Archiwum Polityki

Wszystko za CUC

Kubański dowcip: dorosły pyta pierwszoklasistę: José, kim chcesz zostać, jak dorośniesz? José na to: turystą!

Od kiedy dochody z turystyki wyprzedziły dochody z eksportu cukru, Kubańczycy stali się na swojej wyspie obywatelami drugiej kategorii, a pojęcie „turystyczny apartheid” pojawiło się nawet w encyklopedii Britannica.

Vedado, nowe centrum Hawany. Przed słynną lodziarnią Coppelia stoi długa kolejka. Godzina stania to norma. Chyba że jest się turystą – dla nich jest osobne wejście, bez kolejki. Za przywilej natychmiastowej obsługi płaci się peso wymienialnym (CUC), czyli walutą zastępczą, zamiast amerykańskich dolarów. Równolegle na Kubie obowiązuje także drugie niewymienialne peso narodowe, za które trudno kupić cokolwiek.

Na wyspie są nie tylko dwie waluty, ale i dwa odrębne światy – dla turystów i miejscowych. Stare zabytkowe centrum Hawany jest pięknie odremontowane. Zadbane, czyste uliczki w niczym nie ustępują tym w Barcelonie czy Madrycie. Odmalowane, kolorowe fasady. Kwiaty w donicach. Firmowe sklepy Benettona i tętniące muzyką restauracje. W menu pełen wybór: homary, krewetki, egzotyczne ryby. Ceny często sięgają powyżej 20 dol. za danie. Kubańczycy, którzy średnio zarabiają równowartość około 15 dol. miesięcznie, siedzą na ławkach w parku i patrzą. W końcu, jak powiedział kiedyś Fidel Castro: „Co lud obchodzą luksusowe restauracje?”. Ale Kubańczyk nie może sobie również przyrządzić homara w domu. Obywatelom wyspy legalnie nie wolno ich kupić, podobnie jak wołowiny i krewetek. Co nie oznacza, że się nie da – od tego w końcu jest ogromny czarny rynek. – Zawsze możemy znaleźć wszystko, co chcemy, niestety to kosztuje – mówi Roberto, który w miejscowości Viñales wynajmuje turystom pokoje. Za posiadanie nielegalnego mięsa grozi więzienie.

Polityka 15.2007 (2600) z dnia 14.04.2007; Świat; s. 64
Reklama