Archiwum Polityki

Ameryka psuje się od brzegów

Zwycięstwo George'a Busha było czyste: trzy i pół miliona głosów więcej. Ale badania dowodzą, że prezydent zawdzięcza je nie tyle „wojnie z terroryzmem”, ile mobilizacji tradycjonalistów religijnych, zaniepokojonych zgnilizną moralną Ameryki.

Wynik wyborów nie powinien zaskakiwać. Po tragedii 11 września wiadomo było, że wygra ten, w kim większość głosujących zobaczy twardszego, bardziej zdecydowanego, a nawet bardziej mściwego wodza zagrożonej i upokorzonej Ameryki. Na „wojnie z terroryzmem” ważne były argumenty emocjonalne, a nie mędrkowanie. Dowód: przebrzmiały bez echa dwa świetnie zbudowane argumenty Kerry'ego (w drugiej debacie telewizyjnej). Dlaczego Bush ojciec, przecież nie głupszy od syna, nie poszedł na Bagdad, choć łatwo pokonał Saddama w wojnie nad Zatoką w 1991 r.

Polityka 46.2004 (2478) z dnia 13.11.2004; Temat Tygodnia; s. 24