 st. C. Sześcioosobowa rodzina pochodzi z małej wioski niedaleko Karaleti. Gdy zaczęła się wojna, Nino przygotowywała się do egzaminu, po którym miała pracować w laboratorium medycznym.

– Z wrażenia wszystko już zapomniałam. Będzie trzeba uczyć się na nowo. W ośrodku dla uchodźców w Tbilisi żyje się trudno, ale bezpiecznie. – Brakuje wszystkiego: od jedzenia, materacy, po książki szkolne dla dzieci, ubrania. Nawet woda nie jest zdatna do picia. – Rosjanie? A niby czemu mam ich nienawidzić? Sam naród rosyjski nie jest agresorem. Oni są po prostu ofiarą głupiej polityki – tłumaczy Nino.

Dom w wąwozie

Alina Kudżedziani jest w czwartym miesiącu ciąży. Wraz z mężem, 10-miesięczną córeczką Nini, 11-letnim bratem i schorowaną matką pochodzą z wąwozu Kodori, na styku Abchazji i Gruzji. To malowniczo położone miejsce między górami, w dolinie rzeki Kodori niejednokrotnie było punktem zapalnym i linią wymiany ognia między Abchazami i Gruzinami. Wojna, która wybuchła teoretycznie między Osetią Południową i Gruzją, od pierwszego dnia toczyła się także w wąwozie położonym na przeciwległym końcu kraju.

– 7 września zaczęło się bombardowanie. Nagle, niespodziewanie. Samoloty przylatywały z Suchumi i co godzinę zrzucały bomby. Nasz dom stoi blisko wojskowego lotniska. Baliśmy się, że za chwilę zostaniemy zrównani z ziemią. To ciężko opisać... Zaczęła się panika. Wczesnym popołudniem uciekliśmy szukać schronienia do lasu. Wciąż słychać było bombardowanie. Po kilkunastu godzinach wróciliśmy. Dzieci chciały spać. Obudził nas dźwięk samolotów. To cud, że przeżyliśmy. Bomby zniszczyły dach domu, wybiły okna. Nie było wyjścia, musieliśmy uciekać – opowiada Alina.

Mówi wolno. Wspomnienia najwyraźniej sprawiają jej ból, ale nie chce przerwać. – Wyjechaliśmy z Kodori na starej pace ciężarówki. Zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Jechaliśmy przez las, w strachu, że w końcu zatrzymają nas Rosjanie. Dotarliśmy do małej miejscowości, skąd zabrał już nas samochód ONZ. Dotarliśmy do Zugdidi i tam przesiedliśmy się do autobusu, jadącego do Kutaisi. W końcu dotarliśmy tu, do Tbilisi.

Od organizacji humanitarnych dostają co 10 dni chleb, olej, sól i makaron. W cztery osoby mieszkają w jednym pokoju, śpią na dwóch cienkich materacach. Słyszeli, że rząd planuje budowę nowych domów w Samagrelo koło Zugdidi. – Ale dlaczego mamy mieszkać w Samagrelo? My mamy swój dom. Oczywiście, że chcemy wrócić. Wąwóz Kodori to nasz dom, tam mieszkaliśmy całe życie, tam dorastałam. My nie potrafimy żyć w mieście. Zresztą z czego żyć? Tam mieliśmy wszystko, własny ogród, uprawy, jak to na wsi. A tu? A tu nie mamy nic.

Brat Aliny powinien iść do szkoły. – Tak, powinien siedzieć na lekcjach. Ale za co go posłać do szkoły? – pyta retorycznie Alina. Na pytanie o przyczyny wojny, Alina nie ma odpowiedzi. Mówi, że to kwestia polityki, której nie rozumie. – Teraz wszystko jest w rękach rządu. Chciałabym odzyskać chociaż ćwiartkę życia, które mieliśmy – mówi.

Soso Kasnadze nie ma do czego wracać. – Po moim domu w Cchinwali została jedna wielka dziura – mówi. Zdążyli uciec, zanim bomba trafiła w ich dom. Wyjechali natychmiast, gdy zaczęły się naloty. Kuzyn został i to od niego dowiedział się, co stało się z ich domem. Soso jest aktorem i przez wiele lat pracował w teatrze w Cchinwali, w mieszanym zespole gruzińsko-osetyjskim.

Wszystko zmieniło się w 1992 r. wraz z wojną między Osetią a Gruzją. – Nie spodziewałam się, że nawet moi koledzy z teatru są zdolni do takich okropności. Robili nam próby. Kazali nurkować w zbiornikach z ropą. Kto nie potrafił, nie chciał, ginął na miejscu. Taka zabawa – opowiada. Wtedy skończyły się przyjaźnie gruzińsko-osetyjskie. 16 lat później wybuchła nowa wojna. Tym razem rodzina Soso nie czekała na rozwój wypadków. Wyjechali wszyscy.

Dziś mieszkają w zrujnowanym budynku ministerstwa finansów. W Tbilisi Soso miał kilka propozycji pracy, nawet z teatru przy alei Rustawelego. – Ale jak tu pracować, kiedy muszę się opiekować rodzicami? Mama jest chora, częściowo sparaliżowana, ma niedowład prawej ręki i nogi. Ojciec złamał nogę w czasie ewakuacji.

Lennon w gruzach

Pewna staruszka proponuje, że pokaże nam najważniejsze dla mieszkańców miejsce. Wychodzimy na podwórze z boku budynku i wchodzimy do zadaszonego pomieszczenia. Mokro. Na ziemi kałuże wody, choć od kilku dni nie padał deszcz. To pralnia, kuchnia i łazienka w jednym. Z gołej ściany wystaje stary, zardzewiały kran. Żeby nabrać wody, trzeba pochylić się do przodu, oprzeć o ścianę i ostrożnie przystawić pojemnik. – Pod kranem znajduje się głęboka na 10 m studnia – mówi staruszka.

To jedyny kran w całym budynku. Korzysta z niego 160 rodzin. Podobnie jest z toaletą. Było więcej, ale od tygodni trwają problemy z kanalizacją. Przy wyjściu stoi komputer, ostatnia rzecz, jakiej można się spodziewać w ośrodku dla uchodźców z jednym kranem i jedną toaletą. Ktoś puścił muzykę, słychać „Imagine” Johna Lennona.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj