Otyłość, czyli ciało dużo za duże

Historia znikania
Otyłość: jak to jest żyć w męczącym, nieposłusznym, zbyt ogromnym ciele.
„Bachus” – obraz Petera Paula Rubensa (1577–1640)
EAST NEWS

„Bachus” – obraz Petera Paula Rubensa (1577–1640)

„Toaleta Wenus” – obraz Petera Paula Rubensa (1577–1640)
Bridgeman Images

„Toaleta Wenus” – obraz Petera Paula Rubensa (1577–1640)

Taka historia może się zacząć ze strachu. Kiedy człowiek ma zaledwie kilka dni, waga, z którą się urodził, spada. Dla niektórych rodziców jest to stres. Pierwszy, silny, a więc niezapomniany. Na noworodku próby uporczywego karmienia nie robią jeszcze wrażenia – jego organizm wie, ile potrzebuje, więc żadna siła nie zmusi go do zjedzenia więcej. A jeśli nawet dla przyzwoitości possie któryś raz podsunięty sutek, nadmiar pokarmu i tak wyląduje na ubraniu matki.

Wrodzona intuicja kulinarna dziecka zaczyna jednak jakiś rok później szwankować. Ulega temu „jedz, jedz” matek, ciotek i babć, dla których często wciąż jeszcze zdrowe dziecko to tłuściutkie dziecko. W jego życie wkraczają też słodycze, bo może już jeść ciasto biszkoptowe albo drożdżowe. Jeszcze kilka miesięcy i przestają one być pociągające. Bo kolorowe batoniki w reklamach i na wysokości jego wzroku w sklepach są znacznie bardziej atrakcyjne. Budzą chętkę, która niekiedy zostaje z nim na zawsze. Szczególnie jeśli słodycz jest nagrodą. Albo pocieszeniem. Albo świętem: co bardziej świadome matki ograniczają słodkości do weekendu. Ale i to jest pułapką – zakazany owoc kusi jeszcze bardziej.

Taka historia może się zacząć z utraty. Matka rozwódka, gotująca latami dla rosłego męża, nie umie się przestawić i wpycha w dziecko porcje jak dla niego. Może także usiłuje kupić miłość? Może rekompensuje swój smutek samotnej, której monstrualne schabowe ktoś przecież powinien chwalić?

Ale taka historia może się też zacząć z niczego. Ot, dziecko jest grubiutkie tak po prostu. Jak mama, jak tata. Schudnie, kiedy zacznie rosnąć, przecież nie wpycha w siebie słodyczy, schudnie, przecież nie je jak drwal – wierzą rodzice. Może zbyt zabiegani, może niezorientowani, a może nieuważni, żeby dostrzec, że dobrze by było zaprowadzić się rodzinnie do dietetyka i psychologa. Nic to, że zasapuje się po przypadkowym przebiegnięciu kilkunastu kroków. Nic to, że jeśli nawet zabłąka się niechętnie na szkolny wuef, może najwyżej porzucać sobie w kącie piłką lekarską. Nic to, że coraz bardziej zamyka się w sobie, bo grubas, bo tłuścioch, bo spaślak – mówią mu dzieci mniej słusznej postury. Tylko że takich jest coraz mniej, więc nie jest tak źle; taka – pocieszają się rodzice – przemiana materii. Przejdzie.

Bywa, że rzeczywiście przechodzi. Kilkunastoletni człowiek strzela w górę i po oponkach, fałdkach i podbródkach nie ma śladu. Jego życie staje się nagle lekkie i takie ruchowo łatwe. Z czasem jego umysł pozwala sobie na swobodę zapomnienia, że jeszcze niedawno ciała, którym kieruje, było za dużo.

Huśtawka

Często jednak sobie przypomina jakoś tak po trzydziestce. Nie ma się czemu dziwić, jeśli jest typem zajadającym stres. Jeśli jedynym sposobem na poradzenie sobie z – negatywnymi szczególnie – emocjami jest regularne pustoszenie lodówki. Jeśli ma problemy z prawidłowymi nawykami żywieniowymi tak duże, że nie wie już, czy musi coś zjeść, bo jest głodny, czy z powodu kłótni z partnerem. Bywa jednak, że je zwyczajnie, zgodnie z tą bardziej prawidłową polską normą, czyli tylko trochę za dużo. Fast food tylko czasami, żadnych gór słodyczy, czekolada z rzadka. A jednak waga powoli idzie w górę. Nie jest tak źle, ale trzeba się wziąć za siebie – myśli człowiek, jeśli z rozsądku się dowie, że jego BMI przekroczyło 25. Ta myśl jednak jeszcze nienerwowa. Wyciąga więc z garażu rower, ale na jednej wycieczce się kończy, bo nogi na kolejne za bardzo bolą. Kupuje karnet na basen, ale tyle z tym korowodów, a i przeziębić się zimą można. Poza tym życie gna szybciej niż wskaźnik na wadze i czasu jakoś na to się wzięcie brakuje. Patrzenie w lustro czasami coś zmienia. Tu i tam nieco więcej? Nie widzę problemu – powie, jeśli swojej wagi wizualnie nie doszacowuje. Fakt, coś nie tak – jeśli ocenia ją realnie. W lekką panikę wpadnie, jeśli widzi się większym niż jest.

W dwóch zatem przypadkach człowiek zaczyna działać już na tym etapie. Kłopot w tym, że rzadko aktywnie, bo czasu nie przybywa. Że samodzielnie, bo dietetyk to strata czasu i pieniędzy, a przecież nie jest tak źle. I że eliminacyjnie – chleb, ziemniaki, makaron tuczą, każdy to wie, odstawiamy zatem. W internecie diet bez liku, któraś na pewno się nada. Pierwsza idzie jak z płatka, choć spaghetti śni się po nocach. Waga jest zadowalająca po kilku tygodniach. Jeszcze przez kilka człowiek się kontroluje, kolejne kilka i wraca do polskiej normy. Waga znowu idzie w górę. Tym razem nieco szybciej. Na tyle znacząco, że nowe ubrania nie zdążą się nawet trochę zużyć, a już nie można się w nie wcisnąć. Lądują więc wstydliwie w niedostępnych zakamarkach szafy. No to kolejna dieta – myśli człowiek i z sieciowej oferty wybiera trochę drastyczniejszą. Spadek, kontrola, norma. Waga – biegiem w wyższą górę. Następne diety, spadki, kontrole, normy. Po dwóch–trzech latach waga szybuje. Proporcjonalnie maleje motywacja. Tym szybciej, im bardziej skomplikowane diety. One wymagają zachodu i wiążą się – np. w pracy – z przymusowym głodem. Jeśli w tym momencie człowieka nie olśni, że dietetyczna samodzielność to ślepa uliczka, wtedy właśnie zaczyna znikać.

Niebyt

Podstawowym wielkim problemem jest zadyszka. Nie przy bieganiu czy jeżdżeniu na rowerze – o tym już nie ma mowy – ale przy chodzeniu. Stawia więc człowiek kroki coraz wolniejsze, ale i coraz ich mniej. Ma coś do załatwienia w mieście – pojedzie samochodem, to jasne. Ale też kumuluje sprawy. Urząd poczeka do piątku, bo wtedy jest też wizyta u lekarza i imieniny w rodzinie. Jedno wyjście mniej zmęczy. Są zakupy do zrobienia? Niechętnie, ewentualnie w supermarkecie, gdzie jest bliski parking i wózki, żeby niczego nie nosić. Powoli podobna kalkulacja obejmuje też pracę, a nawet dom. Potrzebuje coś z innego pomieszczenia? Tak, jeśli zbierze się kilka rzeczy. Może zabraknie rąk, ale stawy i kręgosłup tak nie ucierpią. Gorzej, jak trzeba do łazienki. A trzeba często, bo otłuszczone organy wypełniają człowieka coraz szczelniej i naciskają na pęcherz. Z tym nie da się długo czekać na dodatkowy pretekst.

Z każdym dniem ciało jest coraz mniej przyjazne. Poci się przy najmniejszym ruchu, jak w czterdziestostopniowym upale. Nogi i ręce puchną tak, że skóra pęka i nawet zetknięcie z lekką kołdrą jest bolesne. Leżenie przynosi ulgę innym częściom człowieka, ale tylko na chwilę. Na boku się nie da, bo uciskane serce się męczy najbardziej w swojej codzienności ze zdiagnozowanym migotaniem przedsionków. Płasko na wznak? Też nie, bo z powodu złej gospodarki wodnej płyn zbierający się w płucach rozpływa się i oddychanie jest męką. Pozostaje spanie na siedząco. Ale wtedy opada głowa i kark po przebudzeniu wyje z bólu. Takiego, że niemal niepodobna odchylić głowę, żeby rano połknąć rosnącą stertę tabletek na serce, nadciśnienie, wodę i oczywiście panoszącą się coraz odważniej cukrzycę.

Znękany człowiek ogranicza więc wychodzenie z domu do niezbędnego minimum. Umysł także. Bo popatrz, wieloryb przypłynął – usłyszał na ostatnich wakacjach, kiedy próbował się zmusić do pływania. Bo jak się można tak zapuścić – zdziwiony szept w aptece. Bo tłuścioch, bo spaślak – normalny głos na ulicy. Jak w szkole. Ta niedelikatność komentarzy jest wciąż kulturowo dopuszczona. Bo przecież osoba otyła w społecznym odbiorze to ktoś nieodpowiedzialny, żeby nie powiedzieć leniwy, głupi. Ktoś, kto po prostu o siebie nie dba. Bezwartościowy. Ten, kto nie ma takiego problemu, rzadko kiedy pomyśli, że geny też mają tu coś do powiedzenia. Może – choć to jednak mało prawdopodobne – jeden na kilkunastu sądzi, że wypowiedziana głośno uwaga zmobilizuje umysł ocenianego człowieka do działania. Wstrząśnie nim i otrząśnie z letargu. Ale on już tak nie działa.

Bo po pierwsze, otyłość może być też ucieczką. W przypadku kobiet ponadnormatywna waga zwalnia z konieczności walki o to, by się podobać za wszelką cenę. By być postrzeganym jako obiekt atrakcyjny seksualnie. Seks staje się technicznie niemożliwy, więc nie ma problemu. Mężczyźni mogą przestać wykazywać się siłą. Otyłość stopniowa zwalnia człowieka także z codziennych obowiązków. Nie da się robić zakupów, gotować, sprzątać, myć okien, kiedy każdy ruch sprawia kłopot i ból.

Po drugie – i jednak ważniejsze – człowiek otyły jest na pewnym etapie już tylko swoim męczącym, nieposłusznym, zbyt ogromnym ciałem. Nie jest w stanie myśleć o niczym poza tym, jak uniknąć przykrych niespodzianek, jakie ciało szykuje mu na każdym chwiejnym kroku. Nienawidzi go. Nie ma siły ani nim kierować, ani na nie patrzeć. Własny los jest mu prawie obojętny, nawet jeśli na jakimś poziomie już wie, że może się przerwać zbyt wcześnie. Trwa, ale nie żyje. Z całą mocą dociera do niego, że żeby uzyskać pomoc, musiałby jednak wyjść z domu. A do sznurówek w butach nie może już dosięgnąć.

Cięcie

Umysł ma niewielkie szanse, żeby się przez ścianę tej niemocy przebić. Korzysta jednak z każdej. Najpierw mozolnie uświadamia człowiekowi, że ma dużo więcej kilogramów niż inni, i że to nie jest już tylko nadwaga, ale otyłość. Czyli choroba, którą da się leczyć. Kobiecy podpowiada sprytnie, w zależności od powodów problemów: jesteś źle postrzegana, twoja nieatrakcyjność budzi wstręt, a przecież nie o to ci chodziło; jeśli nauczysz się panować na emocjami, zajadanie ich nie będzie ci potrzebne. Męski uderza w inny ton: nie obchodzi cię to, jak wyglądasz, ale ciało cię ogranicza, nie możesz robić wielu rzeczy, na które miałbyś ochotę. Oba w końcu krzyczą: jeśli czegoś ze sobą nie zrobisz, umrzesz.

Ten komunikat człowiek powinien usłyszeć od kogoś innego: partnera, przyjaciela, lekarza. Mimo niemożności, niechęci i odrętwienia, groźba prawdziwego niebytu najczęściej jednak zmusza do działania.

Przy BMI powyżej 40 najefektywniejsza jest w zasadzie operacja zmniejszenia żołądka. Wydaje się, że ciało położy się na stole i wszystkie problemy znikną jak odcięte skalpelem. To jednak długa droga, wymagająca tego, o co w przypadku człowieka otyłego najtrudniej: aktywności i determinacji. Znękane ciało musi iść do lekarza pierwszego kontaktu – bez skierowania do chirurga nic się nie da zrobić. Do operacji trzeba schudnąć – mówi chirurg, podczas pierwszych badań. To oczekiwanie wydaje się dziwne i niemożliwe do zrealizowania. Ma jednak konkretne cele: sprawdzenie motywacji i umiejętności przestrzegania zaleceń, które pojawią się po zabiegu, ale też ograniczenie ryzyka wystąpienia pooperacyjnych powikłań. Zatem następna wizyta – u dietetyka. Dzienna porcja kalorii trzycyfrowa. Szczegółowa rozpiska dopuszczalnych produktów. Ważenie wszystkiego do jedzenia. Tak przez kilka długich tygodni. Człowiek dalej myśli tylko o ciele, ale z każdym zgubionym kilogramem ma wrażenie odzyskiwania nad nim umysłowej kontroli. Kiedy udaje mu się zejść do wagi wymaganej przez chirurga, nie tylko budzi się w nim nadzieja na przyszłość, lecz także – pierwszy raz od długiego czasu – odczuwa dumę, że pokonał sam siebie.

Operacyjny pobyt w szpitalu nie trwa długo. Kilka dni zaledwie. Zabieg jest laparoskopowy, zostają po nim cztery szwy. Ale zaczynają się najpoważniejsze restrykcje: przez pierwsze dwa–trzy tygodnie dieta płynna. Posiłki zawierające odpowiednią ilość witamin i mikroelementów sześć–osiem razy dziennie, po 100 ml każdy. Na kuchennym blacie króluje mikser, w szafkach stoją słoiczki z papkami dla niemowląt. Organizm człowieka zachowuje się zresztą czasami jak niemowlęcy: nadmiar pokarmów usuwa. Człowiek złorzeczy, zanim dotrze do niego, że więcej jedzenia się w nim po prostu nie zmieści i nie ma co z tym walczyć, trzeba przywyknąć. Jeśli żołądek nie zgłasza innych sprzeciwów, dietetyk pozwala na stopniowe włączanie pokarmów stałych. To najgorszy etap. Żołądek się buntuje, co wyraża złośliwymi nudnościami i wymiotami. Poza tym wiele ulubionych dotąd potraw odrzuca natychmiast, przyswaja za to różności, których człowiek do tej pory nie znosił. Jak u kobiety w ciąży, zmienia swoje zachcianki z godziny na godzinę. Co ja sobie zrobiłem? – rozpacza człowiek z jednej strony. Z drugiej – ze zdumieniem patrzy, jak waga z każdym kolejnym jego wejściem oddycha z większą ulgą. Dostrzega, że jego stawy, kręgosłup i krzyż działają coraz sprawniej. Że nogi nie boją się kołdry, i niosą go żwawiej. Odpowiednio wspomagane lekami serce przestaje się tłuc. Płuca oddychają swobodniej. A w końcu lekarze ogłaszają koniec cukrzycy. Codzienna sterta tabletek zmniejsza się także o te na nadciśnienie.

Wizyty u chirurga są powodem jeszcze jednego zdumienia. Człowiek widzi takich jak on, używając wyświechtanej telewizyjnej formuły – przed i po. Tych czekających na operację, którzy, by pokonać trzydzieści metrów szpitalnego korytarza, muszą cztery razy przysiąść. I tych długo po operacji, przebiegających ten dystans bez jednego głębszego oddechu. Porównanie pozwala mu zrozumieć, że w swoim problemie nigdy nie był i nadal nie jest jedyny. I że to, co sobie zrobił, było jedynym ratunkiem. A po kilku miesiącach, kiedy BMI dryfuje spokojnie w okolicach normy, a jedzenie przestaje denerwować żołądek, czuje coś, czego się już nie spodziewał: szczęście.

Powrót

Taka historia może skończyć się dobrze. Ale nie jest to hollywodzki happy end. Trudno wrócić do normalnego funkcjonowania. Do pracy – jeśli po długoletnich perturbacjach jeszcze się ją ma. Do partnera – jeśli zniecierpliwiony/zmęczony/nieradzący sobie z chorobą nie odszedł przed operacją. Do obowiązków, które się odrzuciło z niemożności i także z pewnej wygody zdjęcia z siebie przynajmniej tego ciężaru. Do życia towarzyskiego, w którym odczuwa się pustkę po tych, co nie wytrzymali/nie umieli zaakceptować.

Trudno też czasem cieszyć się codziennością, bo wiąże się ona jednak z utratą. Nie ponad trzech czwartych żołądka, to pozostaje w sferze abstrakcji. Brakuje wyjść do nowych restauracji, bo jeśli zdarzy się przypadek typu niedogotowany makaron, żołądek buntuje się tak jak na początku rekonwalescencji. Swobody na imprezach, bo w polskiej tradycji wiążą się one przede wszystkim z jedzeniem, a człowiek pooperacyjny może mało i wolno, i nie dotrzymuje kroku innym biesiadnikom. Zgubnego, ale jednak luksusu niedokonywania ciągłych wyborów. Bo czegoś trzeba nie zjeść, żeby móc zjeść coś innego w odpowiednim momencie. Trzeba dużo pić, ale wtedy brakuje miejsca na jedzenie. Nie ma przestrzeni na nieprzemyślane zachcianki. Ciało wciąż mimo wszystko pozostaje w centrum uwagi.

W dodatku nadal budzi mieszane uczucia. Jest na powrót przyjazne, owszem, ale człowiekowi wciąż trudno na nie patrzeć. Schudnięcie często nie wpływa na jego akceptację: nadal postrzega się je jako otyłe, wbrew wadze i wskaźnikowi BMI.

Człowiek się także swojego ciała boi. Bo wie już, że otyłość jest chorobą, która ma tendencje do nawrotów. Jak nowotwór. Mimo operacyjnego ograniczenia można utyć. Jeśli na przykład stres codzienności sprawi, że jednak nagle przyjdzie niedająca się opanować chętka na codzienną górę pocieszających słodyczy.

Człowiek już-nie-otyły musi na swoje ciało uważać. Nieustannie je kontrolować. Jednak kiedy wreszcie może wyjąć z szafy zawstydzone za małe niedawno ubrania i pierwszy raz od lat wyjść na długi spacer, przyrzeka sobie nie stać się już nigdy tak dużym, by przestać istnieć.

***

Informacji na temat psychologicznych aspektów otyłości udzieliła Dr Anna Brytek-Matera, terapeuta, psycholog z katowickiego Wydziału Uniwersytetu SWPS, specjalizująca się w problematyce zaburzeń odżywiania, otyłości, obrazu ciała i obrazu siebie.

***

Co to jest BMI

Body Mass Index to wyznacznik problemów z wagą. Oblicza się go, dzieląc masę ciała (w kilogramach) przez wzrost podniesiony do kwadratu (w metrach).

Np. waga 74 kg i wzrost 1,68 cm

74 : 2,82 = BMI 26,24

poniżej 15,99 – wygłodzenie
16,00–17,00 – wychudzenie
17,00–18,49 – niedowaga
18,50–24,99 – norma
25,00–29,99 – nadwaga
30,00–34,99 – I stopień otyłości
35,00–39,99 – II stopień otyłości (otyłość kliniczna)
powyżej 40,00 – III stopień otyłości (otyłość skrajna, zagrażająca życiu)

Uwaga: osoby uprawiające regularnie sport także mogą mieć wysoki wskaźnik BMI ze względu na masę mięśniową. Dlatego przy diagnostyce otyłości mierzy się także ilość tkanki tłuszczowej.

***

Jak tyją Polacy

Według raportu Instytutu Żywności i Żywienia z jesieni 2015 r. nadwagę lub otyłość (wskaźnik BMI powyżej 25,00) ma:

22 proc. uczniów szkół podstawowych i gimnazjów

49 proc. kobiet

64 proc. mężczyzn

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną