Czy istnieje coś takiego jak chemia między ludźmi

Czym tu pachnie
Wojciech Eichelberger o tym, jak rozumieć coś, co potocznie określamy chemią między ludźmi.
Wojciech Eichelberger
Łukasz Król

Wojciech Eichelberger

Katarzyna Kazimierowska: – Czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia?
Wojciech Eichelberger:Wiele osób takiej miłości doświadcza, więc niewątpliwie istnieje, choć zdarza się ona zdecydowanie rzadziej, niż przypuszczamy. Energia tego zdarzenia jest na ogół tak wielka, że doświadczający go z niczym się nie liczą. Także z własną sytuacją matrymonialną oraz życiową osób, które doznały takiego miłosnego porażenia.

Co za nim stoi?
Powody i mechanizm działania tego fenomenu mogą być wielorakie. Niestety, nie natknąłem się dotychczas na rzetelne badania miłości od pierwszego wejrzenia, więc przestrzeń dla fantazji i hipotez jest szeroko otwarta. Można sobie z domysłami pohulać.

Zróbmy to. Intuicja? Instynkt?
Skoro przywołaliśmy intuicję, to warto wziąć pod uwagę przypuszczenie, że nasze ludzkie istnienie na tej planecie nie ogranicza się do jednej wizyty. W związku z tym nie można wykluczyć, że miłość od pierwszego wejrzenia to tzw. spotkanie karmiczne, czyli spotkanie dusz, które we wcześniejszych istnieniach i postaciach już się kiedyś spotkały i po to, aby mogły rozwijać się dalej, muszą w aktualnej odsłonie istnienia spędzić razem życie lub przynajmniej jakiś znaczący okres. Wtedy rozpoznają się na zupełnie nieświadomym, intuicyjnym poziomie i często mają poczucie déjà vu, czyli że już się skądś znają. Są tacy, który twierdzą z całym przekonaniem, że to fakt.

Kto na przykład?
Mój nauczyciel zen. Powiedział mi kiedyś: Pamiętaj, że wszyscy ludzie, których spotykasz w życiu, i bliscy, i przypadkowi przechodnie na ulicy, w ciągu milionów lat i tysięcy twoich przeszłych istnień z pewnością byli kiedyś twoimi dziećmi, rodzicami czy partnerami. Ciarki mi po plecach przeszły, ale z drugiej strony, gdy sobie o tym przypomnę, to wśród ludzi, których spotykam w dowolnym miejscu na świecie, mogę się poczuć jak w rodzinie.

A co z chemią w dosłownym tego słowa znaczeniu? Z hormonami, które się przy niektórych spotkaniach wydzielają i robią ludziom wybuchowy koktajl w głowie?
Moc feromonów jest powszechnie znana i uznana. Prawdopodobnie ludzie najczęściej dobierają się w pary ze względu na subtelny, praktycznie niewyczuwalny zapach feromonów i nie zdają sobie z tego sprawy. A jest to bardzo ważny, wręcz decydujący mechanizm dobrego fizycznego doboru dwojga ludzi, którego nie wyłączy zapach nawet najmocniejszych perfum. Gdy ta druga osoba komuś „źle pachnie”, to nie ma mowy ani o dobrym związku, ani o dobrym seksie. Atrakcyjne feromony w związkach heteroseksualnych mogą wskazywać na optymalną konfigurację genotypów obojga partnerów. Czyli gwarantować zdrowe i silne potomstwo.

Geny pachną?
Przypuszczam, że tak. W każdym razie z jednej strony postawiłbym sporo na hipotezę, że związki dobrze dobrane genetycznie odznaczają się dużą trwałością, czyli odpornością na kryzysy. Z drugiej jednak dramatycznie rosnąca liczba rozwodów, a także duża płynność związków nieformalnych świadczyłyby o tym, że ten mechanizm przestaje działać.

To jednak sprzeczność.
Ale mam jej wytłumaczenie. Wiele wskazuje na to, że w miarę postępów cywilizacji cyfrowo-obrazkowej i zdalnej komunikacji intuicja, instynkt i zmysły człowieka słabną z każdym pokoleniem, a w rezultacie o wyborze partnera/partnerki coraz częściej decyduje zmysł wzroku. A to jest słabe, zbyt powierzchowne kryterium, zgodne z aktualnie obowiązującą konwencją estetyczną. Dzisiaj najważniejsze jest to, żeby kooptowana do pary osoba była szczupła, umięśniona i wysportowana. Ale później może się okazać, że są kłopoty z rozrodczością, bo wytrenowane do granic, często wygłodzone i zestresowane ciała wojowników produkują przede wszystkim hormony walki, a w trybie walki na prokreację nie ma miejsca. Ale skądinąd wiadomo, że ludzkie oczy posługują się także genetycznie przekazywanym oprogramowaniem, pozwalającym rozpoznawać obiekty potencjalnie najlepsze z punktu widzenia sukcesu prokreacyjnego. Antropolodzy dawno dowiedli, że człowiek nieświadomie uznaje za bardziej atrakcyjną twarz symetryczną i z wysokim czołem. Także proporcje obwodu talii do bioder i obfitość biustu jest czymś, na co mężczyźni pozytywnie reagują, bez względu na rasę, wiek i współrzędne geograficzne. Podobnie kobiety na proporcje szerokości bioder i barków u mężczyzn oraz objętość i prężność ich pośladków oraz ud. Dlaczego? Bo powyższe cechy kobiet są genetycznie powiązane z ich potencjałem rozrodczym i opiekuńczym, a cechy mężczyzn – z ich zdolnością do ciężkiej pracy, obrony jaskini i podejmowania ryzyka. Ale nawet największy estetyczno-rozrodczy ideał musi jeszcze dobrze pachnieć, żeby coś z tego związku wyszło. Intuicja i feromonowy węch oczywiście nie dają gwarancji dobrego doboru psychicznego, ale nad nim można długo pracować i wiele zmienić. Z genami jest to znacznie trudniejsze.

Sprawa robi się coraz bardziej złożona.
A jesteśmy dopiero w połowie rozważań, bo nie mówiliśmy jeszcze o psychologicznych energiach przyciągających ludzi do siebie. One – zazwyczaj uwarunkowane dzieciństwem – mogą mieć decydujące znaczenie. Bez względu na to, czy relacja z rodzicem przeciwnej płci była dobra czy trudna, staje się często pozagenetycznym czynnikiem decydującym o atrakcyjności drugiej osoby. Z dwóch zasadniczych powodów: po pierwsze, od nieznanego nieba człowiek woli nawet piekło, byle znane. Po drugie, to, co go spotykało w dzieciństwie ze strony rodziców, wyznacza w jego umyśle pułap tego, co mu się w związku należy.

Dlaczego tak się dzieje?
Bo pierwszą miłością każdego syna jest matka, a córki ojciec. W tym kontekście o wyborze partnera nie decyduje kryterium wizualnego podobieństwa – choć czasami się ono pojawia – lecz podobieństwa relacji, jaką proponuje partner. Powinna ona przypominać typem i dynamiką związek z rodzicem przeciwnej płci.

Czy to znaczy, że mężczyzna szuka drugiej mamy, a kobieta drugiego taty?
Może tak być. Jeśli ktoś miał matkę, która była słabą, uległą, zależną od ojca kobietą – kobietą-powojem albo mamą-dzidzią – to jako dorosły będzie przyciągany przez takie właśnie kobiety. Ale może być też tak, że będzie szukał alternatywy, czyli wybierze dziewczynę silną, niezależną i zdecydowaną. Podobnie jest z kobietami – często wybierają taką relację, w jakiej były z ojcem.

Kłopot w tym, że jeśli dorosły związek powiela trudną, toksyczną relację z rodzicami, to siłą rzeczy staje się trudny.

Serce nie sługa, ale mózg najwyraźniej również, skoro ludzie poddają się nieświadomie siłom, które nieuchronnie prowadzą do porażki.
Dopóki tych sił sobie nie uświadomią, to ich oddziaływanie jest bardzo silne. Ale dobrą stroną trudnych związków jest to, że pozwalają przepracować psychologiczne skutki skomplikowanych relacji z dzieciństwa. W psychoterapii takich przypadków dąży się do tego, by pacjent zrozumiał, że to, w jaki sposób był traktowany przez dewaluującego rodzica, nie świadczy o jego wartości, lecz wyłącznie o psychologicznych deficytach tego rodzica. Taki wgląd sprawi, że nie będzie wybierać partnerów oferujących np. związek pozbawiony miłości i szacunku. Niestety, często męczy się przez wiele lat w takich powielanych związkach, zanim dojdzie do rozumu.

Zatem rozum długo ma niewiele do powiedzenia.
Ale z czasem naprawdę wiele osób się orientuje, że coś tu się za bardzo powtarza, i zaczyna myśleć: dlaczego ciągle cierpię, jak kiedyś w dzieciństwie, co mnie trzyma w tym bolesnym, nieszczęśliwym związku? I to jest ten punkt wyjścia do zmiany.

Odzyskują głowę?
Tak, rozum się budzi, ale budzi się także pamięć emocjonalna, a wraz z nią świadomość tego, że tkwią w znanym piekle. Powielają relację z rodzicami, którzy ze swoich osobistych powodów nie byli zdolni kochać ich wystarczająco i mądrze, i przez to wmówili im niskie poczucie wartości oraz przekonanie, że nie zasługują na nic lepszego niż to, co dostali od nich.

Czy niskie poczucie wartości skazuje na nieudany związek?
Gdy np. w życiu takiej kobiety pojawi się mężczyzna, który – zakochany i zachwycony – pada na kolana i oświadcza, że wreszcie spotkał istotę, o jakiej zawsze marzył, obiecuje szacunek, miłość i lojalność aż po grób, ona nie będzie w stanie mu uwierzyć, uzna go za jakiegoś pomyleńca i odrzuci. Pewna pacjentka na pytanie: Dlaczego pani nie chce takich szczerze zakochanych, dobrych mężczyzn?, odpowiedziała: Bo ja gardzę tymi, którzy zachwycają się kimś tak marnym jak ja. Przed terapią jej związki sprowadzały się do uganiania za mężczyznami, którzy albo byli już w innych związkach, albo nie byli zdolni jej pokochać.

A co z parami, które zakochały się w sobie od pierwszego wejrzenia, ale są we wspólnym życiu bardzo nieszczęśliwe. Dobrały się genetycznie, ale już nie psychologicznie?
Dość często takie związki nabierają cech sadomasochistycznych. Dzieje się tak, gdy obie strony w dzieciństwie przywykły do tego, że w relacji z bliską osobą się cierpi. A potem wiąże ich cierpienie, które sobie zadają. Dobrze to pokazał Roman Polański w filmie „Gorzkie gody”. Istnieje szeroka gama takich związków.

To wybierzmy jeden.
Na przykład relacja oparta na zazdrości, która jest mylona z miłością. Obie strony nie czują, że zasługują na szacunek i lojalność, bo wcześniej tego w życiu nie zaznały. Układ jest taki, że jedna strona jest zazdrosna o tę drugą, bo jest w głębi duszy przekonana, że zostanie zdradzona i opuszczona. W tej sytuacji asekuracyjnie się nie angażuje. Jedynym dostępnym dla niej sposobem na utrzymanie związku staje się kontrolowanie i osaczanie drugiej strony, połączone z nadmierną manifestacją cierpienia, gdy ta wychodzi na piwo ze znajomymi, wyjeżdża służbowo czy nawet idzie po zakupy. Z drugiej strony osaczony i kontrolowany partner/partnerka żywi się tą zazdrością, bo w życiu nie zetknął się z niczym lepszym.

Skąd się taka zazdrość bierze?
Często spotyka ludzi podrzuconych w dzieciństwie przez rodziców dziadkom, gdzie dorastają aż do momentu pójścia do szkoły. Wtedy okazuje się, że dziecko nie potrafi już kochać rodziców, bo kocha dziadków. Rodzice są więc zazdrośni o jego uczucia do dziadków, dziadkowie są zazdrośni o rodziców, a to zostaje wpisane trwale w pamięć emocjonalną dziecka. Czyli zazdrość zostaje pomylona z miłością. Więc gdy w dorosłym życiu trafi się zazdrosny partner, to cudownie, bo przecież nic lepszego nie może się zdarzyć. Zazdrość jest tylko trującym erzacem miłości. Ale tak skomponowane pary potrafią się karmić zazdrością latami i nie są w stanie się rozstać. Do czasu gdy przynajmniej jedna strona zrozumie, skąd zamiłowanie do zazdrości się u niej wzięło, i zacznie sobie zdawać sprawę ze swojej prawdziwej wartości.

Załóżmy, że mamy miłość od pierwszego wejrzenia. Zadziałały intuicja, hormony z dopaminą na czele, jest też dopasowanie potrzeb psychologicznych. W efekcie para jest fajna, ale na takim haju nie można długo żyć. Co dalej z chemią, gdy do drzwi puka proza życia?
W pierwszej fazie związku zazwyczaj wszystko układa się świetnie, bo jedna strona intuicyjnie wpisuje się w to, czego druga potrzebuje i oczekuje. W tej fazie obie wykazują się kunsztem aktorskim, są najlepszą wersją siebie. Jeśli ukochana/ukochany potrzebuje czarodzieja, to gra się czarodzieja, jeśli rycerza czy intelektualisty – proszę bardzo, a jeśli misia przylepkę, to także da się zrobić.

Udawanie, udawanie.
Nie. Szczere staranie. Każdy robi to z przyjemnością, nie uświadamiając sobie, że jest to instynktowna prezentacja przeznaczona na czas zalotów. Zwłaszcza że druga strona też się stara. Idylla trwa jakiś czas, ale w końcu paliwo fazy zalotów i uwodzenia się wyczerpuje. Dzieje się tak zazwyczaj wtedy, gdy już pojawia się pewność co do siły i stabilności związku. Na przykład po ślubie. Ale kryzys w końcu i tak nadejdzie, gdy oboje ujawnią to, co do tej pory pozostawało w cieniu.

To jest ten moment pytania: gdzie ja miałam oczy?
Niekoniecznie. Jeśli w tym związku jest prawdziwa miłość, silna więź i mądrość, to para przetrwa. W końcu kiedyś trzeba poznać nie tylko mocne, ale i słabe strony partnera. Ale dla ludzi niedojrzałych albo/i bardzo młodych, którym wydaje się, że wejście w związek jest mniej więcej tym samym co kupno nowego samochodu na długiej gwarancji, to może być szok. Najchętniej, w ramach reklamacji, oddaliby partnera z powrotem do salonu.

Brzmi to bardzo filmowo, trochę jak obudzenie się nagle w łóżku obok obcej osoby. Ale czy naprawdę ludzie są tak zaślepieni w pierwszej fazie związku, na tyle oszukuje ich własny mózg, że nie widzą prawdziwej natury ukochanego?
Często nie chcą tego zobaczyć. Szczególnie gdy druga osoba jest aktorem wybitnym – wtedy nie myślą chętnie o przebudzeniu z pięknego, romantycznego snu. A gdy odkrycie kart padnie na młodych, niedoświadczonych ludzi, to rozczarowanie bywa trudne do uniesienia.

Czy człowiek w ogóle potrafi zapanować nad siłami, które nim niewytłumaczalnie targają?
Z czasem tak. Ale na początku drogi nie ma wyjścia, przecież nie sposób być zawsze mądrym przed szkodą. Ludzie uczą się przez doświadczenie, czasem trudne i bolesne, czasem piękne i inspirujące. Podróżują przez życie, popełniając błędy, aż w którymś momencie zaczynają rozumieć siebie i własne uwarunkowania na tyle dobrze, że uwalniają się od nich. To się nazywa rozwojem i dojrzewaniem. Nikt przecież nie obiecywał, że będzie łatwo.

A związki nieromantyczne? Jak to jest, że właśnie ta osoba zostaje moim przyjacielem, a od drugiej stronię od momentu, kiedy ją spotkałam, choć przecież jej nie znam?
Powodów, dla których tak się dzieje, jest ogrom. Spróbuję podać kilka reguł, jakimi podświadomie kieruje się nasz umysł w wyborze przyjaciół czy choćby znajomych. Decydującym czynnikiem jest poczucie własnej wartości. Jeżeli jest ono zaburzone, a dodatkowo człowiek ma skłonności narcystyczne, to wybierze takie osoby, które zawsze będą mu pochlebiać. Lub też pochlebiać mu będzie sam fakt, że jest ich przyjacielem. Czyli używa on osób, które nazywa przyjaciółmi, by podkreślić poczucie swej wartości.

Nawiasem, osobowości narcystyczne coraz częściej występują w naszym otoczeniu. Coraz rzadziej możemy pochwalić się żywymi i szczerymi kontaktami twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Za to coraz częściej wykorzystujemy kontakty do budowania reputacji i transakcji niż relacji. Proszę zwrócić także uwagę, że wszystkie formy internetowego hejtu czy mobbingu motywowane są właśnie narcystycznie. Ktoś, kto ma właściwe poczucie wartości, nie będzie tego robił.

Ale jeżeli człowiek nie ma osobowości narcystycznej, więcej, jest dojrzałą, świadomą siebie osobą, to będzie szukać przyjaciół wymagających.

To znaczy jakich?
Takich, którzy potrafią powiedzieć nam coś trudnego, nawet nieprzyjemnego o nas samych, bo im na nas zależy. Będą wymagający, byśmy mogli stawać się coraz lepsi jako ludzie.

Jeżeli natomiast nasza osobowość zbudowana została na poczuciu silnego zagrożenia we wczesnym okresie życia, to będziemy szukali takich relacji, które dają nam poczucie bezpieczeństwa, bo bezpieczeństwo stanie się naszą obsesją. Więcej, będziemy instrumentalnie używać ludzi, by poczuć się bezpiecznie. I jeszcze jeden wariant: jeżeli w dzieciństwie, w wieku 3–4 lat, czyli w okresie, kiedy nasze życie powinno być miękkie, słodkie, kolorowe i przyjemne, nasza potrzeba przyjemności została z jakiegoś powodu sfrustrowana, to w późniejszym życiu będziemy szukać takich środowisk i takich osób, by sobie te frustracje powetować. Pożyć w luksusie, przyjemnie, lekko i kolorowo.

A praca? Uciekamy od osób konfliktowych, ale lubimy ocierać się o liderów. Skąd to się bierze?
Takie zachowania też mają korzenie w narcyzmie. Jeśli ktoś ma potrzebę nieustannie porównywać się, wzmacniać swoją pozycję, czyli nie jest nastawiony na pracę zespołową, wspólne osiąganie celów, tylko na własny wizerunek, dowartościowanie siebie, to będzie dążył do otaczania się takimi ludźmi, którzy mu to ułatwią. W pracy takie osobowości można spotkać bardzo często. Tzw. osobowości ego-oriented to osoby, które zostały sfrustrowane w dzieciństwie i trawią czas na udowadnianiu własnej wartości, często kosztem innych. I znowu, osoby o wystarczająco dobrym dzieciństwie nie używają miejsca pracy, by sobie coś załatwić, tylko są zorientowane na cel, są goal-oriented. To najcenniejsi, bo elastyczni, pracownicy. Taka osoba zrezygnuje z kierowniczego stanowiska w projekcie na rzecz osoby, o której wie, że akurat w tej sprawie ma większe doświadczenie. Bo liczy się jak najlepszy efekt, a nie moje poczucie wartości.

Czyli także to, ku komu będzie nas ciągnąć, a od kogo odpychać, zależy od tego, co nam się wydarzyło w dzieciństwie?
W dużym stopniu nasz charakter zależy od tego, jakie nasze potrzeby zostały w dzieciństwie sfrustrowane. Ale jeśli mieliśmy wystarczająco dobre dzieciństwo lub przerobiliśmy je np. na terapii i jako ludzie dojrzali nie gramy tylko na siebie, ale jesteśmy otwarci na innych, to wówczas mamy szansę na relacje oparte na miłości i prawdziwej, wymagającej przyjaźni.

Rozmawiała KATARZYNA KAZIMIEROWSKA

***

Rozmówca jest psychologiem i psychoterapeutą. Współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii (IPSI) założonego w 2004 r. w Warszawie. Autor artykułów i książek, m.in. „Zdradzony przez ojca” (1998), „Kobieta bez winy i wstydu” (2001), „Krótko mówiąc” (2003).

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną