Archiwum Polityki

Gdzie ciecze Bycza Krew

Za Stefana Batorego Polska sprowadzała z Węgier 350 tys. hektolitrów wina rocznie. Z tego okresu pochodzą też powiedzenia "Nie masz wina nad węgrzyna!" oraz "Hungariae natum, Poloniae educatum", bo antałki tokaju dojrzewały w szlacheckich piwnicach. Pozostał też z tamtego czasu odcinek tokajskiego traktu od Dukli do Jasła, którym na wymoszczonych słomą furach wożono w beczkach węgierskie wino. Nie zniszczyły tej świetnej do dziś drogi nawet radzieckie czołgi szturmujące dukielską przełęcz. Dziś importujemy z Węgier tylko 30 tys. hl za ok. 3,5 mln dolarów rocznie, co stanowi zaledwie jedną piątą kontyngentu objętego ulgowym cłem w ramach układu wyszehradzkiego (CEFTA).

Węgierskie wina wcale nie ustępują tym z południa - francuskim, hiszpańskim czy włoskim - a jeśli już, to raczej korzystną dla naszych kieszeni ceną. Straciły jednak w ostatnich latach na marce i dopiero ostatnio, powoli, odzyskują swoją klasę i wzięcie. Kapitalny klimat, górzystość i gleba idealne do uprawy winorośli na Nizinie Panońskiej sprawiły, że tamtejsze winiarstwo po każdej klęsce potrafiło się odrodzić. A było tych dopustów bożych co niemiara. Już pod koniec I wieku cesarz rzymski Domicjan wydał prawo ograniczające przywóz win z Panonii, ponieważ zaczęły niebezpiecznie konkurować z winami z Italii.

Polityka 34.1999 (2207) z dnia 21.08.1999; Społeczeństwo; s. 80
Reklama