Archiwum Polityki

Jem wołowinę

Rozmowa z profesorem Henrykiem Lisem, lekarzem weterynarii

W Ministerstwie Rolnictwa działa zespół kryzysowy ds. choroby szalonych krów i pryszczycy, wysocy urzędnicy potrafią zbierać się, jak podczas zagrożenia wojennego, późną nocą, by podejmować spektakularne decyzje: zamykać przejścia graniczne, ograniczać import, zakazywać tranzytu. Czy rzeczywiście żyjemy w czasie szczególnych zagrożeń? Czy przyroda wymknęła nam się spod kontroli i grozi nam cywilizacyjna katastrofa?

Każda część pańskiego pytania to oddzielny problem. Uporządkujmy więc je. Żaden zespół nie zastąpi merytorycznego działania odpowiedzialnych służb. Nie ma żadnego związku między BSE a pryszczycą. Niestety powołanie jednego zespołu zajmującego się tymi sprawami stwarzać może mylne wrażenie, że żyjemy w okresie szczególnych dopustów bożych. Nie dość jednak, że BSE i pryszczyca to dwie różne sprawy, to również nie widzę powodu, aby uważać, że chwila obecna szczególnie wyróżnia się w historii pryszczycy, znanej i opisywanej od 1514 r.

Ale Unia Europejska uznała Polskę za kraj, w którym potencjalnie występuje BSE, a opinię tę potwierdza wiele osób w Polsce.

To zupełny skandal, żeby Polskę stawiać w jednym szeregu np. ze Szwajcarią, w której odnotowano ponad 300 przypadków BSE. Z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że BSE w Polsce nie ma. Rocznie ubijamy ponad milion sztuk bydła i poddajemy je kontroli. Nie ma szansy, żeby ukryć chorobę. Zwłaszcza że temat BSE nie jest dla naszych lekarzy weterynarii czymś nowym – uczestniczymy przecież od 1924 r. w pracach Międzynarodowego Urzędu ds. Epizootii i już w 1986 r., po pierwszych sygnałach z Wielkiej Brytanii, zaczęliśmy uczulać lekarzy, by zwracali szczególną uwagę na ewentualne objawy BSE.

Polityka 20.2001 (2298) z dnia 19.05.2001; Społeczeństwo; s. 91
Reklama