Historia

Pies bełżecki

Bełżec - stacja ostatecznego rozwiązania

Esesmani ścigający Barłomieja Panasowca. Esesmani ścigający Barłomieja Panasowca. Stanisław Ciok / Polityka
Latem 1942 r. do służbowego mieszkania Wacława Kołodziejczyka, kolejarza z Bełżca, przybłąkał się piękny pies. W ciszy przed świtem pies stał u drzwi i naciskał łapą na klamkę, jak człowiek, który prosi o wpuszczenie.
Obóz w Bełżcu. Jedno z malowideł Wacława Kołodziejczyka.Stanisław Ciok/Polityka Obóz w Bełżcu. Jedno z malowideł Wacława Kołodziejczyka.
Stacja Bełżec.Stanisław Ciok/Polityka Stacja Bełżec.

Artykuł w wersji audio

Na stacji Bełżec niedaleko Zamościa osobowe pociągi dalekobieżne relacji Lwów–Kraków mijały towarowe pociągi specjalne, które tu kończyły bieg. Stłoczeni w towarowych wagonach ludzie błagali o wodę, ale jej nie dostawali.

Jeszcze wiosną 1942 r. mieszkańcy Bełżca mogli czasem napoić spragnionych w zamian za dolary i biżuterię, ale latem już nie – tutejszym kolejarzom nie wolno było o tych pociągach nawet rozmawiać. Dostępu do żywego ładunku pilnowali esesmani i ukraińscy strażnicy, których wieś nazywała czarnymi, bo takie nosili mundury. Pilnowały także psy esesmańskie, tresowane wilczury.

Pociągi dalekobieżne ruszały w swoją drogę, a specjalne w ostatnią – powoli, torem bocznym, kilkaset metrów od stacji Bełżec, do komór gazowych.

W dalekobieżnych dużo się wiedziało o specjalnych i, mimo zakazu, dużo się o nich szeptało. Wilhelm Cornides, sierżant Wehrmachtu, opisał w raporcie z podróży ze Lwowa rozmowę z polskim kolejarzem na stacji Rawa Ruska, gdzie czekał towarowy pociąg pełen ludzi: jadą do Bełżca – mówił kolejarz – a potem trucizna. Ten pociąg towarowy za kilka dni stał już cichy i pusty na innej małej stacyjce szlaku.

Pierwszy pociąg specjalny przyjechał do Bełżca z Lublina rankiem 17 marca 1942 r. Drugi, ze Lwowa, wieczorem. Od tej pory przyjeżdżały codziennie dwa transporty, a latem i jesienią nawet trzy – po kilkadziesiąt wagonów ludzi w każdym wieku.

Pociągi te w kolejarskich listach frachtowych nosiły najczęściej kryptonim PJ, czyli Polnische Juden, ale czasem przywożono także Żydów zachodnioeuropejskich oraz węgierskich. W ciągu dziewięciu miesięcy działania mały hitlerowski obóz w Bełżcu uśmiercił blisko pół miliona Żydów. Niemiecka Dyrekcja Kolei Wschodnich przewiozła ich po taryfach zniżkowych, przysługujących transportom hurtowym – w tym dzieci do lat czterech darmo, a starsze – za pół ceny. Należność ściągała od pasażerów SS – przeważnie po uśmierceniu ich – zrabowaną gotówkę, biżuterię i złote zęby zapisywano na konto bankowe Akcji Reinhard. A Akcja rozliczała się z przewoźnikiem kolejowym – bowiem Akcja była częścią składową „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” w Generalnej Guberni.

Stacja Bełżec to na malowidle Wacława Kołodziejczyka, kolejarza, miejsce liryczne. Dwa pięterka plus poddasze, lampa kloszowa, ganek podcieniowy, dwie utwardzane ścieżki biegną w kierunku peronu, dwie ławeczki zapraszają podróżnych. Wacław na tej stacji przepracował większą część życia.

Urodzony w Antoniówce, powiat Krasnystaw, Wacław rozpoczynał służbę w Chełmie, ale w 1935 r. został przez Polskie Koleje Państwowe przeniesiony służbowo wraz z rodziną do Bełżca. Awansował na biuralistę – czysta praca pod dachem. Państwo Kołodziejczykowie zajęli lokal w jednej z dwóch należących do kolei willi przy głównej ulicy, ich sąsiadami byli sami kolejarze.

W 1941 r. wille przejęli niemieccy komendanci powstającego obozu zagłady. Polskich kolejarzy przesiedlono do czworaków przy samych torach – z widokiem na pociągi śmierci, na sceny esesmańskich polowań z psami na żydowskich uciekinierów, a potem na dym palonych w obozie zwłok. Przy wietrze żona Wacława odymiać musiała dom jałowcem dla zabicia smrodu.

Sam Wacław Kołodziejczyk, człowiek z natury spokojny i rzeczowy, zasklepił się w sobie, skoro miał okna na najgorszą ze stron świata. Jego nowe mieszkanie służbowe od torów oddzielał jedynie ogródek warzywny. To właśnie do tego domu latem 1942 r. przybłąkał się dorosły pies – zgubiony uciekinier.

 

Żydzi za Bug – usłyszał w październiku 1941 r. podczas narady Odilo Globocnik, szef SS na Dystrykt Lubelski. To było życzenie samego Hitlera, a Globocnik – Austriak, fanatyczny nazista, były gauleiter Wiednia, bezbłędnie zrozumiał eufemizm wodza. Po kilku dniach od narady pojawili się w Lublinie panowie Gottfried Schwarz i Josef Oberhauser – SS-mani, by nadzorować budowę obozu w Bełżcu. Obaj specjaliści od masowego uśmiercania – w 1939 r. współorganizowali akcję T-4, czyli gazowanie pacjentów niemieckich szpitali psychiatrycznych za pomocą spalin z silników.

Nadzór nad obozem pełnić miała ekipa SS, zasłużona skutecznym zagazowaniem szpitala w Grafeneck. Od rozładunku transportów z ludźmi, od zapędzania ich do komór gazowych i pilnowania obozu byli jeńcy z kampanii wschodniej, czerwonoarmiści – głównie Ukraińcy – którzy przeszli szkolenie w obozie SS w Trawnikach. Po wojnie większość z nich twierdziła, że wstąpiła na służbę do Niemców ze strachu o życie.

Od budowania obozu i umierania w nim byli Żydzi. Kiedy w styczniu 1942 r. w willi w Wannsee pod Berlinem oficjalnie rozpisywano plan „ostatecznego rozwiązania”, Bełżec był już niemal gotowy.

Latem 1942 r. Stanisław Kołodziejczyk, syn Wacława, miał dziewięć lat. Kręcił się z kolegami koło torów – tory były miejscem ciekawym dla dzieci. Mówiło się we wsi, że wzdłuż torów do Bełżca – od strony Zamościa i od Lwowa – leżą Żydzi uciekający z pociągów specjalnych PJ. Skoczkowie – mówiło się o nich. Leżeli już martwi albo okaleczeni, inni siedzieli w trawie ogłuszeni upadkiem z wagonu i tępo zapatrzeni w dal, jeszcze inni uciekali do pobliskich wsi. Zależy, na kogo tam trafili – na dobrych ludzi albo na złodziei. Na denuncjatorów albo nawet na morderców.

W Bełżcu na stacji pociągi specjalne witał szpaler strażników obozowych z psami. Te psy jak sfinksy, wpatrzone w wagony. A potem znowu jak zaślinione bestie, kiedy przewodnicy kazali im straszyć ludzi z wagonów. Tego dnia Stasio zatrzymał się przy jednym z psów na peronie. Miał ze sobą kromkę chleba ze smalcem, zapytał, czy może psa nakarmić. Strażnik uśmiechnął się do ciekawskiego dzieciaka. Weźmie, jak mu każę – powiedział. Stasiowi pozwolił poczęstować psa.

Ludzi z pociągów specjalnych witał w obozie Fritz Jirmann, Niemiec, odpowiedzialny za ukraińskich strażników – człowiek z twarzą jak maska. Nie miał czasu na długie przemowy, tylko: teraz pójdziecie do łaźni, a później do pracy. A ludzie bili mu brawo, bo myśleli, że skoro się do nich przemawia, to będą żyć. Potem należało złożyć ubrania i kosztowności do depozytu i pędem udać się do łaźni w takt granego przez obozową orkiestrę więźniarską walczyka „Wszystko przemija” z repertuaru Lale Andersen – znanej szerzej ze szlagieru „Lili Marlen”.

Najpierw mężczyźni biegli do łaźni: mijali w wejściu gazony z kwitnącymi kwiatami, a nad drzwiami wisiała tablica z napisem „Fundacja Hackenholta” i gwiazda Dawida. Kiedy pierwsi, już w środku, orientowali się, że to żadna łaźnia – kolejni dopychali ich siłą rozpędu, nie pozwalali się cofnąć. A biegnących na końcu, którzy już wszystkiego się domyślali, popychali bagnetami ubrani na czarno strażnicy. Huczał silnik, rurami tłoczył spaliny do komór z ludźmi, było kilka minut krzyku, potem jęki i po 20 minutach już cisza. Mężczyźni szli do spalin pierwsi, bo kobietom najpierw obcinano włosy – więc kobiety miały przeczucie jeszcze przed wejściem do łaźni, ale kiedy zaczynały krzyczeć, uduszonych mężczyzn już wyciągano drzwiami z drugiej strony „Fundacji Hackenholta” i za pomocą pasków wleczono do masowych grobów.

Po wszystkim włosy kobiet piętrzyły się w stosach do sufitu – czekając na materace, które się nimi wypełni. W stosach obok – ubrania. Zwłoki z łaźni ciągnęli do grobów Żydzi z komanda śmierci. Musieli przystawać, gdy inni wybijali zwłokom złote zęby młotkiem.

Lorenz Hackenholt, z zawodu kierowca, esesman zasłużony w akcji T-4, wyłączał silnik i zapadała cisza. W 1939 r., w ramach T-4, Hackenholt wymyślił mobilne komory gazowe w przerobionych ciężarówkach pocztowych. Koledzy żartobliwie nazwali je fundacją, nazwa przetrwała w Bełżcu.

Po powitaniu transportu Fritz Jirmann osobiście dobijał z rewolweru starców, dzieci i chorych, którzy pozostali przy wagonach. Potem szedł do samotnego mieszkania w dawnej willi kolejowej przy głównej ulicy Bełżca. Kiedy przyjeżdżał kolejny pociąg specjalny, znów witał pasażerów i szedł dobijać słabych. Ludzie z transportów trzy razy dziennie bili Jirmannowi brawo przekonani, że będą żyć.

Kurt Gerstein, niemiecki oficer z Instytutu Higieny SS, który widział bełżecki obóz, zapamiętał jego komendanta Christiana Wirtha, jak stoi z puszką pośród zwłok. Wzrok ma dziki, potrząsa puszką, grzechoczą w środku złote zęby ofiar. Spójrz tylko, ile tu złota – pokrzykuje – nie wyobrażasz sobie, co my tu codziennie znajdujemy! Wirth, były komisarz policji kryminalnej w Stuttgarcie, nazywany był nawet przez kolegów dzikim psem.

 

Tego dnia przed świtem, przed przybyciem pierwszego pociągu specjalnego, Wacław Kołodziejczyk wołał zza drzwi mieszkania: kto tam, kto tam? Nikt nie odpowiadał. Stanisław pamięta, że ojciec był przestraszony. Ojciec ostrożnie uchylił drzwi, wielki pies wpadł do środka, minął go, przebiegł przez kuchnię i wlazł pod łóżko Stasia. Od tej pory nazywali go Reksio.

Piękny, dobrze odżywiony wilczur. Reksio siedział uwiązany na długim łańcuchu przed kolejarskim domkiem, żeby go jakiś Niemiec mógł poznać i odebrać. Ale – mówi Stanisław – to się nigdy nie zdarzyło. Transporty płaczących wagonów przyjeżdżały do Bełżca trzy razy dziennie, a pies siedział przed domkiem jak sfinks, bo nikt mu nie kazał szczekać. A może odmówił szczekania? Za torami krzyczeli ludzie, a pies nic. Czarni polowali na uciekinierów, a pies siedział i patrzył.

Raz tylko się ożywił, bardzo niespodzianie – szło pod domem Kołodziejczyka dwóch pijanych żołnierzy, esesman i czarny Ukrainiec. Czarny założył się z Niemcem, że podejdzie każdego psa, nawet takiego jak Reksio. Matka Stasia ostrzegała, że pies może być groźny, ale Ukrainiec już szedł z wyciągniętą ręką. Pies cofnął się pod ścianę domu. Czarny śmiał się pewien wygranego zakładu, gdy Reksio skoczył na niego, chwycił zębami za krtań i przewrócił. Potem usiadł nad ofiarą jak posąg i za każdym razem, kiedy Ukrainiec usiłował się podnieść, gryzł go w nos.

Wiosną 1943 r. podróżni z osobowych pociągów dalekobieżnych już obozu w Bełżcu nie dostrzegali. Nie było go tam. Przez stacyjkę przejeżdżały teraz pociągi specjalne z amunicją i żołnierzami na front wschodni oraz z rannymi i poległymi w przeciwnym kierunku. Jeszcze jakiś czas konduktorzy radzili zamykać okna, kiedy pociąg zbliżał się do Bełżca, bo wiatr nawiewał fetor palonych ciał i brudnych ludzkich włosów. To Niemcy rozkopali 33 masowe groby i palili pół miliona zwłok, żeby zatrzeć ślady. Potem zasadzili młode drzewka i zapadła cisza, a powietrze w Bełżcu stawało się zdatne do oddychania.

Ale młode drzewka zaczęły znikać nocami. To Bełżec i okolice przekopywały teren byłego obozu w poszukiwaniu bogactwa. W ustach ofiar nic złotego już nie było, ale w brzuchach tak, bo połykali przed śmiercią. Znowu na lokalny rynek wpłynęły znane z czasów obozu pokrwawione banknoty dolarowe i kruszce szlachetne. Wtedy pełne kieszenie mieli czarni, kiedy szli na wieś po wódkę, kiełbasę i kobiety. Teraz resztki przypadły hienom z okolic. Aż Niemcy musieli wrócić, zastrzelić paru za odkopywanie śladów obozu i osadzić w centrum śmierci folksdojcza z rodziną.

Ale po wojnie polscy ubowcy strzelali do kopaczy, bo żniwa rozgorzały na nowo. We wsi podliczali się ludzie: kto co znalazł i jaki dom za to pobudował. Niektórzy chodzili kopać jak do pracy – za dnia, główną ulicą, z łopatami na ramionach. Kto ma łopaty, ten będzie bogaty – mawiali żniwiarze.

Nikomu – mówi Stanisław Kołodziejczyk – ani jednemu spośród tych, co tam kopali, bogactwo nie przyniosło szczęścia. Umierali na ciężkie choroby, zapijali się, bywali pobici na śmierć albo wyrzucani z pociągów osobowych nawet kilkadziesiąt lat po wojnie.

 

Wacław Kołodziejczyk przeszedł na emeryturę w latach 60. Rodzina pozostała w Bełżcu, ale Wacławowi i jego synowi, też kolejarzowi, pociągi specjalne wciąż się śniły. Stanisław leczył się z nerwicy. Wacław, wciąż łagodny i dobry człowiek, popadł w melancholię. Bełżec się rozbudowywał, a wśród nowych pracowników kolejowych głośno już gadało się, kto tamtym Żydom pomagał, a kto ich odstawiał na SS. I jak to możliwe, że z podobnych obozów w Treblince i Sobiborze ludzie uciekali, a z Bełżca tylko dwóch się uratowało.

Jeden z nich – chemik Rudolf Reder ze Lwowa, właściciel mydlarni, który po wojnie też mydlarnię prowadził w Krakowie, aż go władza ludowa zniszczyła jako kapitalistę. Reder zmienił nazwisko na Robak i wyjechał do Izraela, a potem do Kanady i ślad po nim zaginął. Drugi uciekinier – Chaim Hirszmann – po wojnie oficer UB na lubelskim zamku, zginął zastrzelony we własnym domu.

Wreszcie któregoś dnia w latach 60. emerytowany kolejarz Wacław Kołodziejczyk się otworzył, usiadł z prostokątną tekturą w kuchni i zaczął malować obraz. Namalował stację Bełżec w manierze sielskiej – stację zniszczyła w 1944 r. radziecka lotniczka, wysadzając w powietrze niemiecki transport amunicji. Potem Wacław namalował esesmanów na koniach i z psami, jak gonią przez Bełżec Bartłomieja Panasowca, który podszedł zbyt blisko obozu. Psy gryzą Panasowca, ma dziurawe ubranie.

Potem przyszła kolej przedstawić na tekturze scenę powitania Żydów w obozie przez Fritza Jirmanna. Fritz zaprasza do łaźni i biją mu brawo. Czwarty obraz to palenie zwłok przez Niemców na specjalnych rusztach z szyn kolejowych.

Od tego czasu Wacław wciąż malował. Ludzi i krajobrazy, wspomnienia z wojny. Gdy w 1963 r. postawiono w Bełżcu pomnik ofiar obozu, u byłego kolejarza zamawiali obrazy krewni pomordowanych tu ludzi. Jeśli akurat nie zamawiali, Wacław malował dla siebie i wstawiał do bełżeckich kiosków na sprzedaż.

Wacław Kołodziejczyk zmarł w 1996 r. Reprodukcje jego pierwszych obrazów wiszą podobno w willi w Wansee pod Berlinem, a oryginały – na pewno – na plebanii kościoła w Bełżcu.

A bełżecki pies? Kiedy Niemcy likwidowali obóz w Bełżcu, Wacław wywiózł syna z Reksiem do rodziny w Antoniówce. Reksio zaprzyjaźnił się z partyzantem Dzidkiem i chodził na akcje przeciwko Niemcom. Został Polakiem – żartowało się w rodzinie. Pies przeżył wojnę i zdechł ze starości.

Od 2004 r. stoi w miejscu dawnego obozu nowy pomnik i muzeum. A sto metrów dalej, wzdłuż torów, w dawnym magazynie funkcjonuje sklep z używaną odzieżą i chemią gospodarczą z Niemiec.

Zbieżność nazwisk autora i bohaterów reportażu jest przypadkowa.

Autor korzystał z następujących źródeł: „Obóz zagłady w Bełżcu” Roberta Kuwałka, „Bełżec” Rudolfa Redera, „Bełżec. Nazistowski obóz dla Żydów w świetle źródeł archeologicznych” Andrzeja Koli, „Wirtualny Sztetl” – strona internetowa.

Polityka 12.2012 (2851) z dnia 21.03.2012; Historia; s. 57
Oryginalny tytuł tekstu: "Pies bełżecki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jaka jest granica między normalnością a chorobą psychiczną?

Norma psychiczna – czy to w ogóle możliwe, by ją ustalić.

Anna Tylikowska
22.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną