Archiwum Polityki

Sztuka i żyćko

Rozmowa z Jerzym Gruzą o tym, dlaczego sztuka jest piękna, a dzisiejsza telewizja nudna

Krystyna Lubelska: – Kim pan naprawdę jest?

Jerzy Gruza:– Mężczyzną. Reżyserem filmowym, teatralnym, scenarzystą, twórcą programów telewizyjnych i seriali filmowych, byłym dyrektorem teatru muzycznego w Gdyni, autorem widowisk muzycznych, byłym restauratorem w Warszawie, autorem książek, felietonistą. Aktorem.

Dużo jak na jednego człowieka nawet z ponadczterdziestopięcioletnim stażem zawodowym. Kim pan wobec tego nie jest?

Nie jestem gościem.

To znaczy?

Gdy tylko zjawiam się w TVP, aby omówić swój nowy pomysł na serial, program czy film, słyszę od sekretarki: Przepraszam pana, ale pan redaktor ma właśnie gości albo pan dyrektor czeka na gości. Nic dziwnego, że nabawiłem się kompleksu niebycia gościem. Zostałem raczej mistrzem powtórek. TVP lubi powtarzać to, co kiedyś dla niej zrobiłem, bo to już zna.

Skąd u pana to upodobanie właśnie do telewizji publicznej?

Zakładam, że mają tam najwięcej pieniędzy na produkcję seriali i programów rozrywkowych. Utrzymują się przecież nie tylko z abonamentu, ale i z reklam. Ponadto jest to kwestia przyzwyczajenia. Z telewizją publiczną byłem związany przez całą swoją zawodową karierę. Dzięki więc znajomości mechanizmów telewizyjnych, ale jeszcze bardziej wrodzonemu uporowi, czasem udaje mi się przedrzeć przez wszelkie przeszkody i bariery z gości. Zdarza się, że sam w końcu otrzymuję szansę wcielenia się w rolę jednego z nich, ale radość zazwyczaj trwa krótko. Najczęściej kolejny dyrektor, z którym udało mi się umówić i być jego gościem, właśnie odszedł, odchodzi albo ma odejść. „Po co będę z panem rozmawiał, skoro i tak już jestem out” – zameldował mi nie tak dawno jeden z telewizyjnych decydentów.

Polityka 45.2008 (2679) z dnia 08.11.2008; Ludzie i obyczaje; s. 100
Reklama