Archiwum Polityki

Rozmówki polsko-ukraińskie

Na dobre sąsiedztwo trzeba zapracować. Najlepiej za młodu. Temu służą programy wymiany ukraińskich i polskich gimnazjalistów. Młodzi mają się poznawać, oswajać. I wyrabiać sobie własne zdanie.

Programy wymiany młodzieży polskiej i ukraińskiej zorganizowały Narodowe Centrum Kultury oraz Fundacja PAUCI, które uznały, że edukację warto zacząć wcześnie, tak aby młodzież nie zdążyła przyjąć złych stereotypów i uprzedzeń, jakich wciąż na pograniczu nie brakuje.

Dla większości młodych ludzi to pierwszy kontakt z krajem sąsiada. – Początki były trudne, bariera językowa spłoszyła nas i onieśmieliła. Ani w ząb nie rozumieliśmy ukraińskiego – opowiada Marta, uczennica gimnazjum w Cieszanowie (województwo podkarpackie, przy granicy ukraińskiej). Szybko okazało się, że strach ma wielkie oczy, a tłumacz nie jest potrzebny. Młodzież z Żółkwi, przynajmniej spora gromadka, mogła zaimponować rówieśnikom znajomością polskiego. Jeszcze nie płynną, nieperfekcyjną, ale wystarczającą do porozumienia i przełamania lodów. Polskiego uczą się z własnej nieprzymuszonej woli u sióstr dominikanek, które prowadzą w Żółkwi szkółkę sobotnio-niedzielną. Po co im polski? Ukraińcy są pewni, że się przyda w kontaktach turystycznych i biznesowych, których jest coraz więcej na Zachodniej Ukrainie. Wiele firm już dziś szuka tłumaczy ze znajomością ukraińskiego i polskiego, bo rosyjski nie zawsze wystarcza.

To zresztą było zaskoczeniem dla wielu młodych Polaków, że Ukraińcy z Żółkwi nie rozmawiają po rosyjsku, że rosyjski i ukraiński to dwa różne języki, że polski i ukraiński są do siebie podobne. Długo panowało przekonanie, że na wschód od polskiej granicy są „Ruskie”; teraz to się zmienia.

W Cieszanowie zmienia się od czasów pomarańczowej rewolucji, gdy samorządowcy pojechali do Żółkwi wspierać społeczny protest. Młodzi trochę się zawstydzili, że tak mało wiedzieli o języku sąsiadów.

Polityka 3.2007 (2588) z dnia 20.01.2007; Ludzie; s. 96
Reklama