Borodzieja i Górnego nowe spojrzenie na pierwszą wojnę

Brud, głód, szmugiel i ersatz
W świadomości Polaków pierwsza wojna światowa nie była „naszą” wojną. Warszawscy historycy Włodzimierz Borodziej i Maciej Górny poszli w poprzek narodowej narracji, pokazując, że pierwsza wojna była nie tylko „nasza”, ale i „wspólna”, a przy okazji przełamali kilka innych stereotypowych ujęć tego konfliktu.
Włodzimierz Borodziej, Maciej Górny, Nasza wojna, t.I: Imperia 1912-1916, W.A.B., Warszawa 2014.
W.A.B./materiały prasowe

Włodzimierz Borodziej, Maciej Górny, Nasza wojna, t.I: Imperia 1912-1916, W.A.B., Warszawa 2014.

Książka Borodzieja i Górnego rozpoczyna się jeszcze dość konwencjonalnie wybuchem wojen bałkańskich w 1912 r., kończy jednak nie jesienią 1918 r. czy Wersalem, lecz w 1923 r., kiedy traktat w Lozannie nakazał przymusowe wysiedlenie do Grecji 1,2 mln chrześcijan z tureckiej Azji Mniejszej, zaś w odwrotnym kierunku miało wywędrować ok. 400 tys. muzułmanów. Trudno też znaleźć w książce bohaterów, do których jesteśmy przy takiej okazji przyzwyczajeni – prałat kapituły sandomierskiej ks. Józef Rokoszny pojawia się trzy razy, a wojskowy lekarz Aleksander Majkowski dwukrotnie częściej niż Piłsudski (notabene Roman Dmowski wymieniony jest wyłącznie w „Komentarzu bibliograficznym”). Dla autorów nie było bowiem ważne wyłącznie to, ile miejsca zajmują dane osoby w słownikach i encyklopediach.

Borodziej i Górny nie stronią od aspektów militarnych, są one jednak dla nich raczej punktem wyjścia do zaprezentowania szerszych zjawisk społecznych. Pretekstem do pokazania konfliktu – widocznego zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie – między poziomem technologii zabijania i ranienia (z karabinem maszynowym jako najsprawniejszym narzędziem) a przygotowaniem (a raczej nieprzygotowaniem) dowódców, produkcji, transportu, aprowizacji, poziomem medycyny i higieny czy w końcu stanem ludzkiej psychiki. W rezultacie żołnierze (cywile zresztą też) masowo umierali nie tylko od ran, ale i brudu, chorób czy głodu. Stalowe hełmy i maski gazowe trafiły do rosyjskich, bułgarskich czy rumuńskich oddziałów znacznie później niż do okopów we Francji. Na wschodzie dłużej utrzymały się tradycyjne elementy mundurów, trącące często nie tylko XIX, ale i XVIII stuleciem (pierwsi legionowi kawalerzyści też wyglądali jak przeniesieni z powstania listopadowego), a dowódcy prawie do końca wierzyli w skuteczność masowego, frontalnego ataku na bagnety.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj