Historia

Pogoń za Zachodem

Jak w PRL-u wyjeżdżano w wielki świat

Od połowy 1956 r. Biuro Podróży „Orbis” organizowało wyjazdy na Zachód. Mimo wysokich cen chętnych nigdy nie brakowało. Od połowy 1956 r. Biuro Podróży „Orbis” organizowało wyjazdy na Zachód. Mimo wysokich cen chętnych nigdy nie brakowało. Roman Burzyński / Reporter
Po 1955 r. władze PRL uznały, że uchylenie granicznych furtek jest istotnym składnikiem „demokratyzacji” i przyczyni się do złagodzenia nastrojów oraz ocieplenia ich własnego wizerunku.
Przejście graniczne na Słowację w Chochołowie, 1961 r.PAP Przejście graniczne na Słowację w Chochołowie, 1961 r.
„Światowid. Magazyn turystyczny”Forum „Światowid. Magazyn turystyczny”

Artykuł w wersji audio

„Zachód staje się czymś zewnętrznym, czymś, od czego Polska została oddzielona, czymś, co jest bardzo daleko, w co – włączona wbrew woli w inny świat – może się już tylko wpatrywać z zachwytem. (...) Wszystko, co zachodnie, z góry uważane jest za lepsze, za coś, o czym w Polsce nie wolno już nawet marzyć. (...) Wszystko, co zachodnie, wszystko bez wyjątku stanowi niedościgły ideał – i amerykański jazz, i francuskie piosenki, i krój spodni”. Ta opinia młodego polonusa z Francji pokazuje z jednej strony odcięcie społeczeństwa przez stalinizm od europejskich korzeni, z drugiej – tłumaczy determinację, z jaką próbowano podczas odwilży do nich powrócić.

Pierwsze jaskółki „odwilży transgranicznej” pojawiły się w 1955 r., kiedy na Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów do polskiej stolicy zjechały tysiące młodych ludzi z całego świata. Przestano zagłuszać Radio Paryż i BBC, w mediach pojawiło się więcej informacji o Zachodzie, bardziej zróżnicowanych i niewyłącznie krytycznych. Mieszkający za żelazną kurtyną członkowie rodziny nie byli już plamą na życiorysie, automatycznie przypisującą obywatela do grona podejrzanych. Odżywały międzynarodowe więzi rodzinne i zawodowe, realne stały się zarówno staże naukowe, jak i wizyty u dawno niewidzianej rodziny. Polskie władze, wzorując się zresztą na ZSRR, uznały, że uchylenie granicznych furtek jest istotnym składnikiem „demokratyzacji” i znacznie przyczyni się do złagodzenia nastrojów i ocieplenia ich własnego wizerunku. Wyjazdy stanowiły, obok m.in. motoryzacji, jeden z elementów przyzwolenia na ograniczony i ściśle nadzorowany konsumpcjonizm.

Przełomem była podpisana w 1955 r., a obowiązująca od kwietnia 1956 r., konwencja turystyczna z Czechosłowacją. Umożliwiała na podstawie łatwej do uzyskania przepustki wizytę w tzw. strefie konwencyjnej, rozciągającej się kilkanaście kilometrów od wybranych odcinków granicy. W 1956 r. skorzystało z takiej możliwości ponad 186 tys. osób, z tego 102 tys. obywateli PRL. Jednak niewielu z nich szło z plecakiem w góry – większość zajmowała się zakupami, a przedtem – z powodu skromnego przydziału koron – handelkiem, zamieniając place Smokowca czy Tatrzańskiej Łomnicy w bazary. Takie wyjazdy były jednak tylko pobudzającym apetyt aperitifem i jak jeden z wycieczkowiczów mówił przedstawicielowi Radia Wolna Europa – to „jakby przejść z jednego pokoju do drugiego we własnym mieszkaniu”. Prawdziwe emocje wzbudzał Zachód i wyjazd tam – bez względu na koszty i trudności – był powszechnym marzeniem. Nic dziwnego, że wśród 120 tys. złożonych od początku stycznia do początku listopada 1956 r. podań o paszport 55 tys. dotyczyło Zachodu (45 tys. do ZSRR, 20 tys. do pozostałych krajów socjalistycznych).

W połowie 1956 r. uproszczono procedury przyznawania paszportów zagranicznych, chociaż z obecnej perspektywy wydają się biurokratyczną męką. Należało bowiem złożyć „podanie, życiorys, zaproszenie od rodziny, (...) zaświadczenie o urlopie. Na wyjazdy do krajów kapitalistycznych (...) zapewnienie o wydaniu wizy danego państwa zagranicznego (...)”. Stosunkowo najłatwiej mogły wyjechać osoby mające za granicą rodziny, które były w stanie zapewnić zarówno utrzymanie, jak i opłacić podróż.

Można było próbować dostać się na którąś z wycieczek organizowanych od połowy 1956 r. przez Orbis czy PTTK, a później przez zakłady pracy. Na początku września 1956 r. „Życie Warszawy” donosiło z dumą, że „wśród autobusów obwożących stale po ulicach Paryża turystów amerykańskich, angielskich, belgijskich, niemieckich, hiszpańskich, holenderskich i innych znajduje się od poniedziałku nowy autobus – z 35 turystami polskimi. Przybyli oni na dwutygodniowy pobyt do Francji w ramach pierwszej powojennej wycieczki zorganizowanej przez Orbis”.

Miejsc na te wycieczki jednak było niewiele i niemałe były też koszty, zwłaszcza dla osób żyjących tylko z pensji. W 1956 r. na najdroższą wycieczkę trzeba było wydać ok. 5 tys. zł (prawie pięć przeciętnych pensji), ale już w 1957 r. zdarzały się wyjazdy dwa razy droższe. Mimo to nie brakowało chętnych. Podróż nie tylko pozwalała spełnić marzenia, spotkać, zazwyczaj po raz pierwszy od prawie dwóch dekad, członków rodziny, podnieść swój społeczny prestiż, odetchnąć mitycznym powietrzem Zachodu, zweryfikować opinie, zobaczyć krajobrazy i zabytki widziane do tej pory tylko na fotografii czy w kinie, nadrobić zaległości kulturalne, ale miała również istotne znaczenie materialne. Była bowiem okazją do nabycia artykułów w Polsce niedostępnych lub znacznie droższych, zakupy zaś często poprzedzano, podobnie jak na Słowacji, próbą sprzedaży towarów przywiezionych z kraju. W pierwszym rzędzie skazani na pokątny handelek byli indywidualni podróżni oraz członkowie wycieczek zakładowych wypuszczani z kraju z pięciodolarowym przydziałem. Nieraz obarczano paryskich czy londyńskich krewnych i znajomych zadaniem pośrednictwa w tym procederze. Nie ominęło to również Jerzego Giedroycia, który na początku 1957 r. ostrzegał wybierającą się z wizytą kuzynkę Hannę Rewską: „nie widzę żadnych przedmiotów, które by można efektywnie spieniężyć w Paryżu”, odradzał również przywożenie aparatów fotograficznych, „bo sami mamy już trzy aparaty, które nam do sprzedaży zostawili ludzie przyjeżdżający z Polski”.

Nic dziwnego, że pojawiła się nowa kategoria „podróżników służbowo-prywatnych”. W 1957 r. Biuro Paszportów MSW wydało 32 508 paszportów służbowych upoważniających do 37 024 wyjazdów (o 1/3 więcej niż w 1956 r.), z których – dziwnym zbiegiem okoliczności – duża część miała „miejsce w atrakcyjnych miesiącach letnich i do takich krajów jak Włochy, Francja”. Nasuwało to „uzasadnione podejrzenie, że niektóre instytucje skore są do finansowania i opłacania w gruncie rzeczy prywatnych wyjazdów za granicę”.

W drugiej połowie 1957 r. władze przystąpiły do ograniczania transgranicznej mobilności Polaków. Podróże „służbowo-prywatne” nie były już tak proste, podwyższono opłaty paszportowe, za bilety zagraniczne trzeba było płacić w dewizach. Szybko też spadła liczba prywatnych, indywidualnych i zbiorowych wyjazdów na Zachód: z 61 tys. w 1957 do ok. 34 tys. w 1958 r. Poziom z 1957 r. udało się przekroczyć dopiero po dekadzie, w końcu lat 60. Mimo że liczba wyjeżdżających w latach 1956–57 na Zachód była nieporównywalna z okresem wcześniejszym (w 1955 ok. 700 osób), to i tak żelazną kurtynę przekroczył znikomy odsetek obywateli. Reszta była skazana na inne, pośrednie kontakty.

„Kto może, wyrywa do Paryża. Kto nie może, a takich jest olbrzymia większość, przynajmniej pisze – donosił w lutym 1957 r. londyński „Dziennik Polski”. – Sekcja polska radia francuskiego otrzymuje ostatnio olbrzymie ilości listów. W jej lokalu ściany pokryte są niezwykle adresowanymi kopertami. Ktoś adresuje: »Polonia Francuska« i nic więcej, ktoś inny »Kwestia Polska Radia Francuskiego«, jeszcze inni »Pologne Francaise, Paris«. »Radio Nil, Paryż ustny« (zniekształcone adresy Radio Lille i Paryż 8-my). »Francja Parysz Osem«. Najbardziej podobał mi się adres następujący: »Radio francais, Seks polonais«”.

Trudno oszacować skalę zjawiska, niewątpliwie jednak pisanie listów z prośbami wielokroć przewyższało liczbę podróży na Zachód. Pisano do wszelkich możliwych adresatów – redakcji radiowych i prasowych, brytyjskiej królowej, organizacji polonijnych, do zagranicznych placówek Czerwonego Krzyża (od szwedzkiego po japoński) czy wręcz prywatnych osób, które nierozważnie ujawniły swoje adresy, np. szukając bliskich. Najczęściej proszono o wsparcie finansowe, lekarstwa, odzież, samochody, traktory, maszyny, ale też o fotografie gwiazd filmowych. Można na tę korespondencję patrzeć z pobłażaniem, ale w rzeczywistości była próbą – naiwną i rozpaczliwą – odreagowania jałowych lat stalinizmu, wykorzystania tych pięciu minut, kiedy o Polsce i Polakach mówił świat.

Podobnie można postrzegać prawdziwe „okcydentalne tsunami”, które w latach 1956–57 przeszło przez Polskę, z różną intensywnością dotykając i zmieniając poszczególne grupy społeczne. Zachód i kultura zachodnia stały się bowiem w 1956 r. bardziej widoczne, a w 1957 r. wręcz dominujące w polskiej prasie, radiu, księgarniach, kinach, teatrach i na estradach, nie tylko kreując gusta i sposób myślenia, lecz także odgrywając istotną rolę jako remedium na poczucie niższości, izolacji, kulturowego wykluczenia i peryferyjności. W takim stopniu, że zwłaszcza od początku 1957 r. Warszawa i inne wielkie polskie miasta zaczęły pod względem obecności zachodniej kultury, zarówno popularnej, jak i wysokiej, daleko odbiegać od socjalistycznych standardów tej strefy geograficznej.

Wytrychem, który otworzył furtkę zachodniej, przede wszystkim amerykańskiej, kulturze popularnej, było europejskie tournée nowojorskiego zespołu Everyman Opera, który na przełomie lat 1955 i 1956 odwiedził z „Porgy and Bess” Gershwina m.in. ZSRR, Polskę i Czechosłowację. Partyjno-państwowym elitom tych krajów zarówno zespół, jak spektakl wydawały się idealnym kompromisem. Opera, osnuta „na bogatym folklorze muzycznym i tanecznym Murzynów amerykańskich” i tocząca się w „środowisku biedoty murzyńskiej”, nie stanowiła zagrożenia ideologicznego, a sam fakt wpuszczenia amerykańskiego zespołu pokazywał otwartość i dążenie do uchylenia lufcika. Partyjna wierchuszka też zasiadła na widowni (w Warszawie w styczniu 1956 r.). Chociaż zdaniem Marii Dąbrowskiej „cała ta opera była czymś brutalnie prymitywnym. (...) Jakieś połączenie folkloru murzyńskiego z europejskim brukowym sentymentalizmem” – to nad Moskwą, Wisłą czy Wełtawą tłumy próbowały dostać się na spektakle, pchane nie tyle poziomem artystycznym, ile chęcią zobaczenia – przynajmniej w ten sposób – kawałka Zachodu.

Już wkrótce można to było robić, przynajmniej w Polsce, bez większych przeszkód, nawet w wypadku tak jawnie „imperialistycznego” gatunku jak musical. Barierę przełamał Lucjan Kydryński, publikując w maju 1956 r. w „Przekroju” recenzję święcącego triumfy również w Europie spektaklu „Kiss Me Kate” Cole’a Portera. Co jednak charakterystyczne, próby szerszego przeniesienia tej formy scenicznej nad Wisłę nie powiodły się i polska prapremiera tego musicalu w warszawskim Teatrze Komedia we wrześniu 1957 r. przeszła bez większego medialnego echa.

Nie można tego natomiast powiedzieć o tradycyjnych teatrach, w których w sezonie 1956–57 niełatwo było znaleźć współczesną sztukę dramaturgów radzieckich czy czechosłowackich, natomiast – jak komentowano podczas narady Komisji Kultury KC – repertuar prezentował się w „odwrotnym [niż wcześniej] wariancie geograficznym i ideowym”: bowiem aż 91 proc. autorów pochodziło z Zachodu. „Ciekawą instytucją są słupy ogłoszeniowe z afiszami – komentowano na początku 1957 r. w „Kulturze i Społeczeństwie”. – Można z nich wiele wyczytać. I to także, że Warszawa leży w Europie. Uśmiech Giocondy Huxleya, Skowronek Anouilha, Upiory Ibsena, Czekając na Godota Becketta – to tylko kilka spośród wielu plakatów. Potwierdzenie zasygnalizowanego afiszami zjawiska tej konfrontacji my–Europa – znajdziemy przeglądając czasopisma społeczno-kulturalne”. Symbolem sukcesu zachodniej dramaturgii współczesnej stało się niewątpliwie „Czekając na Godota”, wystawiane od stycznia 1957 r. w warszawskim Teatrze Współczesnym w reżyserii Jerzego Kreczmara, z Tadeuszem Fijewskim i Józefem Kondratem w rolach głównych. „Sala nabita była do ostatniego miejsca. Z ledwością dostałem jakąś dostawkę – relacjonował dziennikarz poznańskich „Wybojów”. – Patrzyłem z najwyższą uwagą nie tylko na scenę; w równym stopniu interesowała mnie widownia. (...) Nikt nie szeleścił papierkami, nikt nie skrzypiał krzesłami, nikt do nikogo nie szeptał. Ludzie siedzieli zasłuchani i czujni na każde słowo padające ze sceny”. Tytuł sztuki szybko przeniknął do języka potocznego.

Teatr nie był zresztą w latach 1956–57 jedynym obszarem gwałtownej okcydentalizacji, dotyczyło to również publikacji książkowych, literatury muzycznej, a przede wszystkim repertuaru rozrywkowego. Wyróżniał się jazz – w siedmiu polskich miastach koncertował Dave Brubeck, w warszawskiej Sali Kongresowej grała Orkiestra Glenna Millera, plejada zagranicznych wykonawców pojawiła się na sopockich festiwalach w 1956 r., a zwłaszcza w 1957 r. Z bardziej klasycznym repertuarem występowała w Polsce słynna Orkiestra Symfoniczna z Cleveland pod batutą George’a Szella czy dyrygowana przez Eugene’a Ormandy’ego Orkiestra Filadelfijska. Polscy widzowie mogli zobaczyć American Ballet Theatre, posłuchać Artura Rubinsteina, Yves’a Montanda oraz Lucienne Boyer. Jeśli w 1956 r. na 115 kinowych premier 46 stanowiły filmy zachodnie, to w 1957 r. było ich 88 na 124. Już w 1956 r. pojawiły się w księgarniach przekłady książek Erskine’a Caldwella, Ernesta Hemingwaya, Johna Steinbecka i Françoise Sagan, a w następnym – lista autorów zachodnich wydłużyła się o m.in. Williama Faulknera, Thorntona Wildera, Grahama Greene’a, Jamesa Joyce’a, Simone de Beauvoir, Alberta Camusa, François Mauriaca, André Maurois, Antoine’a de Saint-Exupéry, Jeana-Paula Sartre’a, Heinricha Bölla, Franza Kafkę.

Już w październiku 1956 r. Tadeusz Polanowski pisał w „Szpilkach”, że „prasa nam Zachód dziś przybliża”. Nie ulega wątpliwości, że największe zasługi położył tutaj popularny „Przekrój”, w którym zachodnie akcenty zaczęły być wyraźnie widoczne w drugiej połowie 1956 r., a w następnym wręcz dominowały. O ile w roczniku 1957 trudno znaleźć numer, w którym nie byłoby nawet kilku tekstów o Europie Zachodniej lub USA, to na palcach jednej ręki można policzyć doniesienia z ZSRR lub innych krajów socjalistycznych. Reportaże z Francji, Niemiec, Włoch, Belgii czy Teksasu przybierały luźniejszą, bardziej codzienną i przystępną formę, mniej miejsca poświęcano polityce, więcej zaś codzienności czy wymarzonej motoryzacji. Jednak Europa, nawet Zachodnia, była tylko tłem, na którym jeszcze lepiej prezentował się najważniejszy aktor – Stany Zjednoczone. Po raz pierwszy polski czytelnik otrzymywał tak dużą dawkę informacji o tym do niedawna wręcz ucieleśnionym wrogu.

Z jednej strony lata 1956–57 pokazały, że Polska należy – kulturowo – do Europy. Z drugiej dokonano wyłomu w żelaznej kurtynie, którego nie udało się już władzom skutecznie zasklepić. Sposoby oswajania i udomowiania zagranicy, które zaczęto wypracowywać podczas odwilży, przez kolejne trzy dekady już tylko kreatywnie adaptowano i rozwijano.

***

Autor jest profesorem w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. W tekście wykorzystał fragmenty książki „Rewolucja międzypaździernikowa. Polska 1956–1957”, która w sierpniu ukaże się nakładem wydawnictwa ZNAK.

W cyklu artykułów o 1957 r., przybliżającym klimat czasów, w których zaczęła się ukazywać POLITYKA, do tej pory opublikowaliśmy: „Wyborczy przymrozek” (POLITYKA 3), „Obyczajowa destalinizacja” (6), „Wielki sen o Mikrusie” (11).

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną