Archiwum Polityki

Twardo donikąd

Po powrocie z Camp David do Gazy roześmiany od ucha do ucha Jaser Arafat wniesiony został do swojej rezydencji na barkach rozentuzjazmowanych zwolenników. Na ulicach palono amerykańskie i izraelskie flagi. Nikt nie myślał o dniu jutrzejszym, o tym co będzie za rok, za dziesięć lat. Nikt nie protestował przeciw polityce, która utrwala nędzę w obozach uchodźców, która marzenie o niepodległej Palestynie zamienia w groteskę. I która, być może, prowadzi do zbrojnego konfliktu.

W pierwszej dekadzie sierpnia Bliski Wschód przypomina rozpędzony diabelski młyn z zepsutymi hamulcami. Jaser Arafat zakończył właśnie rozmowy w miasteczku Ammaba, 600 km na wschód od Algieru, z prezydentem Azizem Butefliką. Stamtąd popędził do Chartumu, aby zyskać poparcie władców Sudanu dla polityki opartej na absolutnej negacji tego zdrowego rozsądku, który miał być fundamentem negocjacji w Camp David. Po Chartumie jego stanowcze niet dla kompromisu z Izraelem zabrzmiało na Kremlu.

Polityka 33.2000 (2258) z dnia 12.08.2000; Świat; s. 38