Archiwum Polityki

Big Band Kalatówki

Czy nie za dużo tego dobrego – jazz, legenda, Tatry, Kalatówki? Ćwiczy big-band: 2 puzony, 5 saksofonów, 3 trąbki, fortepian i sekcja – perkusja, gitara i bas. Razem 14 muzyków na werandzie schroniska Kalatówki. Patrzysz w lewo – Muniak, patrzysz w prawo – Suchy Żleb, patrzysz w górę – Giewont, patrzysz w dół – na krzesłach i na podłodze siedzą wielbiciele, środowisko zbliżone do saksofonu. Pomiędzy perkusją a pianinem jazzuje Dexter – pies saksofonisty. – Kupiłem go, bo jest surrealistyczny – mówi Piotr Bocian Cieślikowski, saks tenor z Grodziska.

Gryzą tę balladę już od kilku miesięcy. Trudne są kompozycje Zbyszka Namysłowskiego – mówi Jan Borkowski. Raz-dwa, i raz-dwa-trzy, zaczynają. Grają kilka taktów i Namysłowski odrywa rękę od saksofonu, żeby ich uciszyć. – Wchodzimy na 49 takt, ale gramy swingowo. Żeby był zdecydowany kontrast między tą ósemkową częścią a swingiem. Sekcja jak Count Basie. Big-band wchodzi dopiero na 49 takcie. Od 49 gramy bez powtórki, jeden chorus tylko... Stop!!!

Nam wychodzi, tato, że swing jest już od 49 – mówi Jacek Namysłowski, syn Zbigniewa, puzon, lat dwadzieścia, student II roku Akademii Muzycznej w Katowicach.

Polityka 42.2002 (2372) z dnia 19.10.2002; Na własne oczy; s. 108