Jędrzejowska - nasza przedwojenna finalistka Wimbledonu

Jadzia z innego świata
Agnieszka Radwańska była o krok od zwycięstwa w Wimbledonie. Już raz mieliśmy taki talent na skalę światową. Przed wojną Jadwiga Jędrzejowska, również finalistka Wimbledonu, odnosiła fenomenalne sukcesy na kortach.
Jadwiga Jędrzejowska z ambasadorem Juliuszem Łukaszewiczem podczas meczu Hebda-Lesneur, 1936 r.
repr. Tadeusz Późniak/Polityka

Jadwiga Jędrzejowska z ambasadorem Juliuszem Łukaszewiczem podczas meczu Hebda-Lesneur, 1936 r.

Jędrzejowska na korcie ok. 1948 r. Jeszcze wtedy wygrywała z młodszymi od siebie zawodniczkami.
repr. Tadeusz Późniak/Polityka

Jędrzejowska na korcie ok. 1948 r. Jeszcze wtedy wygrywała z młodszymi od siebie zawodniczkami.

Jadwiga Jędrzejowska oficjalnie pożegnała się z tenisem w 1968 r. Resztę życia spędziła w swoim mieszkaniu w Katowicach.
repr. Tadeusz Późniak/Polityka

Jadwiga Jędrzejowska oficjalnie pożegnała się z tenisem w 1968 r. Resztę życia spędziła w swoim mieszkaniu w Katowicach.

Jędrzejowska startowała w najważniejszych imprezach, wygrywała z najlepszymi.
repr. Tadeusz Późniak/Polityka

Jędrzejowska startowała w najważniejszych imprezach, wygrywała z najlepszymi.

Wśród internetowych demotywatorów można znaleźć zdjęcie Jadwigi Jędrzejowskiej z podpisem: „Zdobyła 65 tytułów mistrzowskich w tenisie, a i tak nikt o niej nie słyszał”. Dokładnie rzecz biorąc, zdobyła 65 tytułów mistrzyni Polski. Licząc sukcesy międzynarodowe, miała ich 93. Był czas, gdy nazywano ją „drugą rakietą świata”. Ostatnie mistrzostwo Polski zdobyła mając lat 50, ogrywając o połowę młodsze zawodniczki.

„Urodziłam się na korcie” – tak zatytułowała swoją autobiografię. Prawie na korcie. Do okien jej domu dochodził szmer piłek odbijanych na terenie krakowskiego AZS. I to była właściwie jedyna okoliczność sprzyjająca przyszłej karierze. Tenis to był snobistyczny sport dla ludzi z towarzystwa. Jej ojciec, robotnik w zakładach oczyszczania miasta, zarabiał tyle, że ledwo starczało na utrzymanie rodziny. O biedzie mówiło się w domu szeptem, ale Jadzia słyszała. Chcąc pomóc, jako małe dziecko dorabiała na kortach podawaniem piłek. Miała 8 lat, kiedy któryś z graczy dał jej na chwilę rakietę do ręki; taką prawdziwą, z wypolerowaną rączką i brzęczącymi strunami. Gdy odbijała piłkę, nie zauważyła, jak otoczył ją tłumek graczy. Ktoś powiedział: brawo mała. I tak to się zaczęło.

Atomowa rakieta

Spędzała na kortach całe dnie, polując na chwile, gdy ktoś pożyczy jej rakietę. Potem ojciec z drewna wystrugał jej własną. Spała z nią; jak inne dziewczynki z lalkami. Wymyśliła, że zorganizuje klub dziecięcy. Namówiła kolegów, żeby też wystrugali sobie rakiety. Mieli jedną prawdziwą piłkę, wyszarzałą bidulę, którą ktoś porzucił. Klub szybko podupadł. Chłopcy mieli dość lania, jakie regularnie im spuszczała. Wróciła na prawdziwy kort grać ze starszymi, którzy płacili jej czasem za partnerowanie.

Gdy miała 11 lat, ktoś wreszcie podarował jej prawdziwą rakietę. Ale nie czuła się komfortowo. Potargana, w połatanych sukienkach, jakby zaplątana z innego świata. Widziała pogardliwe spojrzenia tenisowych dam pytających: co dziewczyna od podawania piłek tutaj robi. Gdy stanęła kwestia, czy przyjąć ją do AZS, tenisowe damy były przeciwne. Przeważył na szczęście snobizm mecenasów sportu, którzy lubili mieć poczucie, że odkryli talent. Ale ponieważ tenisowe damy traktowały ją z pogardą, grała głównie z silniejszymi od siebie mężczyznami. Wtedy wyrobiła sobie swój znak firmowy: potężny forehand, porównywany do nokautującego bokserskiego ciosu.

Pierwsze zawody to był wyjazd do Katowic. Czternastoletnia, podekscytowana, bo pierwszy raz poza swoim miastem, czuła dystans reszty ekipy. Tolerowana jako zło konieczne. Nie koleżanka, ale „zapasowa”. W pierwszym meczu trafiła na starszą i doświadczoną Ślązaczkę. Próbowała się skupić, ale widziała tylko przeciwniczkę, reszta tonęła we mgle. „I nagle, moja trema mija bezpowrotnie. Panuję na boisku i muszę wygrać” – opisuje.

I wygrała. Pierwsze oklaski, pierwsze kwiaty, pierwsza wzmianka w prasie, że wkrótce może zagrozić najlepszym. Nie była pewna, czy nie kpią. Na wszelki wypadek postanowiła zdobyć mistrzostwo Polski.

Fory dla króla

Szansę dostała już rok później, ale wszystko było przeciwko niej. Dyrektor wyrzucił ją ze szkoły, bo regulamin zabraniał uczniom przynależności do klubów sportowych. Powiedział, że to wstyd dla szkoły, żadnych sportsmenów tolerować nie będzie i kazał się wynosić. Pomogła dopiero interwencja Polskiego Związku Tenisowego. Nie miała trenera, bo to za dużo kosztowało. Serwis próbowała sobie ustawić sama, czytając podręcznik Lacoste’a.

Nikt jej nawet nie powiedział, że dla podtrzymania formy powinna uprawiać inne dyscypliny, a jak na tenisistkę była mocno korpulentna. „Muszę przyznać ze wstydem, że do dziś nie umiem nawet pływać” – pisze w autobiografii. Nie miała stroju na zawody, a na mistrzostwach trzeba było wystąpić w białej bluzce, spódnicy z falbanami i długich białych pończochach. Brak pończoch traktowano jako naruszenie dobrych obyczajów. Strój w końcu zafundował jej klub i 15-latka po raz pierwszy zagrała o mistrzostwo Polski. Tylko że wtedy nie było konkurencji juniorów, trafiła na rutynowane zawodniczki i w singlu poległa. Za to w grze podwójnej zdobyła swój pierwszy tytuł. Dostała w nagrodę złoty zegarek, co bardzo zdenerwowało rodziców. Bali się, że jej się w głowie poprzewraca i namawiali, by zajęła się czymś pożytecznym. Ale ona już była w uderzeniu.

 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną