Archiwum Polityki

Gorsze dzieci

„Moja mama choruje na raka, mam troje młodszych braci, prosimy o pomoc” – podobne tabliczki żebrzących dzieci stały się codziennością wielkich miast. Zmorą stołecznych rogatek są agresywni chłopcy z brudnymi szmatami, którzy wymuszają mycie samochodowych szyb. Nikt nie przechodzi bez lęku obok grupy osiedlowych wyrostków. Prawie nikt nie reaguje, gdy zza ściany słychać łomot, wyzwiska i płacz katowanych dzieci. Policję wzywa się w przypadkach skrajnych, wiedząc, że nie lubi ingerować w „rodzinną prywatność”. Dopiero gdy dochodzi do zbrodni, rozlega się chór moralnego potępienia. „Gorsze dzieci” – ofiary odrzucenia uczuciowego, przemocy fizycznej, alkoholizmu, biedy, zaniedbań wychowawczych – są dla społeczeństwa niczym wyrzut sumienia. Jaskrawo odstają bowiem od przeciętnej, od rówieśników adorowanych i hołubionych, którzy – jak pokazują badania – są jednocześnie głównym przedmiotem dumy statystycznej polskiej rodziny i główną lokatą rodzinnych dochodów. Te „gorsze” niejednokrotnie mają już wypisany wyrok na całe życie: gdy podrastają, kopiują najgorsze zachowania rodziców, często też same popełniają przestępstwa, z najcięższymi włącznie. Ale właśnie dlatego, że stanowią margines – w statystycznym i policyjnym znaczeniu tego słowa – powinniśmy znaleźć sposób, jak im pomóc. Sposób, aby je wyrwać z feralnego kręgu degradacji.

Oto kronika wypadków jedynie ze stycznia 2000 r.:

• Do szpitala w Rybniku trafił czteromiesięczny Kevin – posiniaczona twarz, obite ciało, złamany obojczyk. Ojciec, który wezwał policję, twierdził, że biła matka. Obydwoje rodzice mieli ponad 3 promile alkoholu we krwi.

• Kobieta, często pijana, znęca się nad swoim synkiem i grozi, że go zabije – poinformowali policję sąsiedzi jednej z mieszkanek Nowej Huty. Z brudnego, zdewastowanego mieszkania zabrano 17-miesięcznego Jacka.

Polityka 9.2000 (2234) z dnia 26.02.2000; Raport; s. 3