Pomocnik Historyczny

„Inspirowała ich płonąca nienawiść do Niemców”

Polscy piloci w Bitwie o Anglię

Piloci 303. dywizjonu. Od lewej: Mirosław Ferić, John Kent, Bogdan Grzeszczak, Jerzy Radomski, Jan Zumbach (w skórzanej pilotce i goglach), Witold Łokuciewski, Bogusław Mierzwa (zasłaniany przez Łokuciewskiego), Zdzisław Henneberg, Jan Rogowski i Eugeniusz Szaposznikow. W tle hurricane, październik 1940 r. Piloci 303. dywizjonu. Od lewej: Mirosław Ferić, John Kent, Bogdan Grzeszczak, Jerzy Radomski, Jan Zumbach (w skórzanej pilotce i goglach), Witold Łokuciewski, Bogusław Mierzwa (zasłaniany przez Łokuciewskiego), Zdzisław Henneberg, Jan Rogowski i Eugeniusz Szaposznikow. W tle hurricane, październik 1940 r. Getty Images
Walki nad Anglią w 1940 r. toczyły się z taką intensywnością, że często w powietrzu znajdowało się jednocześnie kilkuset pilotów.
Niemiecki Me 110 strącony w wody kanału La Manche podczas Bitwy o Anglię, lato 1940 r.Getty Images Niemiecki Me 110 strącony w wody kanału La Manche podczas Bitwy o Anglię, lato 1940 r.
Zdjęcie zrobione z kabiny niemieckiego bombowca He 111 przelatującego nad wyspą Jersey w drodze do Anglii, lipiec 1940 r.Getty Images Zdjęcie zrobione z kabiny niemieckiego bombowca He 111 przelatującego nad wyspą Jersey w drodze do Anglii, lipiec 1940 r.
Pożar w londyńskich dokach po bombardowaniu, 7 września 1940 r.Getty Images Pożar w londyńskich dokach po bombardowaniu, 7 września 1940 r.
Płk pilot Stefan Pawlikowski (1896–1943). Po klęsce Francji przedostał się do Wielkiej Brytanii w czerwcu 1940 r. Był komendantem Centrum
Wyszkolenia Lotniczego w Blackpool, a od 6 listopada 1941 r. polskim oficerem łącznikowym w Fighter Command (Dowództwie Lotnictwa Myśliwskiego) RAF. Faktycznie pełnił funkcję dowódcy polskiego lotnictwa myśliwskiego. Poległ 15 maja 1943 r. w locie bojowym.AN Płk pilot Stefan Pawlikowski (1896–1943). Po klęsce Francji przedostał się do Wielkiej Brytanii w czerwcu 1940 r. Był komendantem Centrum Wyszkolenia Lotniczego w Blackpool, a od 6 listopada 1941 r. polskim oficerem łącznikowym w Fighter Command (Dowództwie Lotnictwa Myśliwskiego) RAF. Faktycznie pełnił funkcję dowódcy polskiego lotnictwa myśliwskiego. Poległ 15 maja 1943 r. w locie bojowym.

Tekst ukazał się w nowym Pomocniku Historycznym z serii „Biografie” – „Lotnicy Polskich Sił Zachodnich na Zachodzie”, dostępnym od 30 października w kioskach i w internetowym sklepie POLITYKI.

***

Mieszanka wybuchowa. Walki nad Anglią w 1940 r. toczyły się z taką intensywnością, że często w powietrzu znajdowało się jednocześnie kilkuset pilotów, z których każdy miał jeden cel – zniszczyć wrogi samolot i przy tym nie zginąć. Decydowały ułamki sekund. „Wtem usłyszałem huk – relacjonował ppor. Jan Daszewski z 303. dywizjonu. – Kabina napełniła się dymem, w nodze i w ręku poczułem ostry ból. Gdy starłem gorącą ciecz, która mi zalała oczy, spostrzegłem, że maszyna kręci korkociąg. Wziąłem się do wyprowadzania, jednak bezskutecznie. Stery były uszkodzone. Trzeba skakać, pomyślałem. Jednak nie było to takie proste, bo tak w ręku, jak i w nodze straciłem władzę. Zdawało mi się, że koniec się zbliża. Zebrałem resztki sił i wylazłem z kabiny. W końcu porwał mię pęd powietrza, rzucił w korkociąg plecowy i tak leciałem do ziemi. Gdy z trudem, po dłuższym czasie, lewą ręką otworzyłem spadochron, szarpnął mną ból straszny, gdyż pas przechodził akurat przez ranę. Cierpiałem bardzo, minuty przeciągały się nieznośnie, a ziemia ciągle daleko! Wreszcie spadłem jak worek na zorane pole, lecz o jakimkolwiek ruchu nie było mowy. Długo spadochron ciągnął mnie po bruzdach, zanim przybiegli Anglicy”.

Zmienność i niepewność własnego losu była dominującą cechą tamtych dni. Nikt z pilotów nie był pewien, czy dożyje następnego ranka. Rekompensowali to w różny sposób. Jedni pili, inni podrywali dziewczyny, kolejnych cechowała nadmierna brawura, jeszcze inni zamykali się w sobie i byli przesadnie ostrożni. Odizolowani w małych społecznościach dywizjonów myśliwskich stanowili tak wybuchową mieszankę, że z trudem można było przewidzieć, jak zachowają się w konkretnej sytuacji. Pewnym można było być tylko tego, że kiedy znajdą się w obliczu wroga, będą walczyć. Koledze z dywizjonu można było wybaczyć wszystko oprócz tchórzostwa. Polscy piloci, którzy przybyli do Anglii i wkrótce zaczęli brać udział w walkach, zdawali się odróżniać od brytyjskich kolegów jednym – mieli te same co oni cechy, ale ujawniające się z większą intensywnością, wyostrzone. Jak podsumował jeden z brytyjskich oficerów: „Byli tacy sami, a jednak zupełnie inni”.

Pierwsze zwycięstwo. Trzy miesiące przed apogeum nadchodzącej Bitwy o Anglię, w połowie maja 1940 r., na jej terenie przebywało ponad 2200 żołnierzy Polskich Sił Powietrznych (PSP). 714 z nich można zaliczyć do personelu latającego, z czego 521 było pilotami, 55 – obserwatorami, a 138 – strzelcami pokładowymi. Już osiem dni po 10 lipca (uznanym za początek Bitwy o Anglię) pierwszy z polskich pilotów myśliwskich por. Antoni Ostowicz wykonał lot operacyjny w brytyjskim 145. dywizjonie. Następnego dnia, lecąc z dwoma Brytyjczykami, natknął się nad kanałem La Manche w odległości ok. 5 mil od Shoreham na niemiecki bombowiec Heinkel He 111. Po krótkim starciu samolot zaatakowany przez Polaka skończył w wodach akwenu. Zestrzelenie było zespołowe, ale lista polskich zwycięstw odniesionych u boku brytyjskiego sojusznika została otwarta.

Na początku lipca 1940 r. pierwsza z polskich jednostek myśliwskich otrzymała numer 302 (dywizjon osiągnął gotowość operacyjną 15 sierpnia), druga – 303 (gotowość operacyjna dwa tygodnie później). Powstanie następnych ułatwiła podpisana w sierpniu umowa polsko-brytyjska regulująca ich status. Wkrótce miały się zacząć organizować dywizjony oznaczone kolejnymi numerami: 306, 307 i 308, których piloci nie wzięli już jednak udziału w bitwie i rozpoczęli loty dopiero w 1941 r.

Dywizjon 302, którego formowanie rozpoczęto w bazie w Leconfield, znalazł się poza głównym obszarem walk i jego piloci nie mieli zbyt wielu okazji do starć z Niemcami. Kiedy w końcu znaleźli się w centrum wydarzeń (11 października 1940 r. jednostka została przeniesiona do Northolt, gdzie wcześniej stacjonował dywizjon 303), bitwa dobiegała końca. Po latach napisał jeden z pilotów 302. Wacław Król: „Ciężki okres – walki nie tylko z samolotami wroga, ale i ze zmienną, chmurną i mglistą pogodą angielskiej jesieni. Straty dywizjonu w tym okresie znacznie przewyższały ilość odniesionych zwycięstw”.

Generał gratuluje. Pierwszy z pierwszych polskich dywizjonów, oznaczony numerem 303, po kilku dniach walk nad Wyspami znalazł się na czołówkach brytyjskich gazet. Ubarwiały one rzeczywistość, ale faktycznie osiągnięcia polskich pilotów wybijały się ponad przeciętność. Nie umknęły także uwadze dowódców RAF.

31 sierpnia w pierwszym locie bojowym Polacy z 303. zestrzelili 5 messerschmittów bez strat własnych. Ich brytyjski dowódca także upolował niemiecki myśliwiec. Oficer wywiadowczy po walce raportował: „Mjr Kellett rozkazał kluczowi czerwonemu zaatakować trzy Me 109, które leciały w skręcie w kierunku bombowców. Sam oddał kilka serii o łącznej długości sześciu sekund. Samolot nieprzyjaciela skręcił raz w jedną, raz w drugą stronę, po czym usiłował uciec pod ostrym kątem w górę, ale zapalił się i spadł pionowo w dół. Sierż. Karubin zapalił i zestrzelił Me 109. Jedynym unikiem, jaki wykonał wrogi samolot, było nurkowanie, ponieważ atak przeprowadzony został z kompletnego zaskoczenia. Przeciwnik sierż. Szaposznikowa wykonał beczkę i zanurkował, by w końcu przejść na plecy i spaść pionowo w dół, ciągnąc za sobą gęstą smugę czarnego dymu. Por. Henneberg usiłował poprowadzić swój klucz na cztery Me 109 nurkujące w ataku na hurricane’a, lecz pozostali piloci klucza wdali się w walkę z innymi Me 109 i Henneberg zaatakował w pojedynkę. Ścigał jeden z nieprzyjacielskich samolotów aż do wybrzeża i posłał go do morza ok. sześciu mil na południe od Newhaven. Ppor. Ferić zaatakował Me 109 z odległości 70 jardów, zapalając jego silnik. Pilot messerschmitta wyskoczył. Zużycie amunicji wyniosło jedynie po 20 pocisków na lufę. Sierż. Wünsche oddał do przeciwnika dwie serie z odległości 100–150 jardów. Silnik samolotu nieprzyjaciela stanął w ogniu i maszyna rozbiła się, płonąc. Wszystkim z naszych sześciu pilotów udało się zniszczyć po jednym myśliwcu nieprzyjaciela”.

Jak na pierwsze starcie był to znaczący sukces. Dowódca 11. grupy myśliwskiej gen. bryg. Keith Park przesłał do jednostki telefonogram, w którym pisał: „Składam gratulacje dla 303. Dyonu Myśliwskiego im. Tadeusza Kościuszki, za ich wspaniałą walkę wczoraj po południu, w czasie, której strącili sześć Me 109 bez żadnych strat własnych, co jest dowodem dobrej współpracy i dobrego strzelania”. Szef Sztabu Lotniczego Cyril Newall napisał do dywizjonu: „Wspaniała walka 303. dywizjonu. Jestem zachwycony. Pokazaliście wrogowi, że polscy piloci są zdecydowanie górą”.

Zbyt porywczy. Dwa dni później, 2 września, dywizjon wziął udział w kolejnym starciu. W gorączce walki Polacy ścigali Niemców aż do wybrzeża Francji, co było kategorycznie zabronione. Co prawda zameldowane zostały dwa zwycięstwa, ale taka porywczość nie spodobała się Brytyjczykom, którzy zareagowali cierpką depeszą: „Dowódca grupy uznaje wartość i dużego ducha zaczepnego pilotów, którzy gonili samoloty nieprzyjaciela aż nad teren Francji, ale tego rodzaju pojedyncza walka jest nieekonomiczna i niecelowa, zwłaszcza że na terenie Anglii w rejonie Londynu jest okazja do walki z nieprzyjacielem”. Tak drastycznych przykładów niesubordynacji później już nie odnotowano, choć Polakom zdarzało się przejmować inicjatywę, kiedy w ich ocenie zawodzili brytyjscy zwierzchnicy. Kiedy 11 września 1940 r. dowodzący w tym locie 303. dywizjonem kpt. Athol Forbes przegapił formację Niemców, która według por. Ludwika Paszkiewicza mogła być zaatakowana, Polak się nie wahał: „Podałem komunikat o obecności nieprzyjaciela przez radio dowódcy całości, a nie widząc reakcji z jego strony, wysunąłem się z moim kluczem na przód i kiwając skrzydłami wziąłem kierunek na npl”. W konsekwencji formacja została rozerwana – część pilotów poleciała za Paszkiewiczem, część pozostała w szyku. Walka zakończyła się sukcesem, ale dwóch pilotów poległo.

Strat nie można było uniknąć i wkrótce stały się one immanentną częścią lotniczego życia, co w konsekwencji prowadziło do swoistego rodzaju zobojętnienia. Pierwsze śmierci w tak małej społeczności, jaką stanowił dywizjon lotniczy, gdzie wszyscy doskonale się znali, bardzo przeżywano, ale wraz z kolejnymi przestano na nie zwracać uwagę.

Korzystne wady. Konta zestrzeleń Polaków rosły. To, co Brytyjczycy uznawali za wadę, okazało się zaletą – polscy lotnicy praktycznie nie znali procedur naprowadzania na cel za pomocą radia i nie ufali wskazaniom nawigacyjnym podawanym z ziemi. Stało się to ich nieocenionym atutem w walce, gdyż zawsze wypatrywali wroga w powietrzu, niezależnie od tego, czy naziemne stanowisko dowodzenia twierdziło, że jest on w pobliżu, czy go nie ma. Inną ich przywarą była gadatliwość. Kiedy już odkryli możliwości radia, rozmawiali przez nie bez przerwy, do tego po polsku. Angielskich przełożonych doprowadzało to do szewskiej pasji. Uważali, że takie zakłócanie łączności stanowi poważne zagrożenie. Przez radio podawano przecież kluczowe informacje o kursie, pułapie i liczebności niemieckich maszyn. Faktycznie, czasami mogło to stwarzać zagrożenie, ale bilans walk był na tyle korzystny dla polskich pilotów, że Brytyjczycy zaczęli przymykać oko.

Okazało się także, że Polacy nie tylko doskonale radzą sobie w powietrznych starciach, ale ich motywacja do walki jest większa niż lotników brytyjskich. Polacy nie chcieli po prostu zestrzelić samolotów Luftwaffe. Oni chcieli zniszczyć ich jak najwięcej, zabijając tylu Niemców, ilu się da. Brytyjczycy tłumaczyli Polakom, że strzelanie do niemieckich załóg ratujących życie skokiem ze spadochronem nie jest dobrym pomysłem, gdyż niemieccy lotnicy wzięci do niewoli mogą być cennym źródłem informacji. Polaków ten argument nie przekonywał. Strzelali do skoczków i wcale nie uważali tego za niechlubne. Po walce 303. dywizjonu 7 września 1940 r. ppor. Witold Łokuciewski bez skrępowania napisał w kronice jednostki : „Zaatakowaliśmy bombowce, gdyż Messerschmitty były atakowane przez inne skodrony [dywizjony]. Nim zdążyłem swego zaatakować, Paszki [wzięty na cel przez Ludwika Paszkiewicza] Do 215 już się palił, po kilku sekundach mój też zaczął palić się i w końcu pękł jak bańka mydlana. Spadochroniarza także wziąłem na muszkę – skutek wiadomy – kilka desperackich ruchów rękami i nogami i finis”.

Wcześniej ofiarą por. Witolda Urbanowicza o mało co nie padł dowódca dywizjonu mjr Zdzisław Krasnodębski zestrzelony przez Niemców 6 września. Urbanowicz nie otworzył do skoczka ognia tylko dlatego, że rozpoznał w nim sojusznika po kolorze szalika. Kilkanaście dni później Urbanowicz miał już czym się pochwalić i w kronice dywizjonu wpisał: „Atak, dwóch niemców na spadochronach. Przypomniały mi się wszystkie zbrodnie w tym momencie niemców. Przekonałem się, czy to rzeczywiście niemiec, doszedłem no i co to dużo gadać co byście państwo zrobili na moim miejscu. Jednego bandyty mniej, właściwie zbrodniarza”. Brytyjczyków ta zajadłość szokowała. Z pewnością gdyby podobne praktyki nabrały charakteru zwyczajowego, zdecydowaliby się im formalnie przeciwdziałać, ale wydarzenia incydentalne powodowały jedynie delikatne sugestie. Zresztą w realiach Bitwy o Anglię takimi wyczynami chwalili się nie tylko Polacy.

Cena walki. Zaciętość była cechą niemal wszystkich pojedynków, a to, że polskich lotników cechowała ona w większym stopniu, z czasem przestało dziwić sojuszników. Ważniejsze było to, że na polskich pilotów można było zawsze liczyć i nigdy nie ustępowali przeciwnikowi, choćby przyszło im płacić najwyższą cenę. Dowódca lotnictwa myśliwskiego RAF Hugh Dowding konkludował: „Inspirowała ich płonąca nienawiść do Niemców, która uczyniła z nich śmiertelnych przeciwników”. Zmotywowanie Polaków i ich umiejętności sprawiły, że – jak Dowding napisał w sprawozdaniu z Bitwy o Anglię opublikowanym jako oficjalny dokument rządowy – „pierwszy polski dywizjon (nr 303) w 11. grupie, w ciągu jednego miesiąca zestrzelił więcej Niemców niż jakakolwiek brytyjska jednostka w tym okresie”. Z opinią tą nie sposób się nie zgodzić. Nawet w aspekcie badań weryfikujących listy zgłoszeń w walkach powietrznych z tego okresu polscy piloci uzyskali zdecydowanie lepsze wyniki niż ich sojusznicy.

W czasie Bitwy o Anglię 145 (niektóre źródła mówią o 143) polskich lotników myśliwskich, którzy w niej wzięli udział, zameldowało o zestrzeleniu 203 samolotów Luftwaffe (według Jerzego B. Cynka „Polskie Siły Powietrzne w wojnie”). Blisko 30 z nich zapłaciło za to życiem, drugie tyle zostało rannych. Polacy nie obronili Wielkiej Brytanii przed niemiecką inwazją sami. Mieli jednak istotny wkład w to, co się wówczas wydarzyło. Wykazali, że są sojusznikiem, u którego wysokie umiejętności i hart ducha łączą się z największym poświęceniem.

***

Rozliczenia za wojenne wsparcie

Rządowi na uchodźstwie zależało na tym, by polskie wojsko było niezależne finansowo, by nie można było go uznać za najemne. Stąd w umowie polsko-brytyjskiej z 5 sierpnia 1940 r. postanowienie, że koszty utrzymania Polskich Sił Zbrojnych (w tym lotnictwa) będą pokryte z kredytu „udzielonego przez rząd jego Królewskiej Mości rządowi polskiemu”. Sytuacja zmieniła się po przystąpieniu USA do wojny – przyjęto wówczas zasadę wzajemnych usług, zgodnie z którą materiałowa część (koszty uzbrojenia i wyposażenia) uległa umorzeniu. Brytyjskie Ministerstwo Lotnictwa przestało je naliczać od 1 stycznia 1943 r., a polsko-brytyjską umową z 29 czerwca 1944 r. z dotychczasowych wydatków ministerstwa (ponad 42 mln funtów) umorzono aż 36,7 mln. Końcowy bilans sporządzony w listopadzie 1945 r. w Dowództwie PSP opiewał na ok. 107,7 mln funtów, z czego wydatki osobowe (np. żołd) niepodlegające umorzeniu – 8,3 mln.

Całość polskich zobowiązań ostatecznie rozliczono umową z 24 czerwca 1946 r. już z władzami komunistycznymi. Brytyjczycy umorzyli 75 mln funtów za dostawy materiału wojennego, zawiesili 47,5 mln kredytów wojennych (jak się zdaje, nigdy do tej kwestii nie powrócili), a z 32 mln niewojskowej części długu domagali się tylko 13 mln. Zgodnie z polską propozycją natychmiast wypłacono im 3 mln z polskiego złota zdeponowanego w Banku Anglii, a spłata pozostałych 10 mln funtów miała nastąpić w 15 równych ratach rocznych z pięcioletnią karencją.

Wszelkie więc opowieści o tym, jakoby Zjednoczone Królestwo kazało sobie zapłacić za utrzymanie polskiego wojska, należy włożyć między bajki. Dodajmy, że Brytyjczycy swoje zobowiązania wojenne wobec USA i Kanady uregulowali dopiero w 2006 r. (TZ)

***

Tekst ukazał się w nowym Pomocniku Historycznym z serii „Biografie” – „Lotnicy Polskich Sił Zachodnich na Zachodzie”, dostępnym od 30 października w kioskach i w internetowym sklepie POLITYKI.

Reklama
Reklama