Archiwum Polityki

Za co kochać, za co nie lubić

Kiedy w ostatnią niedzielę kwietnia sławny dyrygent Zubin Mehta zakończył prowadzenie występu Filharmoników Wiedeńskich, rozentuzjazmowana publiczność biła długo brawa, aż dłonie puchły. Było to z pewnością centralne wydarzenie obchodów stulecia warszawskiej Filharmonii Narodowej. Jest to dobra okazja, by zastanowić się nad jubileuszem i codziennością tej zasłużonej instytucji.

Filharmonia w Warszawie, trwająca sto lat, bywała – pod rozmaitymi szyldami – wielbiona i wyszydzana, kreatywna i eklektyczna, a przecież generalnie niczym nie różni się od wszystkich innych w Europie i Stanach Zjednoczonych (wiedeńczyków nie pomijając); tych od niej starszych o kilka dziesięcioleci i tych nieco młodszych.

„Miłośnicy harmonii” zaczęli powoływać swe stowarzyszenia i inicjować serie stałych koncertów symfonicznych w specjalnie tym celom służących gmachach już u schyłku osiemnastego stulecia, zaraz po Rewolucji Francuskiej.

Polityka 19.2001 (2297) z dnia 12.05.2001; Kultura; s. 52
Reklama