Lud Polski Ludowej
Historia Polski lat 1945–89 zdominowana jest pytaniem: co z nami zrobiono? I refleksją ofiarniczo-martyrologiczną. To trzeba zmienić i pytać konsekwentnie: co nam się udało zrobić mimo okoliczności narzuconych i przeszkód niezawinionych?
Jelenią Górę w ciągu kilku lat nowi osadnicy doprowadzili do stanu kwitnącego.
Edward Falkowski/Forum

Jelenią Górę w ciągu kilku lat nowi osadnicy doprowadzili do stanu kwitnącego.

Stanisław Kulczyński nie był odosobniony w nadziei, że powojenna „demokracja ludowa” w Polsce nie będzie mutacją stalinowskiej „dyktatury proletariatu”.
AN/Narodowe Archiwum Cyfrowe

Stanisław Kulczyński nie był odosobniony w nadziei, że powojenna „demokracja ludowa” w Polsce nie będzie mutacją stalinowskiej „dyktatury proletariatu”.

Prof. Andrzej Mencwel
Agnieszka Sadowska/Agencja Gazeta

Prof. Andrzej Mencwel

Jelenia Góra pozostała bliskim mi miastem lat chłopięcych, choć opuściłem ją ponad pół wieku temu. Toteż ilekroć w niej jestem, łapczywie przepatruję różne dawne i nowe zakątki, aby sprawdzić, co się w dawnych zmieniło, a w nowych przybyło. Z przyjemnością zauważyłem, że na wzgórzu, będącym od końca XVIII w. nowoczesnym założeniem parkowym, odnowiono postument upamiętniający burmistrza Jana Christiana Schonau i jego małżonkę, którzy park ten publiczny, ku wytchnieniu i uciesze swoich współmieszkańców, stworzyli.

Jak z zadowoleniem odnotowałem uczczenie pamięci Schonau'ów, tak ze smutkiem spostrzegłem zaniedbanie i skruszenie innego postumentu, poświęconego Stanisławowi Kulczyńskiemu (1895–1975). Stanął on zapewne w roku jego śmierci przy siedzibie ówczesnych władz wojewódzkich Stronnictwa Demokratycznego. Stronnictwo, jak wiemy z głośnych ostatnio przepychanek, istnieje nadal, a główną ostoją tego istnienia są nieruchomości, w skład nich wchodzi zapewne okazała eklektyczna willa, przy której ongiś postawiono ten postument. Nic jednak nie wskazuje na to, żeby uczcić pamięć Stanisława Kulczyńskiego ktokolwiek zamierzał. Chociaż jest to właśnie ślad tej tradycji, do której trzeba nawiązywać.

Stanisław Kulczyński nie był jakimś tuzinkowym funkcjonariuszem tzw. stronnictwa sojuszniczego, lecz osobistością wybitną, zasługującą nie tylko na dobrą pamięć, ale i żywą cześć. Świetnie zapowiadający się botanik objął Katedrę Systematyki Roślin przed trzydziestką, obrany z kolei rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, opuścił swoje stanowisko własnowolnie w 1938 r., odrzucił bowiem decyzje władz, które, coraz bardziej uległe wobec radykalnej prawicy, wprowadzały na uczelniach segregację rasową, czyli getto ławkowe. Dymisję swoją uzasadnił w obszernym oświadczeniu, które nie było dokumentem okazjonalnym, lecz historycznym. Najlepszym tego potwierdzeniem jest to, że emigracyjni redaktorzy obszernego zbioru poświęconego polskiej myśli demokratycznej, a wydanego w 1944 r. w Nowym Jorku i Londynie, oświadczenie to przedrukowali. Edycja ta miała zaznajomić opinię aliancką z tradycjami polskiej demokracji, a znalazły się w niej fragmenty dzieł m.in. Pawła Włodkowica, Andrzeja Frycza-Modrzewskiego, Stanisława Staszica, Tadeusza Kościuszki, Joachima Lelewela, Stanisława Worcella, Adama Mickiewicza, Aleksandra Świętochowskiego, Ludwika Waryńskiego, Wincentego Witosa, Józefa Piłsudskiego.

W czasie wojny Kulczyński był najpierw delegatem rządu na Obszar Lwowski, a potem nauczał na tajnym Uniwersytecie Jagiellońskim. Po wojnie i zmianie granic nie udał się na emigrację ani zewnętrzną, ani wewnętrzną, lecz utworzył Grupę Naukowo-Kulturalną (Edward Marczewski, Hugo Steinhaus, Kazimierz Szarski i inni), przesiedlił się do Wrocławia i tam zajął odbudową i budową uniwersytetu, którego był też pierwszym polskim rektorem (1945–51). Ponieważ z uniwersytetu tego, zjednoczonego początkowo z politechniką, pączkowały następnie inne uczelnie, więc można powiedzieć, że Stanisław Kulczyński był ojcem założycielem polskiego szkolnictwa wyższego na Dolnym Śląsku. Przy okazji zajmował się przejęciem zbiorów lwowskich oraz inicjował wrocławskie Towarzystwo Przyjaciół Ossolineum.

Kulczyński był współzałożycielem Stronnictwa Demokratycznego (1938 r.), a po wojnie kontynuował działalność. Nie był odosobniony w nadziei, że powojenna „demokracja ludowa” w Polsce nie będzie mutacją stalinowskiej „dyktatury proletariatu”. Był prezesem stronnictwa w latach 1956–69, a więc został nim w okresie październikowym, a przestał być w pomarcowym, co mówi samo za siebie. W tym też czasie, z odpowiedniego klucza partyjnego, był wiceprzewodniczącym Rady Państwa. Nic nie wiadomo o tym, aby jego działalność na tych stanowiskach była szkodliwa, wiem natomiast, że zwracano się do niego o pomoc w różnych trudnych sprawach i na pomoc tę można było liczyć.

Jego trwałe zasługi dla nauki, kultury i demokracji polskiej są niezaprzeczalne, a odpowiedni plebiscyt przeprowadzony na Dolnym Śląsku przyniósłby wyniki oczywiste. Zrobił bowiem to, co do niego należało – jak, parafrazując Conrada, lubiła pisać Maria Dąbrowska. A co wówczas robić należało? Odpowiedź jest prosta: wszystko to, co służyło podstawowemu interesowi narodowemu i polskiej racji stanu. Fundamentalnym składnikiem tego interesu i tej racji było zagospodarowanie ziem zachodnich – jak to się słusznie wówczas nazywało.

Marię Dąbrowską powołuję na świadka celowo, gdyż jej rozmyślania i dylematy, zapisane w „Dziennikach”, są czymś więcej niż świadectwem, mogą służyć za wzornik. Od pierwszego widoku żołnierzy Armii Czerwonej jest ona świadoma groźby zniewolenia, a pamięć rusyfikatorskiej polityki caratu, której doświadczyła we własnym dzieciństwie, groźbę ta wzmaga. Z drugiej jednak strony, autorka „Ludzi stamtąd”, „Rozdroża” i „Rąk w uścisku” wie nazbyt dobrze, jak anachroniczne były polskie struktury gospodarczo-społeczne i jak wielkie obszary powszechnej biedy. Reformy społeczne uważa nie tylko za konieczne, ale i za pożądane, jest gotowa nowej władzy patrzeć na ręce, ale reform tych z góry nie odrzuca. Jej dylematy w tym właśnie rozdwojeniu mogą służyć za wzornik.

Wolno sądzić, że podobnego rozdwojenia doświadczali ci wszyscy, którzy nie z obcego nadania, lecz z własnej wiedzy i woli angażowali się w realizację polskiego interesu narodowego i polskiej racji stanu, gdyż uznawali, że to one są w grze. Jak gen. Roman Abraham, obrońca Lwowa z 1919 r., powstaniec śląski i bohater wojny obronnej 1939 r., który dowodził operacją transportowania milionów przesiedleńców z ziem wschodnich na zachodnie, największą taką operacją w naszych dziejach i jedną z największych w dziejach świata. Podobnie wybitny ekonomista, budowniczy Centralnego Okręgu Przemysłowego i przedwojenny wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski, który za pierwszorzędne własne i polskie zadanie uznał odbudowę uzyskanych po wojnie portów i rozwój gospodarki morskiej. Nie inaczej Stanisław Lorentz, do imentu zajęty najpierw poszukiwaniem i odzyskiwaniem zagrabionych przez okupantów dzieł sztuki, potem urządzaniem Muzeum Narodowego, wreszcie odbudową Zamku Królewskiego.

Możemy jeszcze do listy znakomitych nazwisk dopisać Kazimierza Ajdukiewicza, Konrada Górskiego, Kazimierza Kumanieckiego, Adama Krzyżanowskiego, Józefa Chałasińskiego, Tadeusza Kotarbińskiego, Stanisława Kutrzebę, Juliana Krzyżanowskiego, Stanisława i Marię Ossowskich i wielu, wielu innych. Nie badam ich sympatii ideowo-politycznych, zapewne były różne, ale nie one były najważniejsze, lecz pozytywny konsens podstawowy.

Tymczasem dość długo, dużo za długo, wartości były odwrócone, a problematyka pracy, racji i zasługi zdominowana przez nomenklaturę kolaboracji i lustracji. Nawet jeśli nie chodzi o lustrację bezpośrednią osób i instytucji, to zawsze chodzi o lekceważenie, ośmieszenie, zohydzenie wszystkiego, co z Polską Ludową związane. Jakby nie było w niej ludzi, rodzin, środowisk, pracowników, zawodów i powołań – a tylko tajni agenci, kontakty operacyjne i prowadząca ich aparatura.

Demaskacyjna poprawność polityczna dotyka także wielu zdeklarowanych medialnych przeciwników lustracji. Nie jest zabawne obserwować, jak głośni komentatorzy, uchodzący za demiurgów opinii, posługują się lustracyjnymi matrycami, gdy przychodzi do bardziej złożonych waloryzacji historycznych (np. w odniesieniu do gen. Wojciecha Jaruzelskiego). Nie ma im się co dziwić – innych matryc oni już nie znają, więc nawet odrzucając lustrację, pozostają jej mentalnymi zakładnikami. Różnice pomiędzy wariantami medialnych lustratorów są w gruncie rzeczy różnicami stopnia: „twardych” cechuje ślepa personalna zaciekłość, „miękcy” zadowalają się pogardliwie akcentowanym „Peerelem”. Ale nie należy ich utożsamiać z opinią współczesną, gdyż ta pozostaje wielowarstwowa, a jej treści poważne nierzadko ukryte.

Nadarzyła mi się niedawno okazja, aby się w tym przekonaniu utwierdzić, a treści ukryte odsłaniać. Zaproszono mnie na konferencję pedagogiczną dla nauczycieli historii i języka polskiego z wykładem o postawach inteligencji polskiej w latach powojennych. Zacząłem, jak postanowiłem, od pytania: „Czy państwo wiedzą, co robili podczas wojny Aleksander Gieysztor, Tadeusz Manteuffel, Stefan Kieniewicz i co zaczęli robić zaraz po wojnie?”. Otóż byli filarami Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej, właściwie funkcjonariuszami rządu londyńskiego, ale zaraz po wojnie (z upodobaniem używałem i używam tego zwrotu, który jest pierwszym tytułem „Popiołu i diamentu”) przeszli do edukacji, a nie do konspiracji, i tworzyli instytuty historyczne najpierw w Uniwersytecie Warszawskim, potem w Polskiej Akademii Nauk. I nie wzywali chłopców do lasu, lecz na uczelnie, a nie było to wołanie na puszczy, bo z grona ich uczniów wywodzą się koryfeusze współczesnej historiografii i humanistyki.

Budowanie instytucji naukowych i zapewnienie ciągłości historii było jednym z zadań podstawowych i to zadanie, z jasną świadomością, oni podejmowali i rozwiązywali. Jak groźne jest zerwanie takiej ciągłości, można przekonać się na przykładzie Ukrainy współczesnej i jej problemów z tożsamością narodową. Z drugiej zaś strony, zapewnienie ciągłości nie oznacza bezkrytycznej kontynuacji każdego dziedzictwa.

Po takiej introdukcji, którą słuchacze nie tylko znosili spokojnie, lecz z narastającym zrozumieniem, spotkanie dalej potoczyło się całkiem rzeczowo. Jak się okazało, język normalnej, to znaczy wolnej od zacietrzewień, krytycznej analizy historycznej jest tu oczekiwany i przyjmowany.

Ale nie należy dawać się uwodzić, więc poniekąd i zwodzić, tylko przykładom wysokim, więc z dziedzin nauki, sztuki i literatury powziętym. Czyż przejmowanie we władanie miast i wsi, uruchamianie w nich dostaw wody, prądu i gazu, organizowanie komunikacji i służb komunalnych, a także oświaty elementarnej i opieki zdrowotnej nie było dziełem ważnym i pamiętnym? To prawda – w mojej Jeleniej Górze dzieła tego dokonywano przy pomocy niemieckich fachowców (byli to przeważnie starzy, emerytowani robotnicy, bo kolejne roczniki młodszych pochłonęły hitlerowskie pobory wojskowe), ale tylko przez pierwsze lata, bo potem i oni zostali wysiedleni. Wysiedlenie to nie było humanistycznym dobrem, co słusznie dziś przyznajemy, ale jego formy nie dają się porównać z tymi, które stosowano wobec nas podczas całej tej wojny.

Jelenią Górę, żeby pozostać przy tym przykładzie, w ciągu kilku lat doprowadzono do stanu kwitnącego, z którego naprawdę można było być dumnym – działały wszystkie zakłady przemysłowe oraz setki rzemieślniczych (mój ojciec był jednym z organizatorów miejscowego rzemiosła), sklepy i magazyny, funkcjonowała komunikacja kolejowa (lepiej niż dzisiaj), autobusowa i tramwajowa, szkolnictwo podstawowe i średnie, grały kina i teatr (z Dejmkiem i Hanuszkiewiczem), wychodziły ogólnopolskie czasopisma kulturalne, zapełniły się stadiony, baseny, korty, sale sportowe i stoki narciarskie. Na mojej ulicy zapalał wieczorem lampy gazowe lwowski gazmajster, a w parku śmieci i papierki na specjalne szpikulce nabijali municypalni sprzątacze.

Jelenia Góra, można powiedzieć, była miastem szczęśliwym, bo nietkniętym właściwie przez wojnę, w jej widoku nie ma tego, co stanowi dominantę ówczesnego polskiego pejzażu, mianowicie gruzów, ale nie była wyjątkiem, bo tam właśnie, gdzie z ruin miasta i wsie podnoszono, energii, samozaparcia i skuteczności było może jeszcze więcej. I nie tylko na ziemiach zachodnich, choć stanowią one szczególny sprawdzian, gdyż osiadali na nich przeważnie wygnańcy, których stosunek do nowej władzy oraz całego powojennego układu sił, ostrożnie mówiąc – nie był życzliwy. Podobnie nie mogli być życzliwi biskupi i księża, bo mieli własne antylewicowe resentymenty, a dobrze też wiedzieli, co bolszewicy zrobili z Cerkwią rosyjską. Obsadzali jednak biskupstwa i parafie, choć nie uznawał tych zmian ani Watykan, ani rządy zachodnie, i czynili to nierzadko z historycznym patosem. Istniał jakiś konsens między państwem a Kościołem co do podstawowego interesu narodowego i był to konsens cenny i zrozumiały.

Rzeczywistość ówczesnych postaw społecznych była spleciona z wielu pasm, w których przeważały niewątpliwie dążenia pozytywne; jeśli nie były świadomie uzasadniane, jak w ideologii powrotu na Ziemie Piastowskie (która nie była bynajmniej doraźnym politycznym wymysłem), to dyktowane zwyczajnie przez instynkt życia i trwania. Sprowadzanie bogactwa tej rzeczywistości do wszechzwiązkowej opozycji: komunizm – antykomunizm, jest równoznaczne z kasacją najważniejszych pasm tego splotu i eliminacją dążeń pozytywnych.

Między tymi konceptualnymi ekstremami rozpościerała się cała olbrzymia rzeczywistość międzyludzka wypełniona gospodarnością chłopów, zaradnością robotników, inicjatywą rzemieślników, poświęceniem inteligentów – dzięki nim wszystkim odrodziliśmy się po totalnej naprawdę wojnie i okupacyjnej eksterminacji, zorganizowaliśmy gospodarczo, społecznie, edukacyjnie i kulturalnie. Likwidacja analfabetyzmu, bezpłatne szkolnictwo publiczne wszystkich szczebli, powszechna sieć bibliotek, skokowy wzrost nakładów prasy i książek, radiofonizacja i kinofikacja kraju – wymieniam tylko przykłady z dziedzin mi najbliższych – stanowią osiągnięcia, które można relatywizować, ale którym nie sposób zaprzeczyć.

Lata stalinizacji (1949–55) przetrwaliśmy ze stosunkowo małymi (w porównaniu z sąsiadami) stratami i trwały też one u nas najkrócej, stawiliśmy bowiem opór, który skutkował najwcześniejszym rozluźnieniem ucisku. To nie była „polska droga do socjalizmu”, bo ta naprawdę została zamknięta i przekreślona w 1948 r., był to specyficzny polski ruch oporu i reformy, długotrwały, przemyślny i skuteczny.

Lata 1945–89, czyli Polski Ludowej, ogląda się w politycznej historii wydarzeniowej jako lata periodycznych, kolejnych wstrząsów, oznaczane symbolicznymi nazwami miesięcy. W perspektywie historii społeczno-narodowej cały ten czas nie jest jednak sekwencją quasi-insurekcyjnych uniesień, ujmowanych w XIX-wiecznych, romantycznych banałach, lecz przemyślnym, długotrwałym, mozolnym i skutecznym ruchem reformatorskim, którego końcowym efektem jest ostateczny demontaż jednego z największych imperiów w dziejach świata, dokonany bez insurekcji i bez broni. Podmiotem podstawowym tego historycznego sukcesu nie są insurgenci, bo nimi nie byli, nawet jeśli się tak mianowali, nie są nim także tzw. realiści, gdyż działali pod presją i sami przygotowali swoje zejście ze sceny. Podmiotem tym natomiast jest ktoś trzeci, wielki nieznajomy naszej współczesnej publicystyki i historiografii.

W tym horyzoncie poznawczym zawężonym do zagadnień systemu władzy, pewnych fundamentalnych kwestii historycznych właściwie nie daje się w ogóle postawić, a ponieważ się ich nie stawia, więc nie prowadzi się też odpowiednich badań i nie udziela na nie odpowiedzi. Na przykład – czy przesunięcie na zachód terytorium państwowego było korzystne i kto korzyść tę zabezpieczał? Jak przebiegało zagospodarowanie ziem zachodnich i jaki był w nim udział inicjatyw społecznych i prywatnych? Jakich dokonano przemian urbanizacyjnych w Polsce Ludowej i jakie miało skutki mentalne oraz kulturalne odwrócenie właściwie przedwojennych relacji wieś–miasto? Nasza baza modernizacyjna, przy wszystkich błędach polityki gospodarczej minionej epoki, została w Polsce osłabiona czy wzmocniona? Jak zmieniła się struktura klasowa społeczeństwa polskiego w okresie 1945–80 i jaki był udział tych zmian w kolejnych kryzysach, włącznie z sierpniową kulminacją? Jakie konsekwencje społeczne i kulturowe przyniosła reforma rolna, a potem utrzymanie prywatnej własności ziemi rolnej (po 1956 r.)?

Inteligencja, czyli warstwa czy też grupa, spełniająca szczególną rolę w polskiej kulturze symbolicznej uległa w tamtych dekadach degradacji czy też emancypacji? Czy jej wielokrotny wzrost ilościowy oraz zmiana podstawowej bazy społecznej rekrutacji (warstwy plebejskie) wpłynęły na jej stan, świadomość i działalność?

To, oczywiście, nie jest komplet takich kwestii, to są zaledwie najbardziej charakterystyczne przykłady, ale ich poznawcze ukierunkowanie jest oczywiste – wskazują właśnie na tego wielkiego nieznajomego współczesnej polityki partyjnej, publicystyki politycznej i historiografii policyjnej.

Andrzej Mencwel jest profesorem w Instytucie Kultury Polskiej Wydziału Polonistyki UW i na Wydziale Reżyserii Akademii Teatralnej w Warszawie, redaktorem serii „Communicare” Wydawnictw Uniwersytetu Warszawskiego. Laureat nagrody Polskiego PEN Clubu im. Jana Strzeleckiego. Wyróżniony nagrodą czasopisma „Literatura na Świecie” w kategorii „Inicjatywy Wydawnicze”.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną