Archiwum Polityki

Diwy i diwacy

11 maja miał się pożegnać z najważniejszą sceną świata Luciano Pavarotti – największy tenor końca XX w. Na jego ostatni występ w nowojorskiej Metropolitan Opera wybrano rolę, w której święcił na tej scenie prawdziwe triumfy ponad 50 razy. Losy „Toski” ważyły się do ostatniej chwili. Artysta kilka razy zmieniał wersje: zaśpiewa, nie zaśpiewa...

Nie zaśpiewał. Jak głosił oficjalny komunikat z przeprosinami, z powodu niedyspozycji zdrowotnej. Publiczność w szczelnie wypełnionym teatrze (mimo ceny biletów – 1,5 tys. dolarów) i ponad 3 tys. osób, które miały oglądać tenora na telebimach, musiały obejść się smakiem. Wielka to szkoda, że prawdopodobnie ostatnia próba scenicznych występów Pavarottiego skończyła się upokarzającym wielkiego artystę skandalem. Tenor i tak przeszedł już do legendy. O ile jednak byłoby lepiej (dla niego, opery i publiczności), gdyby koniec tej legendy też był chwalebny.

Polityka 22.2002 (2352) z dnia 01.06.2002; Kultura; s. 54