Archiwum Polityki

Wojna PiS z pismakami

Dlaczego genialny polityk opowiada dyrdymały

Już drugi tydzień toczy się jakaś dziwna wojna PiS z mediami. Zaczął Jarosław Kaczyński wygłaszając tezę, że w Polsce nie ma wolnych mediów. Potem słowa przewodniczącego rozwijali poseł Gosiewski i inni politycy rządzącej partii, mówiąc o sterowanej nagonce mediów na PiS. Wreszcie –  kiedy zdawało się, że już wszystko zostało powiedziane – głos ponownie zabrał prezes Kaczyński, zachęcając dziennikarzy do buntu przeciw redaktorom naczelnym, wydawcom i właścicielom oraz przejmowania kontroli nad mediami. Następnego dnia swoje dołożył marszałek Marek Jurek, opowiadając na konferencji prasowej nie tylko o „skandalicznym” zachowaniu „Wiadomości” TVP i reportera Kunicy wobec jego osoby, ale też o tym, że popierający PiS dziennikarze są szykanowani, wyśmiewani (m.in. przeze mnie na antenie TOK FM) i naciskani, aby krytykować PiS. Pytany, skąd wie o tych naciskach, odpowiedział: „Odbieram głosy...”.

Przypominam niektóre wystrzały tej „wojny PiS z pismakami”, bo wciąż trudno mi uwierzyć, że rządzący politycy, w dużym europejskim kraju, mogą publicznie obrażać wszystkie media i przy okazji lansować pomysł ich przejęcia przez jakieś grupy, zapewne związanych z partią (bo chyba nie wrogich?), dziennikarzy. Przecież to brzmi jak tekst kabaretowy. Spróbujmy przez moment podążyć za tą logiką. Co znaczy przejęcie? Wykupienie przez załogę? – nie, bo dziennikarze raczej nie zdobędą potrzebnego kapitału. No i ryzyko: wyobraźmy sobie, że to pracownicy, za pożyczone dziesiątki milionów, wydawaliby właśnie zamknięty „Nowy Dzień”. Finansowa ruina. Więc może chodzi o nacjonalizację? Może, bo coś prezes Kaczyński mówił o pomocy państwa w tej operacji.

Polityka 10.2006 (2545) z dnia 11.03.2006; Komentarze; s. 20
Reklama