Historia

Najazd narodowy

Najgłośniejszy antysemicki incydent w II RP

Oskarżeni bojówkarze, którzy opanowali zbrojnie miasteczko Myślenice, idą na rozprawę do Sądu Okręgowego w Krakowie, maj 1937 r. Oskarżeni bojówkarze, którzy opanowali zbrojnie miasteczko Myślenice, idą na rozprawę do Sądu Okręgowego w Krakowie, maj 1937 r. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Marsz na Myślenice w czerwcu 1936 r. był jednym z najgłośniejszych antysemickich incydentów w II Rzeczpospolitej.
Rynek w Myślenicach, czerwiec 1936 r.Narodowe Archiwum Cyfrowe Rynek w Myślenicach, czerwiec 1936 r.
Adam Doboszyński zeznaje przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie, 1949 r.PAP Adam Doboszyński zeznaje przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie, 1949 r.

W odezwie wydanej w 1936 r. przez krakowskie Stronnictwo Narodowe (SN) pisano m.in.: „Chwila jest bowiem wielka! Z dnia na dzień rośnie potęga Stronnictwa Narodowego, Stronnictwa chłopów i robotników polskich, które na swoim sztandarze wypisało walkę o gospodarczą niezależność Polaków, walkę z kapitalizmem żydowskim, walkę o zwrócenie narodowi polskiemu milijona [sic!] warsztatów handlowych, rzemieślniczych i przemysłowych, stanowiących dziś fundament potęgi żydowskiej, a mogących dostarczyć pracy i chleba tym wszystkim Polakom, którzy dziś ich nie mają… Żydostwo jest zagrożone! Zwycięski pochód idei narodowej grozi mu jutro zagładą, żydostwo więc mobilizuje wszystkich swoich pachołków dla obrony uprzywilejowanego stanowiska…”.

Od 1934 r. rosło zaniepokojenie władz działalnością SN w powiecie krakowskim, zwłaszcza rozszerzającą się propagandą antysemicką. W czerwcu 1935 r. prezesem powiatowego zarządu SN został Adam Doboszyński – 32-letni inżynier, wcześniej działający w ugrupowaniu Obóz Wielkiej Polski oraz autor książki „Gospodarka narodowa”. Policja była dobrze poinformowana o jego działalności, nawet sugerowano umieszczenie Doboszyńskiego w Berezie Kartuskiej.

Kiełbasa, tytoń i naboje

Doboszyński polecił przy każdym kole SN w powiecie utworzyć straż ochronną – formalnie miała ochraniać zebrania przed komunistami. Jednak komunistów na terenie powiatu nie było wielu, nie organizowano też żadnych napadów na narodowców. Drużyny ochronne faktycznie stały się bojówkami paramilitarnymi. To właśnie ich członkowie wzięli udział w tzw. marszu na Myślenice.

Akcję Doboszyński chciał rozciągnąć w czasie i terenie, tak aby na jak najdłużej skupić uwagę społeczeństwa, pociągnąć je do dalszych tego typu działań. W poniedziałek 22 czerwca rano kupił 140 kg chleba, 70 kg kiełbasy, 140 paczek tytoniu i 100 sztuk naboi. Tego samego dnia wieczorem członkowie drużyn otrzymali rozkaz przybycia na zebranie w lesie koło Chorowic, gdzie Doboszyński miał majątek. Jego ludzie pochodzili z okolicznych miejscowości, m.in. z Liszek, Tyńca, Skawiny, Bukowa, Skotników, Libertowa i Chorowic. Nie wiedzieli, w jakim celu otrzymali partyjne polecenie spotkania w lesie. Zapewne myśleli, że to alarm próbny. Zebrali się sami mężczyźni. Najmłodszy z nich miał 18 lat, najstarszy – 63. Zdecydowana większość to bezrobotni robotnicy po 30. roku życia i należący do SN od mniej niż roku.

Dołączył do nich Doboszyński. Ubrany był w kremową, jasną koszulę z mieczykiem Chrobrego na rękawie, cyklistówkę, spodnie khaki i czarne buty z cholewami. Na pasie miał dwa rewolwery, na piersiach mapę, a do tego gwizdek i busolę. Tytułowali go inżynierem lub porucznikiem. Podkomendnych podzielił na drużyny po ośmiu ludzi. Mieli ze sobą kije, pałki, siekiery, młotki, kilkudziesięciu broń palną. Doboszyński powiedział do nich: „Idziemy na Myślenice, dzisiaj się rozpoczyna”. Sformowano kolumnę czwórkową. Do Myślenic wkroczyło ok. 50 z nich. Kilkudziesięciu wróciło do domów, gdy usłyszało informacje o celu wyprawy, potem w czasie drogi do Myślenic i gdy rozpoczął się atak na sklepy żydowskie.

Na czele kolumny jechało kilku rowerzystów. Przed Myślenicami przecięli druty telefoniczne, aby uniemożliwić wezwanie pomocy. Ludzie z bronią palną zostali przesunięci na czoło kolumny. Przed wkroczeniem do miasta Doboszyński rozdał kiełbasę i po jednej paczce tytoniu na dwóch ludzi. Ostrzegł też, aby nie rabować i nie bić, a „jedynie” niszczyć. Szef oddziału spodziewał się, że wobec rozbudowanej sieci konfidentów policja była uprzedzona o planowanym napadzie, nastawiał się zatem na walkę.

Bojówki w akcji

Przybyli do Myślenic ok. 3.30 rano, godzinę przed wschodem słońca. Zostali podzieleni na dwie grupy; pierwsza – ok. 15 osób uzbrojonych w broń palną pod wodzą Doboszyńskiego – udała się na posterunek policji przy ul. Mickiewicza. Policja nie była jednak uprzedzona ani przygotowana na atak narodowców. Na posterunku zastali mieszkającego tam funkcjonariusza Stefana Małeckiego, którego brutalnie pobili. Akcja trwała ok. 15 minut. Zrabowano 14 karabinów, 4 rewolwery, amunicję, wyposażenie policyjne i pieniądze.

Równocześnie druga grupa rozpoczęła demolowanie sklepów żydowskich w rynku, połączone z paleniem wyrzucanego na bruk towaru. Część tej grupy miała ochraniać demolujących, bacznie obserwując okna domów. Jako pierwszy zniszczono sklep Rozalii Goldstein, z którego na rynek wyrzucono naczynia. Rozbito też sklep ze skórami Olgi Weinmann. Josek Emmer ładował właśnie na furmankę materiały, aby z żoną udać się na jarmark, gdy zauważył, że z al. Słowackiego wybiegło ok. 30 mężczyzn z kijami i siekierami. Któryś z nich zakrzyknął: „O, jeden stoi!”. Furmankę podpalono, sklep zdemolowano. Zniszczono także sklepy spożywcze Felicji Zomper i Berischa Backera. W jednym przypadku napastnicy mieli wątpliwości, kto jest właścicielem. Pomógł im ktoś z mieszkańców, informując, że jest to sklep żydowski. Wówczas Doboszyński, trzymając w rękach laskę i rewolwer, wezwał: „Wobec tego jazda”. Wyłamano żaluzje, wybito witryny, towar wyrzucono na bruk. Doboszyński osobiście demolował sklep z galanterią. Przy pomocy przyniesionej z Chorowic nafty usiłowano podpalić synagogę. Doszło też do pobicia Leiba Weksberga, który słysząc od piekarza Keplera o zajściach, z ciekawości udał się na rynek. Jeden z napastników użył słowa „mygaj”, uderzył go w głowę karabinem, a inni go skopali.

Starcia z policją

Akcja trwała około godziny. Doboszyński gwizdkiem dał znak do wymarszu z rynku. Następnie dokonano napadu na mieszkanie starosty Antoniego Basary przy ul. Mikołaja Reja 13. Do jego mieszkania weszło ok. 10 mężczyzn, którym przewodził Doboszyński. Starosta próbował się ukryć wraz z gosposią Kunegundą Turek, a po odnalezieniu nierozpoznany rozmawiał z napastnikami. W mieszkaniu zniszczono meble, rozrzucono rzeczy, porąbano siekierami szafę biblioteczną. W czasie odwrotu na przedmieściach Myślenic oddział napadł na sklepy: rzeźnicki Szmula Apfergutta i spożywczy Josela Hopfenberga, który w czasie napadu, gdy wyjrzał na zewnątrz, usłyszał tylko: „Jest Żyd – zabić Żyda”. Udało mu się uciec. Łącznie zdemolowano dziewięć sklepów żydowskich.

Wystąpienia przybrały radykalną formę, której nie spodziewał się sam Doboszyński. Miał pretensje, że podwładni przekroczyli „ramy udzielonych zezwoleń”. Sprawcy dokonali rabunków zarówno na posterunku policji, w sklepach żydowskich, jak i w mieszkaniu starosty. Na posterunku zabrano m.in. 45 zł. Z mieszkania starosty ukradziono smoking, lakierki, zegarek, portfel, obrączkę. Do kilku Żydów, którzy pojawili się w swoich sklepach, strzelano i jedynie przypadkowi można zawdzięczać, że nikt wówczas nie został zabity. Pobito kilka osób, zarówno Polaków, jak i Żydów.

Dokładnie o wschodzie słońca napastnicy opuścili Myślenice, kierując się lasem w kierunku Drogini i Poręby. W czasie zarządzonego w okolicy Poręby odpoczynku jeden z patroli grupy poinformował o zbliżaniu się oddziału policji. Doboszyński wysunął do przodu ludzi uzbrojonych w broń palną i ustawił ich w tyralierę z poleceniem otwarcia ognia do policjantów. Strzelanina była zawzięta – w późniejszym śledztwie stwierdzono, że padło kilkaset strzałów. Sam Doboszyński także brał udział w początkowej fazie walki. Potem oddalił się, co doprowadziło do chaosu w szeregach jego podkomendnych. Większość z nich szybko aresztowano. Doboszyński wraz z kilkoma uczestnikami napadu uciekał dalej. 25 czerwca rano doszli do schroniska Stare Wierchy. Tu w księdze pamiątkowej pod poz. 3691 Doboszyński wpisał „15 VI 1936 inż. Doboszyński z 9 narodowcami”. W rubryce „przebieg wycieczki” podał: „walka o Wielką Polskę Narodową”, a w uwagach: „pozostaliśmy winni 3,10 zł, które wyrównam”. Następnie poszli w kierunku Zubrzycy Dolnej. Rano 26 czerwca odnalazła ich straż graniczna. Ponownie doszło do wymiany ognia. Doboszyński schował się za krzakiem, a jego towarzysze uciekli w kierunku lasu. Dalej uciekał sam, boso, w kierunku Policy i Suchej Góry. Następnego dnia był w Zawoi. W krzakach leżał do wieczora. 30 czerwca we wtorek usłyszał szmer i w krzakach zobaczył policjanta, który wymierzył do niego i strzelił. Doboszyński został wówczas lekko ranny i aresztowany. Był dumny ze swoich działań. Jeden z policjantów, którzy go ujęli, wspominał, że był w bardzo dobrym humorze, chociaż w zniszczonym ubraniu i wynędzniały.

Demonstracja polityczna

Po aresztowaniu jako przyczynę ataku na Myślenice Doboszyński wskazywał bardzo krytyczne nastawienie do ówczesnej sytuacji politycznej w kraju, w tym powołania rządu Felicjana Sławoja Składkowskiego, utworzenie nowych kompanii policji, wreszcie rozwój idei narodowej i podatny dla niej grunt. Szef SN w powiecie krakowskim oceniał, że brakowało „jedynie jakiegoś silniejszego bodźca i nagłego wstrząsu psychicznego, ażeby ta działalność poszła w kierunku bardziej narodowym”. Mówił później: „Czyn mój wedle moich zamierzeń miał być demonstracją polityczną przeciwko stosunkom policyjnym i administracyjnym panującym w powiecie myślenickim. Stosunki te traktowałem jako symbol systemu panującego w Polsce, a sam zdając sobie sprawę z konsekwencji, jakie pociągnie za sobą moje działanie, uważałem, że ma ono być jednym ze sygnałów alarmujących przed katastrofą, ku której mojem zdaniem zbliża się państwo polskie”. Wobec stanu narastającego chaosu i dekompozycji obozu sanacji po śmierci Józefa Piłsudskiego wydawało się, że władza leży na ulicy, a radykalizm, po który sięgały także inne ugrupowania, mógł sprawiać wrażenie rosnącej bezkarności. Z napiętej sytuacji politycznej w kraju można było wyciągnąć błędny wniosek, że ten, kto w tym momencie wystąpi szczególnie ostro, pociągnie za sobą tłumy.

Odpowiedzialność Doboszyńskiego za wszystko, do czego wówczas doszło, nie budzi żadnych wątpliwości. Jego konto obciąża nie tylko antysemityzm, bandytyzm i rabunki, ale także śmierć dwóch podkomendnych. „Czyn mój traktowałem jako walkę, w której muszą padać trupy i ja się z tym liczyłem”. Ława przysięgłych go uniewinniła, później sąd apelacyjny skazał na 3,5 roku więzienia.

Sprawa Myślenic wróciła po wojnie, gdy Doboszyńskiego aresztowano, oskarżono o szpiegostwo i skazano na karę śmierci. Postawiono mu też zarzut faszyzacji, a uzasadniono to w ten sposób, że skoro jego działalność trwała od 1933 r., to działał w interesie i na rzecz hitlerowskich Niemiec jako „agent inspirujący”, „inspirował faszystowską doktrynę polityczną”. Wyrok wykonano 29 sierpnia 1949 r.

***

Autor jest politologiem, socjologiem i historykiem, adiunktem w Instytucie Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Szczecińskiego. Opublikował ostatnio „Stommizm. Biografia polityczna Stanisława Stommy”, Wyd. Znak, Kraków 2018.

Polityka 25.2018 (3165) z dnia 19.06.2018; Historia; s. 58
Oryginalny tytuł tekstu: "Najazd narodowy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną