Archiwum Polityki

Śmierć kostuchy

Przez stulecia o nieuchronności śmierci przypominał wizerunek kostuchy. W połowie XX w. szkielet jednak odszedł ze sztuk pięknych do filmu, święcąc sukcesy w horrorach. Co zatem pozostało plastykom?

Przedstawianiu śmierci poświęcono ostatnio dwie, otwarte niemal równocześnie, wystawy. Jedna pokazuje, jak tajemnicę umierania traktowali twórcy przez blisko pięćset lat, druga – jak radzą sobie z nią współcześni artyści polscy. Ekspozycja w Muzeum Narodowym w Krakowie koncentruje się wokół historii obrazowania Tańca Śmieci. Z dzisiejszego punktu widzenia osobliwy to motyw. Pląsające szkielety ciągną w zaświaty tych jeszcze żywych. Czasem dzierżą kosę, niekiedy miecz lub klepsydrę. Wiadomo, że są personifikacją śmierci. Ale skąd się wzięły, kto je wysłał?

Otóż historycy sztuki datują ich pojawienie się na około tysięczny rok. Najstarszy zachowany wizerunek znajduje się w kościelnym „Mszale z Worms” powstałym około 960 r. I przez długi czas kościotrupy zapełniały jedynie stronice rękopisów i inkunabułów, powstających w ciszy zakonnych cel. Z czasem jednak opuściły mury opactw i klasztorów, trafiając – w postaci monumentalnych malowideł – na kościelne ściany. Ich ekspansji sprzyjał Kościół. W 1274 r. sobór lyoński ostatecznie potwierdził istnienie czyśćca. A skoro zmarli czekają na zbawienie, to znaczy, że nie całkiem odeszli. To oni właśnie wstają z grobów i przychodzą po żywych, by poprowadzić ich w ostatnią drogę. Mniej więcej w XV w. szkielety zaanektowały jeszcze jeden obszar ludzkiej kreatywności: grafikę. Długie korowody żywych i zmarłych zamieniły się w pary (wszak trudno pomieścić na małej kartce to, co dotychczas mieściło się na długich kościelnych ścianach) i w postaci miedziorytów lub drzeworytów trafiły pod strzechy.

Polityka 40.2002 (2370) z dnia 05.10.2002; Kultura; s. 66
Reklama