Historia

Damskie wojsko

Kobiety z sowieckich garnizonów

Żony oficerów, jeśli chciały, mogły się zatrudnić: w sklepie, kotłowni, stołówce, gabinecie medycznym. Żony oficerów, jeśli chciały, mogły się zatrudnić: w sklepie, kotłowni, stołówce, gabinecie medycznym. Wojtek Łaski / EAST NEWS
W jednostkach było pełno kobiet: mundurowe, pracownice najemne, żony oficerów. Jedne służyły, inne pracowały, jeszcze inne mieszkały z rodzinami. 20 lat po tym, jak z Polski wycofano sowieckie wojska, opowiadają o ostatnich latach za bramami garnizonów.
Garnizon wojsk radzieckich w Koszalinie, przełom lat 80. i 90.Jerzy Bergman/EAST NEWS Garnizon wojsk radzieckich w Koszalinie, przełom lat 80. i 90.

Elena Władimirowna, w latach 1988–92 medyk w Legnicy. Byłam młoda, dopiero po instytucie medycznym. Ale że z tradycyjnej rodziny wojskowych, to mogłam w życiu jedno z dwojga: albo wyjść za mąż za oficera, albo wstąpić do wojska. Wybrałam to drugie, ku powszechnemu zaskoczeniu kolegów i koleżanek. Wtedy rolą kobiety było mężowi życie umilać, a nie z automatem na plecach okopy przemierzać.

Ale w okopach nie leżałam. Miałam wyższe wykształcenie, ojca oficera, dlatego nie stałam z poborowymi w jednym szeregu. Gdy trafiłam do jednostki, skierowano mnie do sanczasti – oddziału medycznego dla żołnierzy. To było w garnizonie w Legnicy.

Garnizony. Sowieckich garnizonów było ponad sześćdziesiąt w całej Polsce. Głównie przy zachodniej granicy, miały strzec żelaznej kurtyny. Wojska Armii Czerwonej często zajmowały koszary poniemieckie, grodziły je płotami pod napięciem. Trwały tak przez kilkadziesiąt lat, do 1993 r.

Elena Władimirowna. Mój przyjazd do Legnicy zbiegł się w czasie z burzliwymi wydarzeniami: Polska obalała komunizm, upadał mur berliński, rozpadał się Związek Radziecki. Demonstracje odbywały się nawet w tak małym mieście jak Legnica.

Pamiętam, przyjechał do nas kierowca z wrocławskiego garnizonu – a tylko kierowcy mogli bezkarnie podróżować między jednostkami – i mówi: u was Polak w centrum miasta protestuje.

A tam jakiś młodzian głoduje od kilku dni, krzyczy na całego: Precz z sowieckim okupantem! Głośny był to wtedy protest. Nasi w odpowiedzi zrobili nawet festyn, otworzyli lotnisko do zwiedzania przez lokalną ludność. Próbowali tym legniczan przekupić, ale ci się nie dali. Jeszcze głośniej zaczęli żądać, byśmy się wynieśli.

Zdarzało się: wyjrzysz przez okno, a tam pod bramą stoi młodzież. Plakaty rozciąga albo kredą po asfalcie pisze: „Okupanci – won!”. A ja sobie wtedy myślałam: W złym miejscu stoicie, chłopcy... Wam by pod okna dowództwa w Moskwie, a nie pod bramę, za którą są wasze równolatki. W dzień wspominają smak pielmieni i piwa. W nocy jedni matkę we śnie widzą, inni onanizują się pod kołdrą do zdjęcia ukochanej dziewczyny. Jacy tam z nich okupanci.

Protest. „Głodujemy, bo radzieccy obywatele dewastują polskie mieszkania, wyrywają klepkę podłogową i palą nią w mieszkaniach, a okna zasłaniają gazetami. Bo gospodarują mieszkaniami nieracjonalnie i wiele stoi pustych. Bo nielegalnie czerpią energię elektryczną. Bo ich kotłownie biją wszelkie rekordy zanieczyszczenia środowiska. Bo ich kierowcy słabo jeżdżą, a samochody są wielkie, przez co powodują mnóstwo wypadków, w tym śmiertelne. Bo nielegalnie handlują bronią: granaty sprzedają po 80 tys. zł, a karabiny po 3 mln” – krzyczeli przez megafony uczestnicy słynnego protestu w centrum Legnicy latem 1990 r.

Tatiana Niedźwiedzka, w latach 1986–91 tłumacz w prokuraturze. Jako pracownik najemny spędziłam w garnizonach pięć lat. Sama jestem z Leningradu, dziś Petersburga. Tu na uniwersytecie skończyłam filologię – polski i angielski znałam perfekcyjnie. Nie, polskiego pochodzenia nie mam. Nazwisko mam po mężu – to on z rodziny zesłanych spod Wilna Polaków. Ale z Polską nic go już nie łączy, nawet języka nie zna.

Zanim wyjechałam za granicę, pracowałam w Inturiście. Oprowadzałam po Leningradzie zagraniczne wycieczki, głównie polskie. Ale w 1986 r. ruch turystyczny ustał. Trzeba było zarobić na rodzinę, mieliśmy już wtedy z mężem malutką córeczkę. Postanowiliśmy, że wyjadę. Nasze garnizony potrzebowały tłumacza.

Najpierw trafiłam do wojskowego trybunału Północnej Grupy Wojsk w Świdnicy. Potem przerzucono mnie do prokuratury w Bornem Sulinowie, tam się dopiero zaczęło: tłumaczenia na dwa języki, przesłuchania miejscowych Polaków, wezwania na komendę dla naszych. Chodziło głównie o kradzieże, rozbój, niszczenie mienia. Jechali, na przykład, nasi na ćwiczenia, skrócili drogę przez pola, zniszczyli uprawy. Rolnik poszedł na skargę do milicji, milicja do nas, a my zakładaliśmy akta na sołdatów.

Jeszcze były sprawy o dezercję. Czasem rozwiązywano je we własnym wąskim gronie, a czasem z pomocą Polaków.

Dezerter. Chłopak się wydzierał. Że chrzani wszystko, że o nic nie dba, że uciekł z nocnej warty w legnickim garnizonie. Bo prosił o przepustkę do rodziny i nie dostał, bo wolałby służyć w swoim kraju, a nie trzy tysiące kilometrów od niego. Oby tylko dostać się do Brześcia, potem jakoś pójdzie – krzyczał, wymachując pistoletem przed nosem taksówkarza. Chwilę wcześniej go zatrzymał. Stał na środku jezdni i celował z broni w auto, potem wsiadł do środka i kazał jechać do najbliższego sklepu. Jeść chciało mu się niemiłosiernie. Przy sklepiku kierowca zatrzymał samochód, po zakupy poszedł sam, ale wyszedł razem z milicjantami. Wywiązała się strzelanina. Jeden z milicjantów padł zabity, drugi upadł ciężko ranny. Chłopakowi udało się uciec.

Ale długo wolnością się nie cieszył. O trzeciej w nocy z Legnicy wyjechał oddział do łapania dezerterów. Opancerzonymi pojazdami kierowali funkcjonariusze MO. Uciekiniera dognali, postrzelili, złapali. Zanim dojechała karetka, chłopak wykrwawił się na asfalcie. Miał 19 lat.

To był najgłośniejszy przypadek dezercji sowieckiego żołnierza na terenie Polski.

Tatiana Niedźwiedzka. Gdy przyjeżdżała z Sojuza na kilka lat jakaś rodzina oficerska, to pierwsze, co robiła – brała psa. Po pierwsze, dzieci przy psie o niebo lepiej znosiły rozłąkę z kolegami. Po drugie, pies wnosił do czterech ścian poczucie stabilizacji. Dlatego Szarików, Biełok i Tuzików był ci u nas dostatek. Małe, duże, w większości zadziorne kundelki.

Wychodziłam rano do pracy, a przed blokiem spacerowały z kundlami oficerskie żony. Sunia nam się oszczeniła, chcesz? – pytały jedna z drugą.

Początkowo w Polsce byłam sama. Mojej córeczki zabrać za granicę mi nie pozwolono. Została z babciami i swoim ojcem, bo męża też nie wypuścili z kraju. Wtedy był inżynierem w stoczni. Kierownictwo bało się, że za granicą socjalistyczne tajemnice przypadkiem trafią do imperialistycznego ucha. Musiałam długo walczyć o papiery, które umożliwiłyby mu wyjazd.

Nadieżda Dmitriewna, w latach 1985–92 pracownik stołówki. Przyjechałam razem z mężem. On był zawodowym wojskowym. O tym, że dostaje skierowanie akurat do Polski, dowiedział się przed samym wylotem z kraju. Jak zareagował? Nijak. Kazano mu oddawać ojczyźnie dług. A gdzie – co za różnica? Życie w garnizonach wszędzie wygląda tak samo.

Do Warszawy trafiliśmy latem 1985 r. Mąż od razu zaczął pracować. Ja czekałam na swoją kolej. Żony oficerów, jeśli chciały, mogły się zatrudnić: w sklepie, kotłowni, stołówce, gabinecie medycznym. Ale przyjmowano je do pracy dopiero wtedy, gdy zwolniło się miejsce po innej oficerskiej żonie. Ja akurat długo nie czekałam. Szybko zaczęli potrzebować kogoś na zmywak. Potem awansowałam na kelnerkę i w końcu dosłużyłam się posady kierowniczki garnizonowej stołówki.

Elena Władimirowna. Jeden chłopak przez kilka tygodni skubał sobie paznokieć. W końcu wdało się zakażenie, stopa spuchła, niemożliwe było założenie obuwia. I chłopak trafił do nas. Innych dwóch umówiło się: dali sobie po razie, żeby na twarzach zrobiły się solidne krwiaki. Potem oczywiście wpadli za karę do izolatek, ale najpierw do nas.

Kaleczyli się nie dla wagarów, ale dla pożywienia.

W garnizonach funkcjonowały z reguły dwie stołówki. Jedna była dla poborowych, druga – dla oficerów i dowództwa. Jedzenie dla chorych dostarczali z drugiej. Było o niebo lepsze niż to dla zwykłych żołnierzy. A do tego my, personel medyczny, opiekowaliśmy się chłopakami i przynosiliśmy im smakołyki: a to torcik, a to cukierki. Dlatego poborowi często robili wszystko, by trafić do sanczasti.

Nadieżda Dmitriewna. Synonimem żołnierskiej kuchni był w garnizonach bigos. Nie wiem, z czego gotuje się go u was, ale u nas w jednostkach bigos robili ze wszystkiego: podgniłej kapusty, obierek ziemniaków, starego mięsa albo zmielonej tuszonki z konserw turystycznych.

O mięsie można historie opowiadać. Kiedyś do stołówki w Świdnicy dotarło mrożone mięsiwo. Z wierzchu przebijała pieczątka z niemieckim orłem, jeszcze bez swastyki, i data: 1916 r. Mięso znaleźli w poniemieckich bunkrach. Co z nim zrobili? Rozmrozili, pokroili, wrzucili do garnków, nakarmili żołnierzy. Może do kotletów mielonych dodali – nigdy nikt nie dojdzie do tego, ile w tych kotletach było mięsa i jakiego, a ile chleba i odpadów spożywczych.

Z tych samych bunkrów wyciągnęli puszki z sokiem winogronowym. Data ważności: 1945 r. A dowództwo podzieliło je pomiędzy poborowych i rozdało na weekend: macie, chłopcy, po puszce, uczcijcie dzień wolny od służby. I oni uczcili. Przez dwa dni świętowali: kto nad sedesem, kto w krzakach.

Elena Władimirowna. Chłopcy często na samowołkę uciekali. Przeskakiwali przez płot i bez pozwolenia dowódców biegli na polskie targowiska po prowiant. Przy tym samym płocie handlowali. Chłopaki przerzucali słodkie mleczko i inne towary kupione w garnizonowym sklepie, a do nich leciały piwo i wódka, których u nas w sklepie nie można było dostać, albo pieniądze. Lwią część z nich wydawali w sklepie albo bufecie na dożywianie.

Najgorzej z prowiantem było pod koniec lat 80. W Związku Radzieckim wprowadzono kartki, nam ograniczono dostawy. A z drugiej strony Polacy też ograniczyli sprzedaż prowiantu do garnizonów.

Wielu żołnierzy pisało wtedy do rodzin, by nadały przesyłkę z zegarkiem. Przesyłka przychodziła na konkretne nazwisko, była rejestrowana jako na użytek własny, ale po tym, jak wojskowi ją otrzymywali, odsprzedawali zegarki Polakom na targowisku.

Handel. Na targowiskach miast, w których stacjonowały sowieckie garnizony, bez problemu można było kupić: kawior, konserwy wojskowe, słodycze, moczałki – myjki do ciała, aparaty fotograficzne, telewizory, czapki uszanki, leki, psychotropy, anaboliki.

W czasie wycofywania wojsk z Polski można było kupić: rtęć, automaty, granaty, benzynę, samochody, stacje paliw, hangary lotnicze. No i dowolną ilość złota.

Tatiana Niedźwiedzka. Głośna złota afera miała miejsce w latach 70. Przyszli wtedy do komendantury Polacy w towarzystwie milicjantów. Awanturowali się głośno: Popatrzcie na nasze palce, one są zielone! A one faktycznie miały zielony ślad w miejscu, gdzie wcześniej znajdowała się obrączka. Okazało się, że pierścionki kupili od naszych żołnierzy, którzy robili biżuterię z miedzi berylowej i sprzedawali jak złotą. Mieli w garażu maszynę do metalu, pieczątki, by „złoto” próbą stemplować. Dowództwo im tego nie darowało. Rozpoczęło się śledztwo. Dwóch zatrzymali i nie dopuścili do demobilizacji razem z resztą poboru. Co się z nimi działo potem – nie wiem.

Wiem, że naszych ta lekcja niczego nie nauczyła, złoto sprzedawali i wyrabiali aż do samego mojego wyjazdu.

Elena Władimirowna. Przed wycofaniem wojsk wszyscy jakby powariowali. Wyprzedawali wszystko, co się da. A czemu tu się dziwić. Państwo, w które wierzyli, właśnie upadło. Wielu nie miało do czego wracać. I nie miało nic do stracenia.

Tatiana Niedźwiedzka. Był 1988 r. Wróciłam na urlop do domu z plikiem dokumentów. Charakterystyka dla mnie, dla męża opinia: że moralnie zrównoważony, że wierny socjalistycznym ideałom. Dzięki tym papierom udało się załatwić przeniesienie do Polski, gdzie już czekała na niego posada inżyniera. Dwa lata pracowaliśmy i mieszkaliśmy we dwoje. A potem skończył się mój kontrakt. Postawiłam sprawę jasno: albo dowództwo pozwoli zabrać mi córkę z Leningradu, albo wracamy do domu wraz z mężem. Dowództwo pozwoliło. Pojechałam po córkę. Gdy wracałyśmy do Polski, opowiadałam jej o tym, jak sady pachną ładnie na wiosnę, jak ciepłe są zimy, jak jej się spodoba w nowym kraju, może nawet będzie miała pieska. Na dworcu czekał na mnie mąż. Z kamienną twarzą wręczył mi kartkę. A tam: w związku z wycofywaniem wojsk z Rzeczpospolitej pracujecie tylko do końca 1990 r. W noc Bożego Narodzenia przekroczyliśmy granicę z Rosją.

Powrót. W 1992 r. ostatnią bojową jednostkę żegnał na Wybrzeżu ówczesny wiceminister obrony narodowej, a dzisiejszy prezydent Bronisław Komorowski. Rok później na Dworcu Wschodnim w Warszawie do pociągu w kierunku Moskwy wsiadło dwudziestu oficerów, którzy pilnowali wycofywania wojsk ze wschodnich Niemiec. 18 września 1993 r. zakończyła się historia stacjonowania wojsk sowieckich – a w ostatnim okresie rosyjskich – na terenie Rzeczpospolitej.

Nadieżda Dmitriewna. W połowie 1991 r. dowiedzieliśmy się, że to już koniec. Polak, który pomagał nam przy pakowaniu rzeczy, mówił: Biedni, wy tam u siebie nawet pasty do zębów w sklepach nie macie, kryzys, a wy z małym dzieckiem. Wtedy mieliśmy już rocznego synka, urodzonego w garnizonie w Warszawie. I faktycznie, wróciliśmy do domu, a tam puste półki. Dobrze, że mieliśmy zapas wojskowych konserw.

Elena Władimirowna. Przeniesienie z Polski do Ukrainy załatwiono mi w 1992 r. Dowódca zebrał wszystkich, których wysyłał do byłego Sojuza, na placu i powiedział: Cieszcie się, że wracacie do domu i nie musicie jechać do kraju, w którym pachnie smażonym ludzkim mięsem. Chodziło o Afganistan, z którym wojna skończyła się kilka lat wcześniej.

Psy. Wyprowadzali się, zabierali do nowych republik swoje rodziny, torby i toboły. Wychowanych w murach garnizonów pupili zostawiali. Niepodległe kraje były pełne własnych czworonogów.

Po wyjeździe wojskowych ulicami miast zaczęły wałęsać się bezpańskie koty i psy. Okupowały piwnice, brały szturmem śmietniki, maszerowały po cmentarzach. Taka ariergarda.

Polityka 36.2013 (2923) z dnia 03.09.2013; Kraj; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Damskie wojsko"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną