„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Historia

Przygody asa Oska

Szkoła szpiegów z czasów PRL

Ośrodek w Starych Kiejkutach, 1973 r. Wiceminister spraw wewnętrznych gen. Mirosław Milewski (w cywilu) wizytuje szkołę szpiegów z okazji zakończenia pierwszego kursu. Obok niego, po lewej, płk. Józef Osek. Ośrodek w Starych Kiejkutach, 1973 r. Wiceminister spraw wewnętrznych gen. Mirosław Milewski (w cywilu) wizytuje szkołę szpiegów z okazji zakończenia pierwszego kursu. Obok niego, po lewej, płk. Józef Osek. materiały prasowe
Słynny dziś tajny ośrodek wywiadu w Starych Kiejkutach zbudowano na początku lat 70. Kandydaci na szpiegów szkolili się w luksusowych warunkach.
Minister spraw wewnętrznych odsłania pomnik Światowida – symbolu polskiego wywiadu.materiały prasowe Minister spraw wewnętrznych odsłania pomnik Światowida – symbolu polskiego wywiadu.
Uroczyste zakończenie pierwszego kursu szpiegów. W środku prymus kursu podporucznik Gromosław Czempiński.materiały prasowe Uroczyste zakończenie pierwszego kursu szpiegów. W środku prymus kursu podporucznik Gromosław Czempiński.
materiały prasowe

Szkołę szpiegów w Starych Kiejkutach wybudowano za kadencji dyrektora Departamentu I MSW płk. Józefa Oska, później awansowanego na generała. Była ważnym elementem przeprowadzanej na początku lat 70. reorganizacji wywiadu. Ówczesny przywódca Edward Gierek dał się przekonać ministrowi spraw wewnętrznych Franciszkowi Szlachcicowi, że silny wywiad cywilny będzie niezbędny podczas skoku cywilizacyjnego, jakiego miała dokonać PRL za rządów Gierka.

Zaraz po wojnie struktury wywiadu tworzyli przy pomocy radzieckich tzw. doradców ludzie wyszkoleni na terenie ZSRR, głównie w szkole wywiadu w Kujbyszewie. W ramach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego funkcjonował Wydział Wywiadu, gdzie najwięcej do powiedzenia miał sowiecki generał Iwan Sierow, ten sam, który dowodził operacją schwytania i uprowadzenia do Moskwy 16 przywódców polskiego państwa podziemnego. Szkolenie przyszłych agentów wywiadu pod okiem gen. Sierowa odbywało się w budynku przy ul. Długiej, a niektórzy nadal wyjeżdżali po nauki do ZSRR. Rocznie do Moskwy wysyłano po kilka osób.

Po 1956 r. utworzono w MSW Departament I zajmujący się wywiadem. Składał się z jedenastu wydziałów i dwóch samodzielnych sekcji (zajmujących się łącznością szyfrową i ochroną polskich placówek dyplomatycznych) oraz pionu szkolenia. Szpiegów kształcono na warszawskim Ksawerowie, w pobliżu Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej, w warunkach trochę chałupniczych.

Tajny obiekt na Mazurach

Nowa szkoła w Starych Kiejkutach powstała według koncepcji m.in. płk. Józefa Oska. Miała też pełnić rolę punktu łączności radiowej z agenturą. Dotychczas szefostwo wywiadu korzystało z radiostacji MSZ. Niezbędna była własna stacja odbiorcza dla agentury, przede wszystkim dla nielegałów. Potrzebna też była baza MOB (mobilizacyjna) dla wywiadu. Szukano odpowiedniej lokalizacji. Zgodnie z regulacjami Układu Warszawskiego w Polsce wszystkie ważne punkty kontroli mobilizacyjnej musiały być umieszczone po prawej stronie Wisły.

Dlatego wybraliśmy Mazury – mówi Józef Osek (rocznik 1931). – Wskazanie na Stare Kiejkuty przyszło w 1970 r. Od pierwszego dnia to ja kierowałem wyborem Kiejkut, budową i procesem szkolenia.

W tej mazurskiej wsi nad jeziorem działała baza harcerska, składająca się z kilku zdewastowanych szop. MSW wykwaterowało harcerzy (wybudowano im stanicę w innym miejscu) i w 1971 r. rozpoczęto budowę. Projekt zlecono trzem bardzo znanym architektom: Wacławowi Kłyszewskiemu, Jerzemu Mokrzyńskiemu i Eugeniuszowi Wierzbickiemu, którzy jeszcze przed wojną, jako studenci, założyli zespół architektoniczny pod nazwą Tygrysy. W 1947 r. zaprojektowali siedzibę Komitetu Centralnego PZPR, gdzie dzisiaj mieści się Giełda Papierów Wartościowych. Później zaczęto szukać wykonawcy. Ogłoszono coś na wzór nieformalnego konkursu ofert.

Zrobiliśmy rozpoznanie w całej branży budowlanej. Najkorzystniejszą ofertę przedstawiło przedsiębiorstwo z Pisza, bo przewidywali najkrótszy okres budowy. Ale i tak potrzebowali aż 8 lat, to nie dla nas. My za półtora roku chcieliśmy uruchomić pierwszy kurs – opowiada gen. Osek.

Dlatego resort postanowił, że sami sobie wybudują szkołę. Zatrudniono 4 inżynierów i 8 majstrów, a robotnikami zostali żołnierze Jednostek Nadwiślańskich podlegających MSW. Żołnierze z tej formacji już byli przeszkoleni w pracach saperskich, wykorzystywano ich podczas powodzi i podobnych zagrożeń. Potrafili budować mosty, kopać studnie głębinowe. Przy pomocy olsztyńskiej Izby Rzemieślniczej zorganizowano dla żołnierzy kursy na murarzy, cieślów, ślusarzy i w wielu innych specjalnościach potrzebnych na takim placu budowy. Wojacy dzięki temu po skończonym kursie dostali dyplomy rzemieślnicze wykwalifikowanych czeladników. Po 18 miesiącach szkoła była gotowa. Trwały jeszcze jakieś roboty wykończeniowe, ale pierwszy kurs odbył się bez przeszkód. Architekci nie kryli dumy ze swojego projektu i proponowali, aby zgłosić szkołę w Kiejkutach do konkursu Mistrza Architektury, ale to akurat w grę nie wchodziło. Obiekt był przecież tajny.

Gen. Osek tak opisuje tajny obiekt: własna studnia głębinowa, własny system kanalizacyjny, przeciwatomowy schron podziemny z olbrzymimi kazamatami, gdzie można, nie wychodząc na powierzchnię, przeżyć wiele miesięcy. Kiejkuty to świetnie przygotowane miejsce do życia dla 500 do 700 osób. Przewidywano, że na każdym kursie będzie 80 studentów, jak nazywano osoby szkolone. Stała kadra miała liczyć około 50 osób. Do tego załoga radiostacji i kompania wojska do całodobowej ochrony, trzystu chłopa. Jeden budynek nazywany przez Józefa Oska kamieniczką, był przeznaczony dla żołnierzy. Dwie kamieniczki dwupiętrowe dla kadry i studentów. Dla tych ostatnich przygotowano 40 dwuosobowych apartamentów z łazienkami. Mieli do dyspozycji kryty basen, salę gimnastyczną i luksusową stołówkę-restaurację.

Zatrudniono szefa kuchni z warszawskiego Grand Hotelu, który zgodził się przyjechać z żoną. Dostał luksusowe mieszkanie, pensję odkładał, bo był całkowicie na utrzymaniu MSW. Jego zadaniem było serwować dania z całego świata, bo studenci musieli poznać sztukę jedzenia różnych potraw. A jakby tego było mało, słuchacze mogli za darmo korzystać z baru otwartego do północy. Mogli pić, ile chcieli, ale w tym był pewien chytry kruczek. Obserwowano, który jakie ma ciągoty. Pijacy byli dzięki temu odsiewani.

Na uboczu zbudowano kilka reprezentacyjnych willi dla specjalnych gości. Studenci korzystali z bogatej biblioteki, obsługiwanej przez specjalnie zatrudnioną bibliotekarkę. Mieli też do dyspozycji cztery elektroniczne gabinety do nauki języków obcych. Uczono ich angielskiego, niemieckiego, francuskiego, hiszpańskiego, a w razie potrzeby także innych, mniej powszechnych. Fachowy trener prowadził z nimi zajęcia gimnastyczne.

Rzucony na Izrael

Józef Osek był w PRL najmłodszym szefem wywiadu. Miał 40 lat, kiedy osiągnął wyżyny w szpiegowskim fachu. Zawdzięczał awans zbiegowi politycznych okoliczności. Tak w publikacji „Wywiad a władza” opisuje tamte wydarzenia Zbigniew Siemiątkowski, były szef UOP, prezes Agencji Wywiadu i minister spraw wewnętrznych, ale przede wszystkim politolog z tytułem doktorskim:

„Jednym z pierwszych działań, jakie podjął Franciszek Szlachcic po objęciu w styczniu 1971 r. stanowiska ministra spraw wewnętrznych, było znalezienie nowego szefa wywiadu. Jego wybór padł na osobę z »grupy 53« – jak określano pierwszych absolwentów szkoły wywiadu z ulicy Długiej – Józefa Oska. Nominację na stanowisko dyrektora Departamentu I Osek otrzymał w listopadzie 1971 roku. Faktycznie kierował wywiadem już od stycznia, czyli od momentu objęcia przez Mirosława Milewskiego (dotychczasowego szefa wywiadu) funkcji wiceministra spraw wewnętrznych”.

Józef Osek, osoba bez żadnych politycznych ambicji i konotacji, bez możnych przyjaciół, bez własnego dworu, jakie otaczały wszystkich mających widoki na karierę, ale za to z doświadczeniem szpiegowskim, miał gwarantować jedno – profesjonalizm służb wywiadowczych. Jako dodatkowy plus tej kandydatury oceniano fakt, że nie darzył go zaufaniem rezydent KGB w Warszawie gen. Pawłow.

Pracę w wywiadzie zaczynał w latach 50. Rzucono go wtedy na odcinek izraelski. Oficjalnie był tam attaché handlowym, a w rzeczywistości rezydentem wywiadu.

Tak wspomina początki swojej pracy na placówce: – Początkowo mieliśmy doskonałe stosunki, traktowali nas jak swoich, nie było żadnych tajemnic. Było tak przyjaźnie, że zdobycie jakiejkolwiek informacji na temat Izraela, oczywiście poza sprawami militarnymi, nie stanowiło najmniejszego problemu. Wynikało to z faktu, że niektóre części aparatu władzy i państwowych struktur izraelskich konstruowano jeszcze w Polsce lub składały się z polskich Żydów. Policja izraelska była zakładana przez polskich Żydów, którzy tutaj szkolili pierwszą kadrę. Zalążki floty izraelskiej tworzono w Elblągu. Z Polski z tą wielką falą emigracyjną lat 40. przyjechało wielu oficerów, w tym ponad 50 co najmniej w randze pułkownika.

Ale relacje się popsuły w latach 1956–60, kiedy z Polski do Izraela wyemigrowała kolejna fala, a wśród nich dużo ludzi rozgoryczonych i rozczarowanych Polską. To oni, według gen. Oska, stworzyli negatywne nastroje. Pojawiły się publikacje o zachowaniach antyżydowskich Polaków w okresie okupacji.

Informacje polski wywiad zdobywał z pierwszej ręki, od agenta, który do pracy w wywiadzie był przygotowywany w Polsce. – Pojechał tam jako współorganizator izraelskich sił specjalnych. Był członkiem PZPR i wykonywał niejako partyjne polecenie – ujawnia Józef Osek. – Traktowano jego wyjazd jako wyjazd do państwa, które zwyciężyło z kolonializmem i zdobyło niepodległość, wobec tego on jechał z namaszczeniem państwowym. Został szefem izraelskiego kontrwywiadu rozpracowującego placówki dyplomatyczne. Wpadł zdradzony przez kogoś, kto wyjechał z Polski później. Dostał 7 lat więzienia, odsiedział całość, później zniknął z Izraela. Osiadł w Australii.

Według Józefa Oska obce wywiady wszelkimi siłami penetrowały środowisko emigrantów z Polski. – Przyjeżdżały z Polski osoby, które dużo wiedziały o tajemnicach państwowych. Był wśród nich wiceminister kolejnictwa, wiceminister przemysłu spożywczego, ze 30 dziennikarzy rangi sekretarzy redakcji czy zastępców redaktorów naczelnych, tych 50 oficerów, o których już mówiłem.

Wywiady francuski, angielski i amerykański stworzyły nieformalne biura obróbki tych ludzi i przekazywały sobie po kolei tych, którymi dany wywiad bardziej się interesował. Przesłuchiwali ich, pozyskiwali, płacili za informacje.

Nasza księgowa z Departamentu I, pani Lisowa, która mi całe lata wypłacała pensję, wyjechała do Izraela i dała się zwerbować.

Przez kilka miesięcy dyżurowała w kafejce, naprzeciwko polskiej ambasady, w celu rozpoznawania i identyfikacji kręcących się ludzi. Pracowała na rzecz izraelskiego kontrwywiadu Szin Bet. Ustalono, że wywiad amerykański przyjechał do niej z całym kompletem fotografii polskich dyplomatów rozsianych po całym świecie i była księgowa robiła identyfikację ze zdjęć.

Hrabia i fryzjer

Po wykonaniu misji w Izraelu, a w gruncie rzeczy z powodu dobrej pamięci pani Lisowej, Józef Osek wrócił do Warszawy i został na krótko kierownikiem sekcji bliskowschodniej. Nadzorował rezydentury nie tylko w Izraelu, ale też w Iranie, Libanie i Syrii. Potem awansował na naczelnika nowo powołanego wydziału azjatyckiego. Wreszcie na cztery lata trafił do Francji, aby odbudowywać, jak mówi, ruiny po zdradzie polskiego oficera wywiadu Władysława Mroza. Nawiązał, jak opowiada, masę ciekawych kontaktów, choć niekoniecznie była to agentura. Poznał m.in. hrabiego Stefana Czarneckiego, handlarza bronią na olbrzymią skalę.

Robił nieprawdopodobne interesy, a ponieważ miał mnóstwo pieniędzy, zlecił swoim ludziom skupowanie polskich obrazów. Zebrał ich prawie 700. Mieszkał w Wersalu w jednym z pałaców, który był jego własnością. Kiedyś należał do Józefiny, pierwszej żony Napoleona. Pochwalił się swoimi zbiorami Oskowi, a ten namówił go, żeby przekazał je do Polski.

Namawianie trwało wiele miesięcy. Hrabia zawsze argumentował, że jest bardzo antykomunistyczny. Od pierwszego dnia, kiedy, jak uważał, Polska znalazła się pod okupacją sowiecką, nosił czarny krawat. Obiecywał, że go nie zdejmie, dopóki okupant z Warszawy nie zniknie. Jego żona była aktorką, grała córeczkę oberżystów w „Czerwonej Oberży” z Fernandelem w roli głównej.

On zawsze mówił, że jest patriotą. Tłumaczyłem mu, że ustrój się zmienia, ale kraj i ludzie zostają, dobro narodowe zostaje. I on w końcu oddał. Postawił tylko cztery warunki: zachować anonimowość darczyńcy przez 10 lat, obrazy zabrać natychmiast, w ciągu roku mają znaleźć się w Warszawie i mają być zdeponowane w Muzeum Narodowym. Zagroził, że jeśli warunków nie dotrzymamy, cofnie darowiznę.

Prof. Stanisław Lorentz, dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, przyjechał na trzy dni do Paryża oglądać te obrazy. Wyselekcjonował najważniejsze, chodziło o to, w jakiej kolejności przewieźć ten majątek do Polski. Obrazy zostały złożone w ambasadzie w Paryżu. Wywożono je partiami. Najpierw najcenniejsze dzieła w małych transzach, potem pozostałe.

Do listy swoich paryskich sukcesów gen. Osek dopisuje dzieła Xawerego Dunikowskiego, które były w Paryżu w rękach słynnego fryzjera Antoine, Antoniego Cierplikowskiego. Fryzjer utrzymywał Dunikowskiego przez całe lata, kiedy rzeźbiarz mieszkał w Paryżu. – Związaliśmy się z Antoine wywiadowczo. Pod namową moich współpracowników przekazał nam kilkanaście rzeźb wielkiego artysty. Nie trzeba było przeprowadzać werbunku, słynny fryzjer nie został agentem. Był po prostu szczerym patriotą, podobnie jak hrabia Czarnecki.

Józef Osek przyznaje, że znajomość z hrabią i fryzjerem przerodziła się w coś na wzór przyjaźni, chociaż z jego strony podszytej interesem. Hrabia Czarnecki miał powiązania z całym światem, najbardziej nieprawdopodobne kontakty. Posiadał obywatelstwo Nikaragui, a to wówczas była najgorsza dyktatura, jaka istniała w Ameryce Łacińskiej. – Ale jemu ten paszport Nikaragui był niezbędny, bo handlował bronią i musiał mieć tego rodzaju zaplecze – opowiada Osek. – Jak wybuchły rzezie w Indonezji, po przewrocie gen. Suharto, i kraj spłynął krwią, okazało się, że ci indonezyjscy rzeźnicy to jego przyjaciele. Czarnecki zaproponował mu wtedy, żeby robić jakiś interes z Indonezją, bo ma tam teraz dobre chody. Okazało się, że Indonezja była Polsce winna jakieś miliony, wydawało się już nie do ściągnięcia. – No i zakombinował z tymi swoimi generałami, żeby znaleźć towary wymienne i nieoficjalnie handlowaliśmy z Indonezją chemią i drewnem egzotycznym, już po zerwaniu stosunków dyplomatycznych – zdradza kulisy nieznanej operacji handlowej gen. Józef Osek.

Tekst jest fragmentem książki Piotra Pytlakowskiego „Szkoła szpiegów”, wydanej przez Wydawnictwo Czerwone i Czarne, opowiadającej o szkole wywiadu w Starych Kiejkutach, a także o sukcesach i porażkach Józefa Oska oraz innych polskich szpiegów z czasów PRL.

Polityka 41.2014 (2979) z dnia 07.10.2014; Historia; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Przygody asa Oska"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Zaszczepieni też chorują. Dlaczego trzecia dawka jest niezbędna?

Coraz więcej osób wątpi w szczepionki przeciwko covid, skoro nawet po trzech dawkach przytrafia im się zakażenie. Czy zatem decyzję o szczepieniu przypominającym lepiej odłożyć do czasu, aż pojawią się skuteczniejsze preparaty?

Paweł Walewski
04.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną