Przez lata za motto miałem haniebnie arbitralną myśl fanatycznych speleologów: powierzchnia ziemi jest zbyt powierzchowna, żeby mnie mogła zaciekawić. Teraz nadrabiam zaległości, choć bez przekonania, bo nawet w przestronnym chłodzie zwiedzanych katedr znajduję analogie do wnętrz komór jaskiniowych; w stiukowych nadmiarach oglądanych pałaców widzę namiastkę szaty kalcytowej – i po tych kulturalnych przechadzkach w grupie z przewodnikiem nabieram pewności, że cała historia architektury podszyta jest pragnieniem odtworzenia pierwszego domu naszych protoplastów. Po co mam więc oglądać mniej lub bardziej odległe od oryginału wariacje na temat jaskiń, skoro na świecie zieją jeszcze tysiące otworów pieczar, w których dotąd nie byłem?
W setkach już byłem, parę odkryłem, ale chcę polecić, drodzy czytelnicy, takie, do których przy odrobinie wysiłku, w roboczym ubiorze i z czołówką na głowie, sami wejść będziecie w stanie bez narażania życia, jeno ku ubarwieniu kanikuły.
Dla plażowiczów
Nawet kolekcjonerzy plaż, wierni tradycyjnym polskim drogowskazom wakacyjnym, mogą znaleźć chwilę na całkiem solidną dawkę podziemnej przygody. Bo oto sącząc sangrię w jednej z tawern na Teneryfie, znużeni słońcem i czarnym piachem możecie spojrzeć na mapę i sprawdzić, ile czasu zajmie wam dojazd niedrogo wynajętym samochodem do północnej części wyspy, w rejon klifu San Marcos albo – jeszcze lepiej – do miasteczka Icod de Los Vinos. Tam zaś czeka na was gratka nie lada – wspaniałe tuby lawowe, wcale nie tak częsty przykład systemu jaskiń, określanych fachowo jako pierwotne, a więc powstałe w tym samym czasie co otaczająca je skała.