Archiwum Polityki

Syndrom czerwonych majtek

Czy zlikwidować egzaminy, żeby dzieci się nie stresowały?

To był tydzień pełen bardzo silnych emocji w wielu rodzinach. Zaraz po długim majowym weekendzie 508 tys. młodzieży przystąpiło do pisemnej matury. Później rozpoczął się egzamin dla 570 tys. gimnazjalistów. W tym samym tygodniu okręgowe komisje egzaminacyjne przekazały szkołom podstawowym wyniki sprawdzianu, jaki w kwietniu pisali szóstoklasiści. Rodzice, dziadkowie, nauczyciele, a przede wszystkim sami delikwenci relacjonowali publicznie swoje emocje, przekraczające górną strefę stanów wysokich. Przerażenie, paraliżujący strach, bóle brzucha, dramatyczne opisy powrotów do domu, bo ktoś zapomniał włożyć czerwone majtki, absolutnie niezbędne w tych okolicznościach... Ściągawki, maskotki, nerwowy chichot, pustka w głowach. Afektowany dziewiętnastolatek przekonywał, że „To jest jak stan przedzawałowy!”.

Dyrektorzy kilku łódzkich liceów zdecydowali, że maskotka nie może zasłaniać maturzysty (podobno zdarzały się takie gabaryty) i dopuścili misie o wzroście do 10 cm. Aby zapobiec pladze korzystania z toalet jako miejsc kontaktowania się ze „wsparciem zewnętrznym”, niektóre szkoły wprowadziły próbę pęcherza – zakaz wychodzenia z sali przed upływem trzech godzin. No, chyba że urolog na piśmie zdecyduje inaczej. Tłumy rodziców i dziadków kibicujących przed szkołami potęgowały emocje wibrujące wokół wielkiej stawki i jeszcze większej niewiadomej. Groza.

Jak wielka to stawka i jak wielka niewiadoma? Reformę edukacji pomyślano w taki sposób, żeby administracja oświatowa mogła puszczać do zainteresowanych porozumiewawcze oczko: nowe sprawdziany to właściwie formalność, wyluzujcie się, wszystko będzie dobrze, nawet jeśli wypadnie źle!

Przypomnę, że każdy absolwent podstawówki – bez względu na wynik testu po VI klasie – musi zostać przyjęty do gimnazjum w swoim rejonie.

Polityka 20.2003 (2401) z dnia 17.05.2003; Komentarze; s. 17
Reklama