Wspomnienia wysiedlonych w akcji Wisła

Dwie lipy i studnia zostały po człowieku
70 lat temu wypędzeni z domów w ramach akcji Wisła jechali pociągami nie wiadomo dokąd. Niosło się po wagonach: wiozą nas nad morze potopić.
Irena Maruszeczko przy domu dziadka w Tyrawie Wołoskiej, lata 60.
Stanisław Ciok/Polityka

Irena Maruszeczko przy domu dziadka w Tyrawie Wołoskiej, lata 60.

Dziadek Ireny Maruszeczko w mundurze armii austriackiej podczas I wojny światowej
Stanisław Ciok/Polityka

Dziadek Ireny Maruszeczko w mundurze armii austriackiej podczas I wojny światowej

Irena Maruszeczko obecnie (na fot. po prawej, za nią Katarzyna Kadylak) i okruchy przeszłości
Stanisław Ciok/Polityka

Irena Maruszeczko obecnie (na fot. po prawej, za nią Katarzyna Kadylak) i okruchy przeszłości

Rodzina po przesiedleniu w Konikowie, lata 50. (Irenka z kokardą, obok jej dziadek)
Stanisław Ciok/Polityka

Rodzina po przesiedleniu w Konikowie, lata 50. (Irenka z kokardą, obok jej dziadek)

Miron Kierkosz po przesiedleniu z rodziną w PGR Dalewo, koniec lat 40. (pierwszy z prawej w drugim rzędzie)
Stanisław Ciok/Polityka

Miron Kierkosz po przesiedleniu z rodziną w PGR Dalewo, koniec lat 40. (pierwszy z prawej w drugim rzędzie)

Miron Kierkosz obecnie, z pisankami, za których tworzenie otrzymał tytuł Zasłużonego dla Kultury Polskiej.
Stanisław Ciok/Polityka

Miron Kierkosz obecnie, z pisankami, za których tworzenie otrzymał tytuł Zasłużonego dla Kultury Polskiej.

Zenon Sidor po przesiedleniu z rodziną w Wojęcinie, 1949 r. (z prawej w białym ubraniu, jego ojciec najwyższy z tyłu)
Stanisław Ciok/Polityka

Zenon Sidor po przesiedleniu z rodziną w Wojęcinie, 1949 r. (z prawej w białym ubraniu, jego ojciec najwyższy z tyłu)

Zenon Sidor obecnie
Stanisław Ciok/Polityka

Zenon Sidor obecnie

Bogdan i Olga Hryckowianowie w domiwce, czyli świetlicy Ukraińców. Koszalin.
Stanisław Ciok/Polityka

Bogdan i Olga Hryckowianowie w domiwce, czyli świetlicy Ukraińców. Koszalin.

Dokumenty przesiedleńcze rodziny Bogdana z 1947 r.
Stanisław Ciok/Polityka

Dokumenty przesiedleńcze rodziny Bogdana z 1947 r.

Dokumenty przesiedleńcze rodziny Bogdana z 1947 r.
Stanisław Ciok/Polityka

Dokumenty przesiedleńcze rodziny Bogdana z 1947 r.

Za wysiedlonymi poszła wiara. Fragment fasady cerkwi grekokatolickiej zaprojektowanej przez Jerzego Nowosielskiego we współpracy z Bogdanem Kotarbą. Świątynię wybudowano w latach 90. XX w. w Białym Borze, który wyrósł na centrum kultury i oświaty ukraińskiej na Pomorzu Zachodnim.
Stanisław Ciok/Polityka

Za wysiedlonymi poszła wiara. Fragment fasady cerkwi grekokatolickiej zaprojektowanej przez Jerzego Nowosielskiego we współpracy z Bogdanem Kotarbą. Świątynię wybudowano w latach 90. XX w. w Białym Borze, który wyrósł na centrum kultury i oświaty ukraińskiej na Pomorzu Zachodnim.

Tekla Kowal, Katarzyna Kadylak i Irena Maruszeczko: jak opowiedzieć młodym o akcji Wisła?
Stanisław Ciok/Polityka

Tekla Kowal, Katarzyna Kadylak i Irena Maruszeczko: jak opowiedzieć młodym o akcji Wisła?

Miron z Wojtkówki, ur. 1934 r. Z polskim wojskiem wydawało im się, że żyją dobrze. Był we wsi posterunek ochrony pogranicza. Wśród żołnierzy wesoły chłopak, jeździł na nartach z dzieciakami. Jasna Choinka! – tak przeklinał, więc tak też go przezywali. Nagle, w wiosenny dzień przed obiadem, wojsko zabrało z domu bohatera ofensywy radzieckiej przeciw Japonii. Po obiedzie przyszło po ojca Mirona. Wzięli go od siania owsa, bez wyjaśniania. Sąsiad miał rozkaz wywieźć go wozem. Ojciec jechał tak od 1947 do 2002 r., kiedy wyszło na jaw, co polskie wojsko mu zrobiło. Wraca to nocami – ojciec stoi na wozie sąsiada i patrzy na Wojtkówkę.

Kilka nocy później rozdzwoniły się garnki w chałupie. Wyszli zobaczyć, a to szło wojsko wysiedlać – już wszystkich.

Zenon z Woli Wołoskiej, ur. 1939 r. W kwietniu, w poniedziałek rano, paśli z babcią krowy za wsią. Chłopaczek się rozejrzał i mówi: las się rusza. Wokoło cisza, ptaki śpiewają: ty chyba masz gorączkę. Wtedy las przyszedł do wsi – kilkudziesięciu polskich żołnierzy przybranych w gałęzie. Dali dwie godziny na spakowanie. Rozpacz niesamowita, płacz ludzi i zwierząt poniósł się w góry. Zenek z siostrą i rodzicami stali przytuleni kilkanaście minut. Wreszcie ojciec zadecydował: nie ma co stać.

Chałupę mieli nową – odbudowaną z pożaru. Niecały rok wcześniej, w greckokatolickie święto Piotra i Pawła, dzień zaczął się im od płaczu krów. Ludzie szykowali się do cerkwi i myśleli, dlaczego ten płacz? A to szło do nich polskie wojsko palić wieś. Za to, że miał w Woli Wołoskiej podziemne miasto oddział porucznika UPA Mychajło Dudy, zwanego Hromenką. Pod ziemią kwatery, szpital i magazyn. Polski ogień szedł górą, dachami. Andrusieczko, on jeden ocalił swoją kolorową chałupę. Zawsze o nią dbał. Wojsko poszło, on zlazł z drzewa i dalej polewać wiadrami. Po pożarze polskiego wojska przybyło w okolicy dziesięć razy więcej. Wieś myślała, że już koniec wojny na dobre. Ale chodzili agitatorzy, namawiali na wyjazd do ZSRR. Przesiedlenia będą i tak – mówili. Nikt nie wierzył.

Irena z Tyrawy Wołoskiej, ur. 1939 r. Zawsze czuli się pośrodku. Czy przychodzili polscy leśni, czy upowcy – trzeba było wpuszczać. Na przykład w nocy przyszło UPA, pomyło się i ogoliło. Irenie sanitariusz zabandażował skaleczony palec. Pani Białasowa, Polka, pytała potem: a kto ci paluszek zabandażował? Bo zwykłym ludziom na ranę starczała szmatka, jak bandaż – wiadomo, że było wojsko. Tylko nie wiadomo które. Przychodzili partyzanci polscy: babciu, dajcie nam do jedzenia. Też się dawało. Stali w sieni, koło drabiny na strych. Na strychu ukryci upowcy. Nie daj Boże, żeby zobaczyli jedni drugich.

Bogdan z Tyrawy Wołoskiej, ur. 1935 r. Każda akcja wojskowa – jedni i drudzy – coś ludziom zabierała. Przychodzili Polacy z lasu: widziałeś banderowców? I zaczynało się bicie. Dorośli mężczyźni leżeli potem w łóżkach sini od uderzeń. Dzieci na to patrzyły i się uczyły dziwnej logiki. Przychodzili do wsi żołnierze zwani dzisiaj wyklętymi i powiadali: o, rower, co mi banderowcy zabrali. I kradli rower, który był w rodzinie od lat i nigdy banderowca nie widział. Polacy brali krowy i konie. Przychodzili Ukraińcy – także krowy i konie. Dzieci już zrozumiały: tutejsi ludzie będą obwiniani o wszystko. Gdzieś się coś zadzieje – następstwo odbędzie się w Tyrawie i okolicach. W kwietniu 1947 r. zginął polski generał pod Baligrodem. Ludzie chcieli gospodarzyć, siali zboże, sadzili ziemniaki i drzewka owocowe, ale wojna i polityka nie chciały odejść z ich ziemi. Teraz Polacy powiedzieli: zabiliście generała, będziecie za to wywiezieni.

Wieś obudziła się rano otoczona żołnierzami. Mundurowi mówili: akcja W. Ludzie rozpaczali: będzie z nami tak jak z Żydami.

Katarzyna z Żernicy Wyżnej, ur. 1935 r. Gdy zabili generała, pojechała do Baligrodu w sprawie ojca. Dowiedziała się, że generał nazywał się Świerczewski i przyjechał doglądać posterunki graniczne. Zabiło go UPA. Dlatego aresztowano mnóstwo ludzi, Kaśki ojca też. Jak wy nam tak, to my was won! – mówił Baligród. Do Żernicy weszli polscy żołnierze.

Kaśki rodzina miała konia – bogactwo wypędzanych taki koń. Załadowały, co mogły, na wóz, pojechały z matką w kierunku Sanu. Przy wozie szła krowa. Most w gruzach. Krowę należało przez rzekę przeprowadzić. Kamienie z dna pokaleczyły Kasi stopy. Kilka lat temu starsza pani stała na moście nad Sanem i bardzo płakała. Co? – pytała koszalińska wycieczka bieszczadzkich wygnańców. Ja tędy z krową w czterdziestym siódmym – płakała Katarzyna. Do pociągu wsiadły z matką i domowymi zwierzętami. Po słońcu sądząc, pociąg ruszył na Zachód. Ojciec trafił do obozu w Jaworznie.

Irena. Kiedy po rodzinę przyszli żołnierze, ciocia jak raz piekła chleb. Nie pozwolili jej wyciągnąć chleba z pieca. Wyrwali rodzinę z korzeniami, bez chleba.

Tekla z Tyskowej, ur. 1937 r. Kiedy przyszli ich wywozić, matka akurat wyjęła z pieca chleb. Stał nad nimi z pepeszką młodziutki żołnierz. Mama nakroiła chleba i jemu też dała. Taki śliczny był żołnierzyk i taki bardzo głodny.

Miron. Wraca nocami do człowieka, że praktycznie nie miało się prawa wyżyć. Jakiś cud. Ojciec na zawsze wywieziony ze wsi wozem sąsiada. Babcia i matka samiutkie z dziesięciorgiem dzieci. Najmłodsze półroczne. Siedzieli za drutem kolczastym kilka kilometrów od swojej chyży. Mieli widok na górę zwaną Szubienicą. Miron z bratem zrobili podkop pod drutem, dwa razy biegali nocami do Wojtkówki. Nad ranem byli z powrotem – z ziemniakami, poduszkami, nawet z wózkiem dziecięcym.

Podjeżdżały towarowe pociągi i ludzie nimi odjeżdżali w nieznane. W pociągu Mirona powiedział ktoś ze znawstwem: jadą nas topić w morzu. Był to amerykański emigrant sprzed lat, górnik węglowy. Wielu z Bieszczad jeździło dorabiać się w amerykańskich majnach – wracali do wsi w chwale dolara. Byli oblatani, wiedzieli, że pociąg jadący w kierunku zachodnim i północnym musi w końcu dotrzeć do morza.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną