Historia

Pokłosie Wisły

Awantura w sprawie akcji Wisła

1947 r. Wysiedlanie mieszkańców bieszczadzkiej wsi przez oddziały KBW „Poznań”. 1947 r. Wysiedlanie mieszkańców bieszczadzkiej wsi przez oddziały KBW „Poznań”. Reprodukcja Krzysztof Żuczkowski/Przegląd
Historia bez przerwy stawia Polaków do raportu i nakazuje odpowiadać na trudne pytania. Ledwie minęła awantura wokół filmu „Pokłosie”, już rośnie inna, w sprawie akcji Wisła z 1947 r.
Spalone przez UPA zabudowania miejscowości Bukowsko, 1946 r.Wikipedia Spalone przez UPA zabudowania miejscowości Bukowsko, 1946 r.

Sejmowa komisja mniejszości narodowych i etnicznych przyjęła projekt uchwały autorstwa posła Mirona Sycza z PO, potępiającej akcję Wisła. Przypomnijmy, że w okresie między kwietniem a sierpniem 1947 r. polskie siły wojskowe i bezpieczeństwa przesiedliły ok. 140 tys. osób narodowości ukraińskiej z terenów południowo-wschodniej Polski. Trafiły one przede wszystkim do województw szczecińskiego i olsztyńskiego. Zorganizowanie akcji tłumaczono koniecznością odcięcia partyzantki ukraińskiej (tzw. band UPA) od zaplecza społecznego oraz baz zaopatrzenia i schronienia. Zaś bezpośrednim powodem, propagandowo szeroko wykorzystanym, stała się śmierć gen. Karola Świerczewskiego 28 marca 1947 r. w zasadzce pod Baligrodem.

Przesiedleniami objęto jednak także ludność ukraińską, zamieszkującą tereny, na których oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii nie działały, zaliczono do niej również Łemków, co pozwala niektórym badaczom stawiać uprawomocnioną tezę, że władza zamierzała zrealizować cel o wiele ważniejszy, czyli utworzenie homogenicznego etnicznie państwa, a też osłabić antykomunistyczny ruch oporu.

Profesor Grzegorz Motyka, autor książki „Od rzezi wołyńskiej do akcji Wisła. Konflikt ukraińsko-polski 1943–1947” (otrzymała Nagrodę Historyczną POLITYKI) pisze wręcz, że z UPA po 1945 r. można było sobie dać radę relatywnie łatwo, niepotrzebna była taka wielka operacja, podczas której dopuszczono się ciężkich przewin wobec ukraińskiej ludności cywilnej.

Akcja przebiegała wedle instrukcji, która przewidywała dwie godziny na spakowanie się i opuszczenie domu, przy czym można było skorzystać tylko z dwóch wozów konnych. Pozostałe na miejscu mienie było przejmowane przez władze do ewentualnego wykorzystania przez ludność polską, która miała być przemieszczona z innych regionów (co w sumie nie dało większych efektów, gdyż w pierwszej fali osiedleń przyjechało na te opuszczone tereny niespełna 7 tys. osób).

W ramach akcji Wisła osoby podejrzane o współpracę z UPA, a także inteligencję i księży greckokatolickich wyłączono z przesiedleń i skierowano do więzień oraz do Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie, byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego. Na 4 tys. osób tam umieszczonych 150 zmarło.

W projekcie uchwały sejmowej mówi się o zastosowaniu w akcji Wisła odpowiedzialności zbiorowej właściwej „dla systemów totalitarnych”, także o zsyłaniu do Jaworzna ludzi „często bez żadnych dowodów winy w oparciu jedynie o kryterium narodowe”. Stwierdza się też jednoznacznie: „W obozie panowały niezwykle ciężkie warunki, osadzonych poddawano torturom”.

Komisja odwołała się przy tym do uchwały Senatu RP, która potępiła akcję Wisła. Przy okazji przypomniano, że w 2002 r. ubolewanie z jej powodu wyraził ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski, a w 2007 r. prezydent Lech Kaczyński wraz z prezydentem Ukrainy Wiktorem Juszczenko we wspólnym oświadczeniu również ją potępili.

Jednak już podczas obrad komisji zaznaczyła się różnica stanowisk, która nasiliła się natychmiast na zewnątrz, w wypowiedziach polityków, komentarzach medialnych i w dyskusjach internetowych. Posłowie PiS wnieśli wniosek – który nie został jednak przyjęty – o odrzucenie projektu uchwały w pierwszym czytaniu, a Dorota Arciszewska-Mielewczyk stwierdziła: „My Polacy jesteśmy bez przerwy zmuszani do przepraszania za to czy za tamto”.

Zwróciła uwagę, że po uchwale Senatu z 1990 r. ze strony ukraińskiej nie było żadnego gestu, który by świadczył o dobrej woli, „albo wykazania, że zdarzyło się tak, że jednak ktoś też krzywdził obywateli polskich”. Odwołała się do autentycznego przecież poczucia polskiej krzywdy czasu wojny i czasu powojennego: „Nie można przejść do porządku nad faktem cierpień ofiar bandyckich napadów UON-UPA, przyglądać się ich bezkarności i gloryfikowaniu Bandery i jemu podobnych, którzy te tragiczne losy zafundowali Polakom”.

Na posiedzeniu tejże komisji projekt uchwały poparł przedstawiciel Związku Ukraińców w Polsce, którego działacze od lat twierdzą, że akcja Wisła doprowadziła do wynarodowienia znacznej części żyjących w Polsce Ukraińców, do likwidacji ich tradycji i kultury, a skutki wydarzeń sprzed 65 lat trwają do dzisiaj.

Przeciwko uchwale wypowiedzieli się zaś członkowie organizacji kresowych, które z kolei także od lat domagają się przede wszystkim potępienia ukraińskich zbrodni na Wołyniu (i nie tylko tam) i protestują przeciwko jednostronnemu ich zdaniem przyznawaniu się Polaków do win i zbrodni.

Ocena akcji Wisła jest zatem włączana w dłuższy ciąg wydarzeń historycznych, poczynając przynajmniej od 1943 r., choć przecież można całkowicie zasadnie szukać ich bardziej bezpośredniego lub pośredniego związku z dziejami relacji polsko-ukraińskich i konfliktów przed 1939 r., by nie sięgać aż do Chmielnickiego. Tym należy tłumaczyć niezrozumiałą może pozornie akceptację przesiedleń ludności ukraińskiej w 1947 r. przez środowiska, które w każdej innej właściwie sprawie zawsze krytykowały działania i decyzje nowych władz polskich po 1945 r.

Nie brakuje argumentów, że podobnie jak komuniści zachowaliby się wobec Ukraińców politycy Polski przedwojennej, także nie zawahaliby się przed przeprowadzeniem przesiedleń. Zwraca na to uwagę również prof. Motyka, gdy mówi, że antykomunistyczne środowiska popierają w tym wypadku politykę PPR, a zapewne Moskwy: „Wielu z tych ludzi dużo wycierpiało ze strony władzy komunistycznej. Mimo to często powtarzają jej argumenty”.

Nad „Wisłą” wisi więc wielkim brzemieniem „Wołyń”, czyli przede wszystkim przeprowadzona w 1943 r. przez oddziały OUN-B i UPA akcja „oczyszczania” z Polaków ziem uważanych za etnicznie ukraińskie, potem kontynuowana już po 1945 r. pod innymi hasłami i ideami. W sumie, jak się dzisiaj szacuje, w latach 1943–47 w wyniku tych działań śmierć poniosło ok. 100 tys. ludzi. Ukraińców, z którymi walczyły wszystkie polskie organizacje podziemne i samoobronne, potem na terenach dzisiejszej Polski nowe władze, zginęło w sumie od 10 do 15 tys. „Nie zmienia to faktu – konstatuje Grzegorz Motyka – że większość ukraińskich ofiar – podobnie jak po polskiej stronie – stanowiła ludność cywilna, w tym wcale nie tak rzadko kobiety i dzieci. Akcje polskie wymierzone w ukraińską ludność cywilną normalnie wywoływałyby spore zakłopotanie, ale bledną one w zestawieniu z ofiarami poniesionymi przez stronę polską. Przy czym na Wołyniu relacja strat jest wprost porażająca: po polskiej stronie padło może nawet 60 tys. ofiar, po ukraińskiej zaś raczej nie więcej niż 2–3 tys.”.

Można powiedzieć, że nie należy się dziwić, iż w wielu głowach i sercach nie mieści się myśl, by przepraszać Ukraińców za akcję Wisła, jeśli oni sami nie są jeszcze gotowi do stosownej ekspiacji. A wręcz odwrotnie – czczą pamięć i czyny swoich organizacji nacjonalistycznych oraz ich przywódców. Nie jest to do końca prawda. Także po stronie ukraińskiej wiele było gestów pokajania i szczerych świadectw żalu za zbrodnie wołyńskie, niemniej poczucie istnienia silnej asymetrii jest przecież w Polsce uzasadnione.

Wystarczy choćby zestawienie dorobku historyków polskich i ukraińskich, jak też bogactwa i różnorodności wypowiedzi po obu stronach. Polskie zmagania z pamięcią i zmorami przeszłości są naprawdę wyjątkowe na tle całego właściwie regionu Europy postsowieckiej. Akurat zresztą ukazała się w Polsce książka „Bandera. Terrorysta z Galicji”, autorstwa Wiesława Romanowskiego, dziennikarza i dyplomaty, obiektywnie próbująca ukazać dramatyczną biografię dzisiejszego bohatera wielu Ukraińców, który przez całe swoje życie prowadził walkę o niepodległą Ukrainę. W tym także, a może przede wszystkim, z Polską i Polakami. Walkę terrorystyczną i fanatyczną, naznaczoną zbrodnią.

Splot racji, pretensji i żalów nie ułatwia gestów pojednania, zwłaszcza że – jak było to widoczne podczas posiedzenia komisji – PiS w swojej polityce historycznej i doczesnej nie jest skłonne do przeprosin. Sam prezes Jarosław Kaczyński do projektu uchwały odniósł się krytycznie, aczkolwiek – jak na niego – dość powściągliwie. Akceptował decyzje polityczne i działania władz z 1947 r., nie uważał, by należało akcję W potępiać, zwłaszcza, że „Ukraińcy nie chcą potępić ludobójstwa UPA”.

Nie było jednak nic o haniebnej i zdradzieckiej polityce PO, może dlatego, że to Lech Kaczyński wcześniej przyczynił się do budowania pojednania polsko-ukraińskiego ponad tragicznymi doświadczeniami czasów wojny. Był za to zresztą często atakowany, m.in. przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który uważał, że prezydent z powodów politycznych i dla lansowania swojej koncepcji polskiego liderowania krajom regionu gotów jest przemilczeć zbrodnię wołyńską.

Już gorzej to wyglądało na forach internetowych, gdzie wylała się prawdziwa fala nienawiści i oskarżeń wobec PO i wszystkich, którzy ponoć porzucają prawdziwe interesy narodowe. Dominował pogląd, że akcja Wisła była absolutnie uzasadniona i konieczna. Ten nastrój, jak widać, łatwo jest wywołać i następnie pobudzać.

Zapewne dlatego, jak wynika z pierwszych enuncjacji, projektu uchwały nie zamierza poprzeć PSL, które nie chce stawać w poprzek emocjom swojej klienteli wiejskiej i ewentualnie kresowiackiej, ani – co oczywiste – Solidarna Polska. Za przyjęciem uchwały głosowałyby zaś SLD i Ruch Palikota, co też jest oczywiste.

Jasne, że wiele z tych deklaracji i zachowań wynika z dzisiejszej walki politycznej, wpisuje się w konflikt współczesny i jemu ma służyć. Ale też, przyznajmy, można i należy zrozumieć odczucia społeczne, w których mieszają się winy i krzywdy i dla których nie jest łatwo odnaleźć właściwych miar moralnych i ocen sprawiedliwych. Akurat dzieje konfliktów polsko-ukraińskich są tego wzorcowym przykładem. Wiele tu zaszłości, niezabliźnionych ran, narodowościowych uprzedzeń i historycznych stereotypów.

Ale zdaje się, że moralnie i obywatelsko zawsze wychodzimy najlepiej wtedy, gdy rozliczamy własne winy, a nie cudze, gdy bierzemy odpowiedzialność za swoją przeszłość, a nie szukamy usprawiedliwień w winach innych, i gdy postępujemy wobec innych tak, jakbyśmy chcieli, by nas potraktowano. To jest prawdziwym świadectwem demokracji i niepodległości, także narodowej dumy.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ożywianie mózgu po śmierci i transplantacja głowy. Czy istnieją granice neuronauki?

Badaczom udało się wznowić niektóre funkcje mózgów pobranych od świń, a inny naukowiec chciałby przeprowadzić transplantację ludzkiej głowy.

Piotr Rzymski
22.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną