Żeby zobaczyć 90 minut gry na Wembley, z ostatnich 79 godzin aż 65 spędziliśmy w podróży. Ponad 40 minut jazdy na każdą minutę meczu.
Nasz autokar, jeden z trzech wysłanych do Londynu przez firmę Sawa Press (koszt wycieczki 1200 zł), wyruszył w czwartek późnym popołudniem w atmosferze sielankowej, a nawet nieco sennej. Atmosfera ta prysła nagle dobę później.
Gdzie jest kierownik
W Calais okazało się, że po pierwsze: spóźniliśmy się na nasz prom do Dover i na następny musimy poczekać 4 godziny, a po drugie: wjedziemy na niego tylko pod warunkiem, że zapłacimy kaucję (za ewentualne zniszczenia) wysokości 500 funtów. Z pytaniem, co robić, zwróciliśmy się do pana w prochowcu i szpiczastych butach, którego braliśmy za pilota wycieczki. Pan odpowiedział, że nie wie tego i że zaszło jakieś nieporozumienie, bo on owszem, jedzie z nami, ale jako wynajęty przez firmę ochroniarz, w żadnym razie nie jako pilot. Od ról pilotów grzecznie acz stanowczo zdystansowali się także obaj kierowcy.
- Wygląda na to, że pilot z nami nie leci - zażartował ktoś, a przez autobus przeleciał szmer zdumienia gęsto posypany grubym słowem. Rozpoczął się mozolny, zbiorowy wysiłek w celu ustalenia, co dalej robimy. Tył autobusu był za tym, żeby zrzucić się po kilkanaście funtów na przeprawę eurotunelem (co po pewnym czasie zrobił autokar nr 1). Przód opowiadał się za czekaniem i kaucją, grupa radykałów doradzała, żeby zatelefonować do Polski i wziąć organizatora szantażem lub dać Francuzom łapówkę. Wszyscy zgodzili się natomiast co do tego, że szefa firmy, która organizowała wyjazd, powinna po powrocie spotkać zasłużona kara, najlepiej cielesna.
Po długich pertraktacjach przedstawicieli autobusu ze stroną miejscową ustalono, że czekamy i zrzucamy się na kaucję.