Z dziejów polskiego programu rakietowego

Rakieta do startu gotowa jest...
W 1961  r., dwa dni przed lotem Gagarina, na Pustyni Błędowskiej wystartowała polska rakieta RM-2D, w której leciały dwie myszy. Myszy przeżyły, polski program rakietowy już nie.

Mieliśmy podobno szansę, aby przed 40 laty stać się trzecim państwem kosmicznym, po USA i ZSRR, ale zabrakło politycznej woli i pieniędzy. Polska względną samodzielność w prowadzeniu wojskowych programów badawczych uzyskała po październikowym przełomie w 1956 r., kiedy do ZSRR powrócił pełniący u nas funkcję ministra obrony marszałek Konstanty Rokossowski i z nim większość wysokich radzieckich dowódców polskiej armii. Instytut Lotnictwa na zlecenie MON zajął się także rakietami. Powstał Zakład Techniki Rakietowej, kierowany przez Justyna Sandauera, konstruktora szybowców i płatowców, później, do połowy 1968 r., dyrektora naukowego IL.

– Nazwa zakładu była zbyt oczywista i musieliśmy ją szybko zmienić na Zakład Konstrukcji Specjalnych – wspomina jego dawny szef. W ramach tajnych programów konstruowano m.in. rakietowe cele latające (do szkolenia pilotów myśliwców) i rakietowe pociski przeciwpancerne: RPP-1 i RPP-Diament. Pod koniec 1963 r. Grupa Problemowa pracująca nad Diamentem liczyła 115 specjalistów. Przewodził jej dr Stanisław Wójcicki, późniejszy profesor Politechniki Warszawskiej.

Na otarcie łez

W instytucie projektowano też pociski rakietowe klasy ziemia–ziemia o zasięgu 30 km, stąd ich nazwa ZZ-30. Pocisk miał dwukomorowy silnik i zespół czterech rakietowych silniczków, nadających mu ruch obrotowy wokół osi, co sprzyjało celności lotu. W czerwcu 1962 r. dwie pierwsze rakiety wypróbowano na poligonie drawskim. Dalsze prace przerwano.

Prof. Piotr Wolański, specjalista od konstrukcji silników rakietowych z Politechniki Warszawskiej, dziś też szef Pracowni Technologii Kosmicznych IL, wspomina, że prof. Wójcicki mówił, iż testowany w Drawsku pocisk balistyczny mógł stanowić zasadniczy człon rakiety kosmicznej, dzięki której Polska mogłaby umieścić na orbicie sztucznego satelitę. W „Pracach Instytutu Lotnictwa” (nr 198/09) można przeczytać, że „nie było jednak takiej woli politycznej, toteż program rakietowy został w znacznej mierze zamknięty, a uzyskane doświadczenie zostało wykorzystane jedynie w programie budowy rakiet meteorologicznych”. Prof. Wolański uważa, że zlecenie na budowę tych ostatnich instytut dostał na otarcie łez, po przerwaniu prac nad rakietami dla wojska.

Budowa rakiet meteorologicznych na początku też była programem tajnym, choć zamówił je w 1962 r. cywilny Państwowy Instytut Hydrologiczno-Meteorologiczny (dziś IMGW). Miały służyć do badania górnych warstw atmosfery. W latach 50. meteorolodzy siłę i kierunek wiatrów oraz rozkład temperatur badali za pomocą sond wynoszonych przez balony. Ale te mogły wzlecieć najwyżej na pułap 30 km. Orbity sztucznych satelitów Ziemi z kolei zaczynają się od pułapu powyżej 200 km.

Obszar między pułapem 30 a 200 km wówczas badać można było jedynie za pomocą rakiet meteorologicznych. A atmosferę badać chciano, zwłaszcza że w 1961 r., po pierwszej francuskiej próbie nuklearnej wykonanej w powietrzu, powietrzne próby atomowe wznowiły też USA i ZSRR. Zarówno cywilne, jak i wojskowe ośrodki badawcze zainteresowane były śledzeniem rozprzestrzeniania się opadów pyłów promieniotwórczych. Można więc powiedzieć, że mgr inż. Jacek Walczewski (dziś profesor), który w 1961 r. podjął pracę w PIHM, ze swoim pomysłem badania górnych warstw atmosfery za pomocą rakiet wstrzelił się w dziesiątkę. A był już wówczas znanym ich konstruktorem.

Od Pustyni do Maryi

Dziadek Jacka Walczewskiego był przed wojną dyrektorem krakowskiego okręgu poczty, ojciec inspektorem NIK, brat Marek został znanym aktorem, a on sam marzył o lotnictwie. Jeszcze w gimnazjum na numerach lotniczego pisma „Flight” poznał język angielski. Działał w organizacji Służba Polsce, gdzie ukończył kursy kierowników radiowęzła i kierowców, a także we wspólnotach przy kościele św. Anny, a potem św. Floriana, gdzie poznał i zaprzyjaźnił się z ks. Karolem Wojtyłą. Już później, Walczewski przez kadencję przewodniczył Społecznej Radzie Prymasowskiej i był członkiem Zespołu Wspierania Radia Maryja. Podkreśla, że wszystko zawdzięcza łasce Bożej. Nas zainteresowały raczej osiągnięcia naukowe prof. Walczewskiego, uznawanego za ojca polskiego cywilnego programu rakietowego.

Kłopoty z UB spowodowały, że nie dostał się na wymarzony wydział lotniczy Szkoły Inżynierskiej im. Wawelberga i Rotwanda w Warszawie. Ukończył natomiast wydział mechaniczny AGH i uzupełniające studia na Politechnice Łódzkiej. – Postanowiłem dojść do lotnictwa drogą pośrednią, przez specjalizację w silnikach spalinowych – mówi.

Egzamin magisterski zdał w 1956 r. Wtedy grupa pasjonatów, z matematykiem prof. Kazimierzem Zarankiewiczem i astronomem doc. Kazimierzem Kordylewskim, tworzyła Polskie Towarzystwo Astronautyczne. Walczewski został szefem sekcji technicznej przy oddziale krakowskim PTA. Była to praca społeczna, na chleb zarabiał w biurze projektów. W PTA mógł oddać się swojej pasji konstruowaniu rakiet.

Korzystając z czasowej politycznej odwilży i rekomendacji od Kordylewskiego, w lutym 1957 r. wyjechał do Berlina Zachodniego i Republiki Federalnej Niemiec, gdzie spotkał się m.in. z prof. Eugenem Saengerem i jego żoną Irene Saenger-Bredt, znanymi z prac w dziedzinie techniki rakietowej, najpierw dla III Rzeszy, a potem Francji. Niemieccy uczeni zasugerowali Walczewskiemu utworzenie komórki rakietowej przy jakiejś uczelni i zainteresowali go japońskim programem rakietowo-kosmicznym, który zaczął się od budowy bardzo małych rakiet doświadczalnych – pierwsza, długości 17 cm, nosiła nawet nazwę Pencil (Ołówek).

W grudniu 1957 r., dwa miesiące po starcie w kosmos radzieckiego Sputnika-1 i miesiąc po wystrzeleniu Sputnika-2 z psem Łajką, przy AGH udało się utworzyć dwuetatową Komórkę Techniki Rakietowej i Fizyki Atmosfery, z Walczewskim na czele, której zadaniem miała być budowa rakiet dla meteorologii.

– Jako inżynier mechanik wiedziałem, że poradzę sobie z ich konstrukcją – wspomina Walczewski – problemem był dostęp do paliwa rakietowego.

I znów pomógł Kordylewski. Walczewski dotarł do gen. Jana Freya-Bieleckiego, dowódcy wojsk lotniczych. – Ten prawdziwy polski patriota wysłuchał mnie ze zrozumieniem i dał zgodę na wydanie paliwa rakietowego z rozbieranych lotniczych pocisków.

Paliwo Walczewski przewiózł do Krakowa w pociągu. Początkowo trzymał je w domu, a potem w wynajętym od miasta poaustriackim forcie Barycz, gdzie urządzono hamownię – miejsce do stacjonarnych prób konstruowanych silników rakietowych. Pierwowzorem pierwszych były silniki od rosyjskich rakiet katiusz.

Myszki bohaterki

„Rakieta RM 1 jest prototypem rakiet wysokościowych, które znajdą zastosowanie do badań zjawisk pogodowych, do pomiarów górnych warstw atmosfery, do strącania lawin w górach, do opylania lasów, gaszenia leśnych pożarów” zachwycał się Mieczysław Kieta z „Przekroju” możliwymi zastosowaniami rakiety Walczewskiego w reportażu z jej pierwszego startu 10 października 1958 r. na Pustyni Błędowskiej. „Nagle z chmury strzela w górę ognista kula. Mija sekunda, dwie, trzy – i dolatuje nas potężny grzmot rakiety. Grzmot kłębi się, wibruje, narasta w przeciągły huk, potem łagodnieje i zamienia się w ostry świst. Wszystko trwa ułamki sekundy. (...). Punkty obserwacyjne prześcigają się w meldunkach. Rakieta im uciekła. Osiągnęła szybkość ponaddźwiękową i znacznie przekroczyła przewidywaną wysokość” – pisał reporter. Oszacowano, że pierwsza rakieta RM-1 (długość 820 mm, średnica 66 mm, masa startowa 4,35 kg, w tym paliwo 1,03 kg) osiągnęła pułap 33,5 km.

Przekrój opublikował pięć zdjęć z jej startu. Nie ma wśród nich tego, które ma profesor: z jadącym przez pustynię konnym wozem, na którym pasjonaci astronautyki wiozą rakietę i wyrzutnię na miejsce startu.

Polskę ogarniała rakietomania, pobudzana sukcesami radzieckiej kosmonautyki: lotem w 1960 r. w kosmos i z powrotem Biełki i Striełki (narodziła się wtedy dziecięca wyliczanka: „Biełka, Striełka, sabaka pies, rakieta do startu gotowa jest...”) oraz lotem w 1961 r. pierwszego kosmonauty Jurija Gagarina.

Nasi modelarze budowali rakiety, których silniczki napędzał celuloid z używanych wtedy filmów fotograficznych, a także niebezpieczne mieszaniny paliwa karmelkowego (połączenie cukru pudru z pewnym sztucznym nawozem) czy ścięte główki zapałek. Walczewski z kolegami organizował kursy dla rakietowych amatorów i konstruował coraz większe i wyżej latające rakiety, w tym i lądujące po zakończeniu misji na spadochronie.

10 kwietnia 1961 r., na dwa dni przed lotem Gagarina, na Pustyni Błędowskiej wystartowała rakieta RM-2D z dwiema białymi myszami. Do eksperymentu przygotowali je stomatolodzy Eugeniusz Gwizdek i Bogusław Horodyski z krakowskiej AM, zajmujący się badaniem zmian okostnej u zwierząt poddanych wysokiemu przeciążeniu (zauważono, że u lotników, w coraz szybciej i wyżej latających samolotach, występują ostre bóle zębów).

Dla dwóch myszy, poddanych miesięcznemu treningowi na wirówce, w rakiecie przygotowano amortyzowaną i izolowaną od hałasu silnika kabinkę. Rakieta wzleciała na ok. 1580 m – obie myszy eksperyment przeżyły.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną