Historia

Wędkowanie, karty i napięte nerwy. Codzienność największego protestu w PRL

Obchody Sierpnia ′80 w 2016 r. Obchody Sierpnia ′80 w 2016 r. Forum
Strajkujący na Wybrzeżu w sierpniu 1980 r. musieli czymś zająć czas. Jak wyglądała codzienność ponad miliona osób zaangażowanych w największy protest w PRL?

W sierpniu 1980 r. w dwóch najsilniejszych ośrodkach strajkowych – w województwach gdańskim i szczecińskim – strajkowała blisko połowa wszystkich zatrudnionych. Przy tak masowej skali znaczenie miała organizacja protestów. Gdyby jej zabrakło, historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej.

„Początkowo – wspominał po latach o Sierpniu ′80 gdański stoczniowiec Klaus Bartel – strajk ten był bardzo dziwny. Strajkujący przemieszczali się pojedynczo lub w grupkach pomiędzy placem pod dyrekcją a halami produkcyjnymi, bez ładu i składu. Zadziwiająca była bierność dyrekcji i kierownictwa zakładu, ale również brak organizacji wśród strajkujących”. Według Bartla, gdyby w pierwszych godzinach strajku spadł deszcz, protest mógłby się załamać. Lato 1980 w istocie nie należało do najpiękniejszych, jednak opisana sytuacja szybko ulegała zmianie.

Czytaj też: Porozumienia sierpniowe. Dlaczego szczecińscy stoczniowcy byli pierwsi

Strajkowy ceremoniał

Przełomowe znaczenie miało utworzenie międzyzakładowych komitetów strajkowych (MKS). W Gdańsku na czele z Lechem Wałęsą z siedzibą w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, w Szczecinie z przewodniczącym Marianem Jurczykiem w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego. MKS-y przejęły odpowiedzialność za strajkujące zakłady, ale i za wiele codziennych spraw. „W szczególności MKS – wyjaśniał jeden z numerów gdańskiego „Strajkowego Biuletynu Informacyjnego” – zabezpiecza pracę służby zdrowia, wodociągów, gazowni oraz przedsiębiorstw wytwarzających żywność”. Nie inaczej było w stolicy Pomorza Zachodniego. Oba komitety wystąpiły do lokalnych władz o wstrzymanie sprzedaży alkoholu w sklepach. Strajkujących obowiązywała prohibicja.

W przedsiębiorstwach tworzono specjalne służby porządkowe. Powoływani do nich robotnicy czuwali nad zachowaniem kolegów i opiekowali się zakładowym mieniem. Pilnowali, aby na teren zakładów nie przedostawały się osoby niepożądane. Swoje zadania „strażnicy” wypełniali na ogół z powodzeniem. Do nielicznych incydentów, którym nie udało się zapobiec, należało poprzecinanie przez nieznanych sprawców przewodów (kabli, węży) łączących z nabrzeżem jeden ze statków budowanych w Szczecinie. W jednym z wewnętrznych raportów MSW z końca sierpnia 1980 r. pozytywnie oceniano stan bezpieczeństwa i porządku publicznego na Wybrzeżu. „Zanotowano – głosił dokument – znaczny spadek przestępstw i wykroczeń. Zmniejszyła się wyraźnie liczba interwencji i zatrzymań w izbach wytrzeźwień”.

W siedzibach obu MKS-ów trwał nieustanny ruch. Przybywali delegaci reprezentujący zakłady przystępujące do protestu. W świetlicy w „Warskim” stało się to pewnego rodzaju odświętnym rytuałem. Relacja Małgorzaty Szejnert i Tomasza Zalewskiego ze Stoczni Szczecińskiej: „Delegacja, zaciekawiona i oglądana z zaciekawieniem, wśród wielkich oklasków idzie ku estradzie. Tam ją przyjmuje masywny blondyn Bogdan Baturo, bystry i rzeczowy mistrz ceremonii. Wita, przedstawia, oddaje mikrofon. (…) Lucyna [właśc. Łucja – przyp. M.S.] Plaugo nie nadąża z wciąganiem zakładów na listę, sprawy trudno załatwiać pośpiesznie, trzeba uszanować uroczysty nastrój przybyszy. To, co dla Warskiego jest już codziennością, dla nich się dopiero zaczyna”.

Czytaj też: Solidarność. Czy to była rewolucja?

Od chaosu do pieczątki

Swoistą „profesjonalizację” biura strajku w Stoczni Gdańskiej opisywali Wojciech Giełżyński i Lech Stefański, w 1980 r. związani z tygodnikiem „Polityka”: „W hallu łączącym salę prezydium z salą plenum MKS, za ladą szatni, co biurko – to inne okienko urzędu strajkowego. W jednym przyjmowana jest rejestracja nowych załóg. (…) Obok rejestracji i informacji biuro przepustek. (…) Tutaj biurokracja narasta lawinowo. Początkowo jest to formalność: dowód, sprawdzenie danych personalnych, zgodności twarzy ze zdjęciem i przepustka. Od ręki. Z czasem pani tam siedząca zamienia zwykłe spodnie na sztruksy, później na spódnicę, a tę na kostiumik, i to jasny – beżowy”. Po kilku dniach w tym samym miejscu było już więcej „wyspecjalizowanych stanowisk”: „są tłumacze na języki obce, są resorty informacji, porządku wewnętrznego (…), transportu, łączności, finansów, zaopatrzenia, są liczne komórki wydawnicze, współpracujące z kilkoma drukarniami. Przepustki do stoczni, początkowo ręcznie wypisywane na kartkach papieru, ustępują miejsca drukowanym na kartonie, opieczętowanym”.

Głównym zadaniem wspomnianych delegatów była łączność z ich macierzystymi zakładami. Dostęp do rzetelnych informacji był sprawą najwyższej wagi. Wszyscy w napięciu wyczekiwali na świeże wieści z rozmów MKS-ów z komisjami rządowymi, kierowanymi przez dwóch wicepremierów: Mieczysława Jagielskiego w Gdańsku i Kazimierza Barcikowskiego w Szczecinie. Delegaci często nagrywali je na taśmy magnetofonowe, odtwarzane następnie kolegom strajkującym z dala od stoczni.

Nastroje w mniejszych zakładach pracy różniły się od tych w miejscach, gdzie toczyły się negocjacje i gdzie wszyscy mogli przysłuchiwać się im na bieżąco dzięki radiowęzłom zakładowym. Pracownik Zakładów Sprzętu Elektrogrzejnego „Selfa”, członek szczecińskiego MKS Waldemar Ban, relacjonował na gorąco: „Między tymi dwoma miejscami, stocznią i Selfą, jest wielka różnica. Człowiek przebywający w stoczni czuje się pewny, podładowany, przekonany, że wszystko się uda. Ta determinacja tych ludzi, te listy i wizyty solidarnościowe... Właśnie dopiero co taki podładowany pojechałem do siebie, do Selfy, a tam zupełnie inna atmosfera. Atmosfera taka, że nie wiadomo, może dzień, może dwa i wojska radzieckie na pewno wejdą, czołgami nas tu wszystkich przejadą, nie ma co rozmawiać. U nas jest w zakładzie paru dżentelmenów, którzy taką atmosferę sieją po cichu. Dopiero trzeba siąść z ludźmi, parę rzeczy wyjaśnić, a najlepiej wziąć taśmę z nagraniem ze stoczni, puścić ludziom fragmenty tej twardej dyskusji, umocnić ich”.

Czytaj też: W przeddzień Okrągłego Stołu

Styropian, prysznice, paczki

Ważne było wsparcie z zewnątrz. Gromadzący się pod bramami strajkujących zakładów nie ograniczali się do słownych wyrazów poparcia. Przekazywali koce i odzież, papierosy, datki pieniężne, żywność. Sprawy wyżywienia na ogół nie sprawiały większych problemów. W wielu przedsiębiorstwach, w których protesty przybrały formę strajków okupacyjnych, bez zakłóceń działały stołówki i bufety. Wsparcia udzielały też inne zakłady, zajmujące się produkcją żywności, np. piekarnie. W Szczecińskiej Stoczni Remontowej „Gryfia” strajkujący byli częstowani posiłkami na statkach czekających na zakończenie remontów przy stoczniowych nabrzeżach i na dokach. Pracownik, który otrzymywał paczkę żywnościową od bliskich, często dzielił się jej zawartością z kolegami. „Prawie na każdym kroku – wspominał jeden z gdańskich stoczniowców, cytowany przez Annę Machcewicz w monografii trójmiejskiego Sierpnia ’80 – można się było spotkać z wielką życzliwością, w ogóle zachowanie ludzi było wzorowe. Wielka kultura w miejscach publicznych, życzliwość wobec drugiego, posłuch, coś całkiem innego niż przed i po strajku”.

Problemu nie stanowiły również sprawy związane z higieną i „baza noclegowa”. W większości zakładów funkcjonowały ogólnodostępne prysznice, z których mogli korzystać strajkujący. Spano na styropianie, poskładanych ubraniach roboczych czy drewnianych gretingach spod pryszniców (nie były wygodne, ale lepsze niż zimna podłoga). Z czasem przybywało materacy i koców. Ludzie w naturalny sposób adaptowali się do trudnej sytuacji, która stawała się coraz bardziej powszednia. Warunki strajku okupacyjnego były zdecydowanie bardziej dokuczliwe dla kobiet. W sfeminizowanych zakładach, jak np. szczecińskie Zakłady Przemysłu Odzieżowego Dana, nie podejmowano więc strajków okupacyjnych. Panie strajkowały tylko podczas swojej zmiany i wracały do domów. Również w wielu przedsiębiorstwach, w których męska załoga decydowała się na okupację zakładu, kobietom pozwolono na taką „zmianową” formę udziału w proteście.

Czytaj też: Solidarność naszą bronią. Kolejna gorzka rocznica

Dyskusje przy wędkowaniu

Wszyscy „szeregowi” uczestnicy strajków, zarówno okupacyjnych, jak i „zmianowych”, stawali przed zasadniczym pytaniem: w jaki sposób zorganizować sobie „czas wolny”, którym dysponowali w nadmiarze? Radzono sobie na różne sposoby, choć zbyt wielu rozrywek nie było. Grano w karty, warcaby, słuchano radia, czytano książki i gazety. Jeśli były ku temu warunki, zdarzały się nawet rozgrywki piłkarskie. W zakładach położonych nad wodą zapaleńcy oddawali się wędkowaniu. Tylko w świetlicach niektórych większych zakładów można było uzyskać dostęp do telewizora. Niektórzy z nudów, dla zabicia czasu, podejmowali drobne czynności związane z pracą, porządkowali swoje warsztaty, konserwowali narzędzia. Po katastrofie kolejowej pod Toruniem (19 sierpnia zderzyły się tam dwa pociągi) strajkujący gremialnie oddawali krew dla ofiar wypadku. Część uczestników strajków z kilku zakładów Trójmiasta pomagała rolnikom z okolicznych wsi w żniwach.

Większość czasu wolnego zajmowały rozmowy. „Godziny i dni – relacjonował sytuację w Stoczni Gdańskiej brytyjski historyk i publicysta Timothy Garton Ash – schodziły na zawziętym dyskutowaniu. Robotnicy zbierali się w małych, ożywionych grupach, z których dobiegały słowa: »demokracja«, »równość«, »wolność« i »gówno«. (…) Poziom dyskusji był rozmaity. Pamiętam jedną z nich, wyjątkowo zaciekłą, czy mianowicie pewną ilość ofiarowanych strajkującym kurczaków należy jeszcze podtuczyć przez kilka dni, czy raczej zarżnąć od razu. Jednakże przywódcy strajku wykorzystywali te długie godziny na wbijanie strajkującym do głowy rzeczy najważniejszych: niezależne związki, prawo do strajków, od tego wszystko zależy…”.

Na strajkujących tak w Gdańsku, jak w Szczecinie silnie oddziaływała wciąż żywa pamięć tragicznego Grudnia ’70. Jan Nowak, jeden z organizatorów strajku szczecińskiej komunikacji miejskiej, wspominał: „Baliśmy się, że ktoś może strzelić. Tarczy, pałek nie baliśmy się, tylko kul. Myślałem o odpowiedzialności swojej i mówiłem wszystkim – tylko na ochotnika! Mówiłem, może się powtórzyć rok siedemdziesiąty”. Wspomnienie tragicznych wydarzeń sprzed zaledwie dziesięciu lat rodziło obawy, było jednak także czynnikiem jednoczącym, współkształtującym zbiorową tożsamość. Podobną rolę odgrywało odwołanie do spraw wiary i symboliki religijnej. Podczas strajków w wielu zakładach odbywały się nabożeństwa, w których brali udział także ludzie na co dzień niekoniecznie uczestniczący w życiu Kościoła. Nawiązanie do tych samych wartości i symboli cementowało jedność strajkujących.

Strajkowano z nadzieją na lepsze jutro i przekonaniem, że coś może i musi się zmienić. Nadzieja, szczególnie w mniejszych zakładach pracy, nie łączyła się z przesadnym optymizmem, ale w strajkowych centrach decyzyjnych przekonanie o własnych racjach było dla rządowych negocjatorów nie do przebicia. Szczecińska SB meldowała przełożonym w Warszawie na temat sytuacji z „Warskim”: „Wśród załogi występuje upór i zawziętość. Mówi się, że będą walczyć aż do zwycięstwa, ponieważ tyle razy dali się oszukać i muszą mieć pewność, że taka sytuacja się nie powtórzy”.

Bp Alojzy Orszulik: Zarzuty o zdradzie przy Okrągłym Stole były niepoważne

Napięte nerwy

Wraz z przedłużaniem się strajków nastroje wśród protestujących ulegały pogorszeniu. Ludziom coraz bardziej dawały się we znaki noce przesypiane w złych warunkach, ujawniało się zmęczenie, tęsknota za bliskimi, chęć powrotu do normalnego życia. Zdarzało się, że ludzie nie wytrzymywali długotrwałego stresu. Z Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej w Szczecinie i ze Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni pojedyncze osoby z objawami załamania nerwowego odwieziono do szpitali. Choć przypadków tak ciężkich nie było wiele, świadczą one o tym, jak wielkiemu napięciu psychicznemu poddani byli strajkujący. „Psychicznie zmęczonych, podłamanych – notowali Giełżyński i Stefański – jest znacznie więcej, niż zgłasza się do lekarza. Każdy ma swoją terapię. Warta przy przepustkach albo na wydziale, praca w kuchni, szycie opasek, pisanie informacji; albo chodzenie od jednej bramy do drugiej, pod salę obrad, bhp, w której toczą się rozmowy, pod dyrekcję, na wydział. I znowu pod bramę, zobaczyć, co jest na trzeciej. I postać przy płocie, zobaczyć, kto do kogo przychodzi. I papieros. Wielu duma, jak lepiej się wyspać, z czego wymościć posłanie. Jest czas na myślenie, a to nerwom nie służy”.

Moment podpisania historycznych porozumień – 30 sierpnia w Szczecinie i 31 sierpnia w Gdańsku – był chwilą rozładowania napięć minionych dni i wybuchu wielkiej, zbiorowej radości. „Ceremonię sygnowania obu porozumień – wspominała po latach związana z obu miastami filolożka z Uniwersytetu Szczecińskiego Danuta Dąbrowska – śledziłam w telewizji, przy czym uwaga sprawozdawców skierowana była przede wszystkim na Gdańsk i Lecha Wałęsę. Te obrazy będę pamiętać do końca życia jako nastrój euforii, święta, przeżywania czegoś absolutnie wyjątkowego, trudnego do pojęcia. Wszystkie obawy nagle ustąpiły. (…) Wiedziałam, że stało się coś, co zasadniczo musi zmienić otaczający nas świat, że dokonał się wyłom w systemie, w relacji władza–społeczeństwo, który powoduje, że nic już nie będzie takie jak wcześniej i że nie ma powrotu do stanu sprzed Sierpnia”. W istocie, choć kolejne miesiące i lata przyniosły nowe, nie mniej trudne wyzwania i emocje, Sierpień ’80 stał się jedną z kluczowych cezur w naszej historii najnowszej.

Czytaj też: Prawdziwa historia 4 czerwca 1989 r. i jej kontynuacje

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną