Pierwsza miłość – inna niż wszystkie?

Nie rdzewieje?
Dlaczego niektórzy w młodości nie rozpoznają miłości swojego życia. Czy powrót po latach to zawsze dobry pomysł?
Repr. Piotr Męcik/Forum

Dzięki Naszej Klasie i Facebookowi, dzięki e-mailom i telefonom komórkowym powrót do dawnych miłości jeszcze nigdy nie był tak łatwy. Są ludzie, którzy spróbowali, i są dziś dzięki temu szczęśliwi.

Na przykład Beata, 50+. Dwa lata temu na wycieczce w góry z kolegami i koleżankami z liceum (skrzykniętymi na portalu Nasza Klasa) spotkała dawną sympatię. Zaiskrzyło. Rozwiodła się i wyszła ponownie za mąż za tę nową-starą miłość. O byłym mężu mówi, że miał w sobie zwierzęcy magnetyzm. Wszystkie chciały, żeby chociaż na nie spojrzał. Chodził do technikum, ona do liceum. Do nauki nie miał głowy, lecz kto by na to wtedy zwracał uwagę? Sprawił, że zapomniała o dotychczasowym chłopaku. Z czasem okazało się, że są umiarkowanie niedopasowani z tendencją do bardzo, ale przez 30 lat była przykładną, zaharowaną jak wół żoną i matką. Ciągnęła jego, dzieci i rodzinny biznes. Wygląda teraz o 10 lat młodziej. Promienieje.

Na przykład Jerzy, 50+. Wspomina, że od kiedy usiadła przed nim w ławce w liceum, nie mógł myśleć o żadnej innej. Starał się zawsze być blisko, pod ręką, na zawołanie. Zauważała to i pewnie miałby szansę, gdyby nie przystojny nauczyciel angielskiego, z którym – w przeciwieństwie do niego – połączyła ją miłość bynajmniej nieplatoniczna. Maturę zdawała już w ciąży. W szkole wybuchł skandal. Nauczyciel angielskiego oświadczył się i wydawało się, że parze się ułoży. Jurek jednak wciąż czekał. Opłaciło się. Po 10 latach Bożenka zapukała do jego drzwi i było jak w piosence Perfectu: „Bosa do mnie przyjdź i od progu bezwstydnie powiedz mi, czego chcesz…” („Kołysanka dla nieznajomej”).

Tego typu przypadki są dowodem nie tylko na to, że niekiedy warto zaryzykować; zgodnie z porzekadłem: stara miłość nie rdzewieje. Pokazują też, że niektórzy młodzi ludzie mają kłopot z dostrzeżeniem spraw, które wydają się wręcz oczywiste. Dzieje się tak z kilku powodów.

Bo najlepsze miało być jeszcze przed tobą

Niektórzy potrzebują po prostu więcej czasu, aby zrozumieć, kto jest dla nich naprawdę wartościowy i kogo naprawdę kochają. Blogerka Garance Doré w wydanej właśnie książce „Love, Style, Life” dzieli się z czytelnikami swoimi przemyśleniami na temat związków, w których była. Pisze m.in. tak: „Gdy miałam 18 lat, poznałam bardzo przystojnego rudzielca – uroczego, zabawnego i łagodnego. Zapałałam do niego namiętną miłością. Dlaczego był tak cudowny? Dzięki niemu odkryłam wspaniały seks. Tak wspaniały, że po 20 latach wciąż go pamiętam. Ach, wzdycham, następna lekcja: najlepsze nie zawsze jest jeszcze przed nami”. Dopiero lepsze poznanie siebie i zdobycie doświadczenia pozwala docenić to, co mieliśmy, i dostrzec, czego tak naprawdę szukamy. Błędy w ocenie innych wynikają z tego, jak niewiele rozumiemy z tego, co się wokół nas dzieje (niektórzy na tym etapie zatrzymują się na zawsze). Jak to zwięźle ujął bohater filmu „Dzień świra”: „Cóż za ponury absurd, żeby o życiu decydować za młodu, gdy jest się kretynem”.

Bo nie wiedziałeś, kogo potrzebujesz

Helen E. Fisher – profesor antropologii i psycholog z Uniwersytetu Rutgersa w USA, autorka książki „Dlaczego on? Dlaczego ona?” – od lat bada, jak i kogo kochamy. Uważa, że o udanym związku decyduje głównie dobranie się partnerów pod względem osobowości. Wyróżniła cztery jej podstawowe typy:

Badacz. Jest kreatywny, dobrze się czuje w nowych, nieznanych sytuacjach, wiele rzeczy go interesuje, jest raczej niepoprawnym optymistą, ma dużo energii i entuzjazmu, choć bywa impulsywny.

Budowniczy. Lubi porządek i jasne reguły, planuje i konsekwentnie trzyma się planów, a także oczekuje tego od innych, jest tradycjonalistą, szanuje zastane wartości, bywa zbyt ostrożny.

Dyrektor. Lubi rywalizację, jest realistą i pragmatykiem, trzyma się raczej faktów, niż słucha głosu serca, zwykle mówi prosto z mostu, ma rozwinięty zmysł techniczny i zdolność abstrakcyjnego myślenia.

Negocjator. Lubi fantazjować, ma bujną wyobraźnię, silnie przeżywa różne emocje i kieruje się tym, co mu podpowiadają, interesują go uczucia i potrzeby bliskich mu osób, emocjonalna więź z innymi ludźmi jest dla niego bardzo ważna.

Wśród tych typów nie ma lepszych ani gorszych. Wszystkie były i są potrzebne, aby ludzie jako gatunek przetrwali. Helen Fisher pisze: „Gdy mniej więcej 5 mln lat temu przodkowie ludzi zeszli ze znikających w zastraszającym tempie drzew pradawnej Afryki, jednostki obdarzone różnymi przymiotami przejęły różne role w swoich małych stadach. Przodkowie dzisiejszych Badaczy wyprawiali się daleko w niebezpieczną sawannę i wracali z mięsem, orzechami i informacjami. Przodkowie ostrożnych Budowniczych strzegli grupy i z wolna kształtowali rytuał plemiennego życia. Poprzednicy dzisiejszych Dyrektorów ze smykałką do techniki ulepszali dzidy, obmyślali pułapki i obliczali, kiedy spadnie deszcz i zacznie ubywać słońca. Natomiast praojcowie dzisiejszych Negocjatorów, którym Natura nie poskąpiła wyobraźni i intuicji, dzięki swym społecznym umiejętnościom utrzymywali grupę razem”.

Helen Fisher postanowiła zbadać swoje cztery typy osobowości. Poprosiła użytkowników portalu randkowego Chemistry.com, by wypełnili przygotowane przez nią ankiety, i zestawiła ich wyniki z informacjami o tym, z kim poszczególne osoby umawiały się na pierwsze spotkanie. Na podstawie 30 tys. ankiet, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, stwierdziła, że Badacze najchętniej umawiają się na randki z Badaczami, a Budowniczowie preferują kontakty z Budowniczymi, a zatem działają zgodnie z zasadą „ciągnie swój do swego”. Dyrektorzy i Negocjatorzy najczęściej zaś wybierają typ osobowości przeciwstawny do swojego, czyli odpowiednio – Negocjatorów i Dyrektorów, co odpowiada poglądowi, że przyciągają się przeciwieństwa. Nie oznacza to oczywiście, że np. dwoje Dyrektorów nie może być razem. Jest to możliwe, jeśli ustalą między sobą strefy wpływów, czyli np. on będzie szefem w pracy, a ona – w domu. Jednak antropolożka uważa, że związki zgodne z ujawnionym w badaniu wzorcem są bardziej harmonijne i szczęśliwsze.

Z tą teorią jest jednak pewien problem: osobowość jest ukształtowana i stabilna dopiero około 30. roku życia. Wcześniej człowiek jeszcze nie do końca wie, kim jest, jest bardziej podatny na wpływy otoczenia. Potrafi więc np. randkować z kimś tylko dlatego, że on wszystkim się podoba, lub dać komuś kosza, ponieważ najlepsza koleżanka orzekła, że on głupio wygląda. Swoją drogą w tym momencie można też udzielić odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludziom 50+ niełatwo przychodzą decyzje o zmianie. W tym okresie życia osobowość staje się zbyt sztywna, żeby adekwatnie reagować na to, co przynosi życie. Pewnych rzeczy już się nie robi z powodu przekonania, że nie pasują do wieku. 20-latek zanim tak pomyśli, już będzie siedział w samolocie ze spadochronem na plecach lub szalał na wodnym bananie.

Bo dostałeś, czego chciałeś

Rozczarowanie w niektórych związkach bierze się nie stąd, że nasze potrzeby nie są zaspokajane, ale paradoksalnie stąd, że dostaliśmy dokładnie to, czego chcieliśmy. Na ten trop wpadli Diane H. Feemle, Heather Kohler Flynn i Peter Riley Bahr z University of California, Davis. Swoimi badaniami rzucili nieco światła na problem większego prawdopodobieństwa wystąpienia kryzysów w młodzieńczych związkach. W 7 proc. badanych przez nich bliskich związków wystąpiło bowiem „fatalne zauroczenie”, tj. sytuacja, w której cecha partnera, która na początku związku wydawała się bardzo atrakcyjna, z czasem stała się przeszkodą na drodze do harmonijnego bycia razem. Przykłady? Partner zjednuje partnerkę poczuciem humoru, ale po jakimś czasie ona stwierdza, że nigdy nie wiadomo, kiedy on mówi coś na serio. Partnerce podoba się, że partner bardzo o nią dba, ale w końcu zauważa, że jest również wobec niej zaborczy. Fascynuje ją to, że on lubi przygody, ale z czasem odkrywa, że jest po prostu nieodpowiedzialny. Przy czym „fatalne zauroczenie” występuje tylko wtedy, gdy osoba badana danej cechy nie ma, za to w nadmiarze ma ją jej partner.

A teraz boisz się nieznanego

Odejdźmy jednak od błędów młodości. Bo najpopularniejszym powodem, dla którego człowiek chce wrócić do dawnego partnera, wydaje się strach przed nieznanym, przed szukaniem nowego w morzu obcych, obojętnych ludzi. Lęk powoduje, że człowiek idealizuje ową pierwszą miłość, zapominając, że coś jednak doprowadziło do rozpadu związku (przy czym może się zdarzyć, że sprawy, które kiedyś wydawały się wystarczającym powodem rozstania, po latach mogą być słusznie postrzegane jako błahe). Lęk sprawia także, że z powrotem do starej miłości wiąże się wygórowane nadzieje. W charakterystyczny dla siebie sposób wyraził to Adaś Miauczyński: „Żebym spotkał Elżbietę. Moją pierwszą miłość. Wszystko bym jeszcze zaczął z nią od nowa. (...) Byłbym ocalony. Gdybym tylko odnalazł moją pierwszą miłość. Mogłoby wszystko, wszystko jeszcze być inaczej. To jeszcze wszystko mógłbym zacząć raz od nowa. Wszystko byłoby wciąż możliwe jeszcze. Byłaby jeszcze szansa. Wciąż szansa byłaby. Ela – moja pierwsza i jedyna”.

Taka tęsknota jest więc raczej ucieczką od tego, co dzieje się tu i teraz, niż trzeźwą oceną, że byliśmy kiedyś zbyt głupi, aby docenić miłość, którą nas obdarzono.

Wracać zatem czy nie wracać? Jeśli wiesz, że jesteś dojrzałym człowiekiem i naprawdę kochasz, spróbuj. Są ludzie, którym powroty po latach naprawdę się udają.

Jeśli jednak żal za dawną miłością nie wynika z twojej głębokiej pokory i namysłu nad własną młodzieńczą nieroztropnością, to nie ma sensu burzyć spokoju osoby, którą może i darzysz uczuciem, ale niekoniecznie jest to miłość. Niech wystarczy ci to, że i ona zapewne nigdy cię nie zapomni. Najlepiej podrzyj stare zdjęcia i odłóż telefon. W internecie krąży mem: „By nie popełniać błędów po alkoholu, ostatni kieliszek zagryzaj kartą SIM”.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną