Historia III RP i Jarosław Kaczyński

Gracz
Prezentujemy fragmenty najnowszej książki Roberta Krasowskiego „Po południu”, czyli pierwszego tomu jego historii politycznej III RP. Wybraliśmy wątki dotyczące znaczącej, a już zapominanej roli, jaką w latach 90. odgrywał Jarosław Kaczyński, później tak mocno odcinający się od systemu, który sam współtworzył.
I posiedzenie Sejmu pierwszej kadencji, 1991 r. Od lewej w pierwszym rzędzie: Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Gieremek, Leszek Moczulski, Jan Olszewski, Jarosław Kaczyński.
Andrzej Rybczyński/PAP

I posiedzenie Sejmu pierwszej kadencji, 1991 r. Od lewej w pierwszym rzędzie: Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Gieremek, Leszek Moczulski, Jan Olszewski, Jarosław Kaczyński.

Jarosław Kaczyński w czasie „wojny na górze” wykazał się wyjątkową skutecznością, ale i polityczną brutalnością.
Krzysztof Wojcik/Forum

Jarosław Kaczyński w czasie „wojny na górze” wykazał się wyjątkową skutecznością, ale i polityczną brutalnością.

Robert Krasowski, Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy. Historia III RP, tom I, lata 1989–1995. Wydawnictwo Czerwone i Czarne.
materiały prasowe

Robert Krasowski, Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy. Historia III RP, tom I, lata 1989–1995. Wydawnictwo Czerwone i Czarne.

Jak upadał komunizm

Jak już była mowa, komuniści natychmiast [po wyborach 4 czerwca 1989 r.] zrozumieli rozmiar klęski wyborczej i od razu zaczęli analizować wariant utraty rządu na rzecz opozycji. Kiedy zaś strona solidarnościowa zaczęła myśleć o wzięciu władzy? Nie ma powodu, by nie wierzyć Jackowi Kuroniowi, gdy rok później pisał: „Zrozumiałem od razu nad ranem 5 czerwca, że dalej komuniści nie będą mogli rządzić. Nie można bowiem rządzić, kiedy jest jasne, że nie ma się społecznego poparcia, gdy brak tego poparcia został tak wyraziście zademonstrowany. Chyba że znowu będzie stan wojenny. Ale tego po Okrągłym Stole już się nie dało wprowadzić”.

Pierwszym solidarnościowym politykiem, który publicznie postawił kwestię własnego premiera, był Jarosław Kaczyński. 10 czerwca powiedział on w Elblągu, że „Solidarność ma do rozwiązania dylemat: czy ma być opozycją, czy ma wziąć odpowiedzialność za rządzenie krajem. (…) W przypadku przyjęcia wariantu współudziału w sprawowaniu władzy należy uczynić to z zagwarantowywaniem objęcia funkcji premiera”. Potem w rozmowach z liderami OKP [Obywatelski Klub Parlamentarny] pomysł zaczął lansować Kuroń, jednak bez skutku. W końcu Kuroń sprawę otwarcie postawił na posiedzeniu OKP 1 lipca. Dyskutowano o możliwości poparcia prezydenckiej kandydatury Kiszczaka i wtedy Kuroń zaproponował polityczny handel. Powiedział: „Nie jest w naszym interesie niewybranie prezydenta. (…) Dlatego nie powinniśmy głosować przeciw, tylko poprzeć takiego prezydenta, który obieca, że odda Solidarności rządy”. Pomysł Kuronia został ostro skrytykowany, poparł go jedynie Michnik.

Wtedy Michnik wpadł na pomysł, aby ideę upublicznić. Pojechał do Wałęsy i dostał jego zgodę na publikację. 3 lipca na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” pojawił się sławny tekst „Wasz prezydent, nasz premier”. Artykuł został przyjęty bardzo źle, kolejni liderzy opozycji pisali polemiki dowodzące, że pomysł jest niemądry, pospieszny, że opozycja się skompromituje, że będzie tylko marionetką, że Moskwa się nie zgodzi. W dyskusję włączył się także Mazowiecki, publikując tekst „Spiesz się powoli”, zawierający miażdżącą krytykę pomysłu. Mazowiecki jako problem zasadniczy postawił brak programu. Nie można brać odpowiedzialności za państwo i gospodarkę – dowodził Mazowiecki – kiedy się nie ma nawet śladu pomysłu, jak je naprawić. Kilka tygodni później na spotkaniu w OKP Mazowiecki podtrzymał ten argument, na co Michnik odpowiedział: „Ten układ skazany jest na śmierć. Wie pan, co zostanie z PZPR – gówno zostanie. (…) Mamy taką konstelację międzynarodową, historyczny moment, kiedy można coś złapać. Nie trzeba używać argumentu, że nie ma programu – bo nikt na świecie nie ma recepty, co ma robić Rosja czy Jugosławia”.

To był ciekawy moment, kiedy po jednej stronie bili się Michnik, Kaczyński i Kuroń, mając przeciw sobie Mazowieckiego, Geremka i Wielowieyskiego. W lipcu Michnik i Kaczyński zostali zaproszeni do telewizji, by tam spierać się z Wielowieyskim o pomysł „naszego premiera”. Po wyjściu ze studia w wielkiej zgodzie wracali we dwóch autobusem. Kaczyński potem opowiadał: „Doszliśmy do wniosku, że są wszelkie przesłanki, by skonstruować nasz rząd, ale to się może nie udać z powodu zupełnego braku zdecydowania z naszej strony. Ten pomysł jakby wykraczał poza wyobraźnię, poza sposób myślenia ludzi, których umownie określaliśmy jako pokolenie 56: Mazowiecki, Geremek. Było przecież oczywiste, że kandydatem na premiera byłby ktoś z nich”. Na zakończenie rozmowy – jak opowiada Kaczyński – Michnik powiedział: „Musimy sobie w końcu jasno powiedzieć, że to są ludzie innego pokroju i oni pomysłu z naszym rządem nie podchwycą. A znowu czterdziestolatkowie są za słabi, żeby mogli to zrobić sami. No i rozstaliśmy się wtedy z taką smutną konstatacją”.

Diagnoza Michnika i Kaczyńskiego była słuszna, to był problem pokoleniowy. Po kilku tygodniach bycia wodzonymi za nos przez komunistów do młodszych polityków zaczęły docierać fakty. Totalna wyborcza porażka PZPR, wypowiedzenie lojalności przez satelitów, rozpaczliwe zabiegi o poparcie i wreszcie rezygnacja Jaruzelskiego. Te wieści miały rewolucyjny charakter, informowały, że świat jest inny, niż sądzono, że komunizm jest słabiutki, że można zagrać o znacznie więcej. Natomiast z generacyjnych powodów w tak głęboką rewolucję nie potrafili uwierzyć Geremek i Mazowiecki. To nie była lękliwość, po prostu w ich wyobraźni upadek komunizmu się nie mieścił, każdą jego słabość ich długie doświadczenie nauczyło interpretować jako chytrość, każdą porażkę – jako mający zmylić uwagę blef. Przez całe swoje opozycyjne życie i Geremek, i Mazowiecki studzili cudze emocje; to była ich polityczna misja, która z czasem stała się wyuczoną rutyną. (...)

O ile Geremek w końcu przejrzał na oczy, Mazowiecki okazał się do tego niezdolny. Lata całe bił się z komunizmem, a kiedy ten w końcu upadł, Mazowiecki okazał się jedynym, który nie potrafił dostrzec jego śmierci. (...) Dopiero pod koniec 1990 r. zobaczył to, co Michnik, Kaczyński czy Wałęsa widzieli już latem 1989 r. Przez ponad rok, gdy wszyscy będą hasać po ziemi niczyjej pozostawionej po komunizmie, Mazowiecki ostrożnym krokiem sapera będzie się skradać po rzekomym polu minowym. Z szacunku do niego zwykło się udawać, że na tym polu były miny. (...).

Wojna na górze

Na wiosnę 1990 r. cała elita obozu solidarnościowego miała poczucie, że Mazowiecki działa dramatycznie za wolno. To już nie była różnica zdań, lecz głęboka pretensja, że solidarnościowy premier nie stanął na wysokości zadania. Poczucie było tak dojmujące, że nawet jego koledzy z Unii Demokratycznej w jednej sprawie będą w przyszłości zgodni – nigdy więcej Mazowiecki nie może zostać premierem. Ani nawet ministrem.

Wiosną 1990 r. Mazowiecki przestał być punktem odniesienia. Dużo o nim mówiono, ale myślano o kimś innym. O Geremku. To za nim, a nie za Mazowieckim, solidarnościowa lewica pójdzie na wojnę z Wałęsą.

Tymczasem Geremek nie miał najmniejszej ochoty poprzeć Mazowieckiego. Jako polityk znacznie przenikliwszy, odmiennie oceniał polityczną przydatność Wałęsy. Sławna „monopartia”, której budowanie zarzucał Geremkowi Kaczyński, miała być przecież formacją kierowaną przez Wałęsę. Geremek nie podzielał poglądu, że wraz z sukcesem demokracji czas Wałęsy się skończył. Uważał, że nadal będzie „politykiem wybitnym”. Istniał także osobisty motyw sympatii do Wałęsy, będący jednym z najważniejszych politycznych parametrów tamtej epoki. Otóż Geremek wiedział, że jego podziw do Wałęsy jest odwzajemniony, że Wałęsa ceni go najbardziej i że to on będzie następnym premierem. To zresztą było oczywiste dla całej solidarnościowej elity, nie wiadomo było tylko, kiedy to się stanie.

Dlaczego zatem kilka miesięcy później Geremek zaprzepaścił swoje szanse, opowiadając się przeciw Wałęsie? Bo do gry wkroczył Jarosław Kaczyński, który z całą premedytacją postanowił wbić klin między Geremka a Wałęsę. Wbrew temu, co powszechnie sądzono, Kaczyński nie miał wpływu na Wałęsę. Raczej odgadywał jego potrzeby i publicznie je ogłaszał, kreując wrażenie wspólnie prowadzonej gry. Jednak po kilku miesiącach Geremek uwierzył, że Wałęsa i Kaczyński stanowią zgrany polityczny tandem, że teraz Kaczyński w imieniu Wałęsy będzie sprawował kontrolę nad solidarnościową polityką. Ale było jeszcze coś – Kaczyńskiemu udało się wytworzyć w Geremku przekonanie, że nie chodzi tylko o zmianę faworyta. Że stało się coś poważniejszego – że Wałęsa utracił do Geremka zaufanie. Że uznał go za wroga.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną