Dekada skrajności
Jazz, prohibicja i lata 20. Iluzja amerykańskiej stabilności pękła wraz z wielkim krachem giełdowym
Powojenne lęki i przemiany. Pierwsza wojna światowa dla Stanów Zjednoczonych nie była, jak dla Europy, katastrofą totalną. Mimo to okazała się doświadczeniem traumatycznym, które chciano jak najszybciej zepchnąć w niepamięć. W kraju zapanował powszechny nastrój dezorientacji, niepokoju i rozczarowania światem zewnętrznym, ale i wieloma aspektami życia codziennego. Zmiany, które nastąpiły w latach 20. – od rewolucji technologicznej po kwestionowanie dotychczasowego porządku moralnego i społecznego – zapewne i tak by nadeszły, ale wojna nadała im gwałtowny, przyspieszony rytm.
W niepamięć odchodziły wartości, takie jak etos pracy, wstrzemięźliwość, przestrzeganie norm religijnych, wiktoriański model życia społecznego. Nowa rzeczywistość oferowała pokusy: radość konsumpcji, nieznane dotychczas doznania estetyczne i emocjonalne. Jednocześnie epoka przynosiła lęk przed utratą stabilności. To czas pełen sprzeczności, łączący emancypację i represję, roztańczony i paranoiczny. Dekada skrajności, która zdefiniowała cały XX w.
Strajki i strach przed czerwonymi. Pierwszym objawem powojennego wrzenia były niepokoje społeczne wywołane konfliktem na linii świat kapitału a świat pracy. Rząd federalny stanął jednoznacznie po stronie pracodawców, porzucając kierunek reform wewnętrznych rozwijanych przez ponad dwie dekady. Nastroje te potęgowała pamięć o wyborach prezydenckich w 1912 r., w których Eugene V. Debs, kandydat Partii Socjalistycznej, zdobył bezprecedensowe 6 proc. głosów. Elity polityczne odczytały to jako sygnał, że postulaty radykalnej lewicy znajdują rezonans wśród robotników i imigrantów.
Powrócił duch laissez-faire, niechętny zarówno podwyżkom płac, jak i wprowadzeniu ośmiogodzinnego dnia pracy.