Archiwum Polityki

Zdarta płyta

Festiwal w Opolu niewiele zmieni: prawda jest taka, że Polacy przestają słuchać polskich piosenek. Sukces Kayah – w repertuarze własnym i jugosłowiańskim – też jest raczej wyjątkiem od reguły: coraz droższe płyty sprzedają się coraz gorzej. Trzeba było nawet obniżyć kryteria przyznawania złotych płyt, a i te nowe, ulgowe, okazują się zbyt wyśrubowane. Polskich piosenek jest też coraz mniej w polskich radiach, bo słuchacze nie chcą ich słuchać (a rządzi prawo rynku). Inżynier Mamoń w filmie „Rejs” słusznie mawiał, że lubi się piosenki, które się zna. A jak się nie zna, to się nie lubi. Tak koło się zamyka.

Kiedy w pierwszej połowie lat 90. zaczęły się w Polsce instalować wielkie międzynarodowe koncerny fonograficzne, powszechnie uznano, że oto tworzy się kolejny zdrowy segment gospodarki rynkowej. Praktycznie nieograniczona dostępność płyt zachodnich gwiazd stała się faktem. Rozbudziły się też nadzieje rodzimych artystów estrady wiązane z profesjonalizacją działalności firm płytowych. Dziś optymizmu jest daleko mniej. Płyty, poza nielicznymi wyjątkami, sprzedają się słabo, nowych polskich przebojów mamy jak na lekarstwo, coraz więcej jeszcze niedawno pierwszoplanowych wykonawców popada w niebyt, a gust masowej publiczności infekowanej muzyczno-rozrywkowym kiczem skutecznie zniechęca co ambitniejszych artystów.

Polityka 27.2000 (2252) z dnia 01.07.2000; Raport; s. 4