Archiwum Polityki

Rozebrana chocholica

Nie chwaląc się, byłem na premierze „Wesela” w Narodowym. Kilkanaście dni już minęło, a ja czuję, że wciąż łażą za mną jakieś zjawy, najbardziej zaś męczy mnie chochoł, zupełnie inny niż wszystkie wcześniejsze – ani to snop słomy, ani strach na wróble. Do tańca weselnikom, pod którymi w ostatniej scenie zapada się podłoga, przygrywa dziewczyna w białej sukni, z kilkoma zaledwie źdźbłami słomy we włosach. Kto tak gra, tęgo gra?

Po Warszawie krąży fama, że ostatniej niedzieli stycznia przy placu Teatralnym wydarzyło się coś ważnego, więc szybko ustawiono się przed kasą po bilety na „Wesele” i wykupiono wszystkie, na razie do końca marca. Nieoczekiwane to raczej zainteresowanie musi zastanawiać, tym bardziej że wciąż w kinach grany jest „Pan Tadeusz”, a ci, którzy nie widzieli jeszcze „Ogniem i mieczem”, nadal mają szansę nadrobić zaległości. Dwa obrazy, które zobaczyło kilkanaście milionów widzów, też opowiadają o naszym charakterze narodowym, polskich gestach, a może nawet przede wszystkim – o niespełnieniach, co jest przecież dominującym tematem dramatu Wyspiańskiego.

Polityka 8.2000 (2233) z dnia 19.02.2000; Kultura; s. 46